„Soif” Amélie Nothomb

Opowiada Jezus w noc przed ukrzyżowaniem, najpierw wspomina swój proces. Zeznawali przeciwko niemu nowożeńcy z Kany Galilejskiej – dlaczego zamienił wodę w wino dopiero, jak już tego ostatniego zabrakło, dlaczego musieli się wstydzić za ten brak, i dlaczego w ten sposób pili lepsze wino po gorszym? Przecież mógł wcześniej się o nich odpowiednio zatroszczyć, skoro ma moc. Łazarz z kolei się skarżył, że z winy Jezusa śmierdzi teraz trupem, matka uzdrowionego dziecka narzeka, że bachor teraz nie daje jej spokoju, i tak dalej. Jezus zresztą od początku wie, jak to się skończy, choć nie spodziewa się ukrzyżowania, i bardzo boi się bólu.

Wspomina Judasza. Był on „chodzącym problemem, twórcą zamieszania, upierdliwcem”. Wspomina Marię Magdalenę, którą kochał. I rozważa tytułowe pragnienie, rozwodząc się nad tym, że przeciwieństwem głodu jest sytość, cierpienia ukojenie, zmęczenia wypoczynek, a nie ma słowa przeciwnego do pragnienia (po polsku można od biedy użyć słowa napojony, ale też nie brzmi naturalnie). Pierwszy łyk wody dla spragnionego człowieka jest Bogiem – i pisząc to, zdaję sobie sprawę, jak idiotycznie i mistycznie to brzmi, ale u Nothomb takie nie jest. Nie sprawia tego wrażenia również opisywane dalej cierpienie na krzyżu, bardzo przejmująco. Jakkolwiek zaskakująco by to nie brzmiało, pisarka wraca do początków mitu leżącego u podstaw chrześcijaństwa, i jest w tym przekonująca. Być może w ogóle istota człowieństwa leży w poświęcaniu się dla innego dobra. Chociaż jeśli decyzję o tym poświęceniu podjął ktoś inny, chyba nie jest to już takie oczywiste.

Ten Jezus został wykreowany na obraz i podobieństwo swojej stwórczyni; jak ona jest logiczny, ironiczny i filozoficzny. A także pełen erudycji, odwołuje się do Prousta (określonego tu jako największy pisarz), Teresy z Avili, Seneki i François de Malherbe. Jest również niesłychanie cielesny, nadal typowo dla tej autorki. Cała ta książka jest o zaletach posiadania ciała, narrator wielokrotnie powtarza, że ojciec nic o tym nie wie, nie ma przecież substancji cielesnej. On zaś z ciała korzystał i jest mu przykro je porzucać. Gdyby miał wybór…

Bardzo cenię Nothomb za jej właściwie przerażającą konsekwencję – ta książka znowu ma 150 stron, znowu wychodzi na początku września, jak co roku, znowu zawiera słowo „pneu”; i za jej wyjątkową osobność. Właściwie nigdy nie wiadomo, czego się po niej spodziewać, poza tą szczególną zwięzłością, pozorną prostotą i klarownością obserwacji oraz narracji. Uwielbiam poza tym sposób, w jaki stawia słowa obok siebie: wydaje się, że takie było ich przeznaczenie, że właśnie tak należało ująć sprawę, że to było oczywiste od zawsze. Jak w 2016 i 2015 mamy tu do czynienia z rozwinięciem istniejącej fabuły, choć i tu żadnej reguły nie da się dojrzeć: był Wilde, był Perrault, parę lat wcześniej Sinobrody, teraz jest Biblia. Trudno sobie wyobrazić, co Nothomb napisze po tym.

„Hors normes”

Po przyjemnym i zaangażowanym społecznie, ale dość jednak błahym „Le sens de la fête” spółce reżyserskiej Toledano i Nakache znowu udało się coś niezwykłego. Bohaterowie tego filmu, Bruno i Malik, współpracują ze sobą ściśle: jeden stoi na czele stowarzyszenia zajmującego się ciężkimi przypadkami młodzieży autystycznej, drugi natomiast proponuje młodym ludziom z trudnych środowisk naukę i staż w tymże stowarzyszeniu. Bruno ma jednocześnie do czynienia z komisją z Ministerstwa Zdrowia, która ma zbadać, dlaczego działają bez wymaganych zezwoleń i dlaczego ich lokale nie spełniają norm. W jednym z głównych wątków oglądamy dorosłego autystę Josepha, którego fascynują pralki, i stąd pomysł Bruna, żeby zatrudnił go jakiś zakład naprawy tychże. Znajduje się jeden, który nie odmawia, chociaż entuzjastycznie do sprawy nie podchodzi, ale zgadza się na próbę. Jest jeden problem: Joseph nie jest w stanie sam jeździć metrem, ponieważ wcześniej lub później ulega pokusie pociągnięcia za hamulec bezpieczeństwa. Właściwie jest i drugi – bohater okazuje swoją sympatię pytając, czy może zobaczyć skarpetki interlokutora. Z opisu to może wyglądać jak miłe sympatyczne dziwactwo. Nie jest, i zostało to pokazane świetnie. Grający Josepha Benjamin Lesieur w rzeczywistości nie jest komunikatywny. Jak w każdym filmie tych reżyserów jest i tu scena tańca. Niezapomniana.

Jest tu parę naprawdę zabawnych scen, natomiast połowy filmu nie widziałam przez łzy. Oczywiście, że całość została wygładzona, prawdy nikt by nie poszedł oglądać. Oczywiście, że repliki matek są zbyt aktorskie i zbyt ładnie podawane. Oczywiście, że z wyżyn padają prawdy objawione. To jest w końcu film, nie reportaż. Natomiast emocje są prawdziwe, i grają w nim nie tylko autentyczni autyści, ale i prawdziwi ich opiekunowie. I samo to, że reżyserzy zajęli się takim tematem w taki sposób – ja umiem na to tylko powiedzieć chapeau bas i poprosić o kolejną chusteczkę.

„Nie ma” Mariusz Szczygieł

Jak na książkę o tym, czego nie ma, jest w niej całkiem sporo ludzi i rzeczy.
Jest tutaj czeska poetka Viola Fischerová, w której kochał się Havel i Hrabal, a ten drugi z jej wiersza wziął tytuł swojego zbioru opowiadań „Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać”. Powiedziała Szczygłowi różne rzeczy dzieląc je na takie, które może napisać, takie, które może napisać dopiero po jej śmierci, i takie, których napisać nie może nigdy.
Jest tutaj ojciec Mariusza Szczygła. Kot Mariusza Szczygła. Praska willa zaprojektowana przez Adolfa Loosa. Pewien sklep w Budapeszcie. Pani, która całe swoje życie zapisuje w Excelu i chciałaby, żeby po jej śmierci ktoś odnotował ten fakt w kolumnie „sukcesy”.
Są tutaj również wyimki z dziennika i listów Zofii Woźnickiej, siostry bliźniaczki Ludwiki Woźnickiej, autorki między innymi książek dla dzieci o panterze Czarce. Zofia natomiast, zaprzyjaźniona z Jadwigą Kaczyńską, trzymała do chrztu Lecha, a w jej dziennikach są wzmianki o tym jak Leszek i Jarek się rozwijają. Siostry były Żydówkami; przez wojnę, jako szesnasto-osiemnastoletnie panienki ukrywały się w Warszawie na Koszykowej u swojej ciotki. W ukrytym pokoju, bez możliwości wyjścia nawet do toalety. Jak zwykle moja wyobraźnia odmawia w takich chwilach współpracy, jak zwykle mamroczę do siebie „miałam już o tym niczego nigdy nie czytać, zupełnie niczego i nigdy i wcale, dlaczego ta tematyka musi mnie zawsze znaleźć?” i jak zwykle pytam samą siebie, czy one może miały wybór, i dlaczego w takim razie ja uważam, że mam prawo mieć wybór nieczytania. Kiedy nie mogły się dłużej ukrywać, pojechały na roboty do Niemiec, gdzie zostały rozdzielone. Może dlatego po wojnie mieszkały cały czas razem? Natomiast dlaczego Ludwika popełniła samobójstwo w wieku 58 lat, nie dowiemy się już. Może po prostu nie chciała się starzeć i chorować. Obawiając się takiego właśnie końca, siostra zamykała ją w domu, ale kiedyś zapomniała. Ludwika wyszła z domu, poszła na róg Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, weszła do przypadkowego mieszkania prosząc o szklankę wody, i wyskoczyła z okna. W tej kamienicy mieścił się znany w stolicy Hortex, co oznacza, że parę lat później bywałam tam regularnie z ciotką (to wspomnienie ma dla mnie szczególny wymiar w tym kontekście, ponieważ od roku nie mam już ciotki, chociaż fizycznie jest nadal obecna na świecie, i jeszcze nie poradziłam sobie z tym poczuciem straty). Zofia wyjechała do Londynu. 3 lata po śmierci siostry wyskoczyła z okna i ona. Czytamy tu jej zapiski kończące się na miesiąc przed śmiercią, rzeczowe i właściwie pogodne. Nic nie wskazuje na to, jak się jej życie skończy. Wiem, samobójcy raczej nie opowiadają na prawo i lewo o swoim stanie, raczej starają się jakoś trzymać wbrew wszystkiemu, do momentu, kiedy już dłużej nie mogą.
Zirytował mnie cokolwiek zamieszczony w połowie książki reportaż o Karolu, ponieważ w trzecim akapicie byłam pewna, jaka jest tajemnica bohatera, a autor upiera się, że to tajemnica i takie niejasne i nielinearne. Wcale nie. Męczyłam się przez kilka stron, a szkoda, ponieważ to ciekawy temat i osoba.
Jest tu również reportaż, którego nie przeczytałam w całości, traktuje bowiem o Ewie T, która w latach 70-tych zakatowała na śmierć swojego sześcioletniego pasierba. Nie jest to temat, którym mogę się zajmować. Opuściłam trzy strony i dotarłam do tego, że Szczygieł zainteresował się tematem, ponieważ prowadził go krok po kroku anonimowy rozmówca, pragnący ujawnić to, że po odsiedzeniu 10 lat kary i jej zatarciu Ewa T. została nauczycielką i ekspertem MEN. Ten reportaż ukazał się w roku 2012, a w następnym rozdziale dowiadujemy się, co było później. Autor wyraża zdumienie, że sprawczyni została przez czytelników błyskawicznie zdemaskowana (nie było to trudne, to była w swoim czasie głośna historia). Otóż uważam, że nie należy takich tekstów pisać. Jest to straszna, przerażająca historia, Ewa T. jest niewątpliwie osobą ciężko zaburzoną, ale – karę odbyła. Po to w naszej nieidealnej cywilizacji istnieją sądy, po to utworzono mechanizm zatarcia, żeby umożliwić nawet byłym przestępcom w miarę normalne życie, i nie do Szczygła należy decydowanie, czy Ewa T. ma prawo pracować jako nauczycielka. Zwłaszcza, że z tego co wiemy, w jej życiu nie wydarzyło się już nic, co mogłoby odbiegać od normy. Moim zdaniem nie należało tego reportażu w tej książce zamieszczać. Głównie ze względu na byłych uczniów Ewy T. Dziennikarz broni się ostatnim akapitem, przytaczając – podobno licznie otrzymane – listy od ojców, którzy pisali do niego, że już nigdy nie uderzą swojego dziecka. Może tak, może nie. Moim zdaniem szkoda wyrządzona tym tekstem jest większa niż wątpliwy zysk.
Mimo tej wady to jest bardzo piękna, bardzo dojrzała książka. (Oraz owszem, do przeczytania zmobilizowała mnie Nike, ale kupioną miałam wcześniej). Pada tu pytanie „powiedz, czego w twoim życiu nie ma”. Zastanawiałam się długo i nie potrafię odpowiedzieć. Babci mojego dziecka, najbardziej.

„Oczarowanie” Orson Scott Card

[Cudownie odnaleziona notka z listopada 2017]
Z Cardem jest tak, że swego czasu czytałam jakieś opowiadania, coś o Alvinie, co mi zupełnie nie przypadło do gustu, oraz oczywiście początek cyklu o Enderze, który skończyłam gdzieś w okolicach „Ksenodydu”, ponieważ wymagania miałam wtedy niezwykle wysokie i przekonana byłam, że jest na świecie morze znakomitej literatury sf, co się będę z Cardem męczyć. Teraz już jestem mądrzejsza. Kiedy teraz wróciłam do Endera, najpierw polecono mi część cyklu o Groszku – słusznie. Potem polecono mi „Zagubionych chłopców„, których też przeczytałam z przyjemnością, a ostatnio „Oczarowanie” (1999). Wygląda na to, że każdy czytał jakąś niezłą książkę Carda, którą ja skrzętnie ominęłam uważając, że nie jestem z nim kompatybilna.

Bohaterem „Oczarowania” jest Iwan zwany też Izaakiem, w 1975 bowiem jego rosyjscy rodzice decydują, że staną się żydami i wyjadą do Ameryki, co czynią. Iwan się amerykanizuje, ale studiuje kulturę rosyjską i uczy się staro-cerkiewno-słowiańskiego. Mając już 26 lat wyjeżdża do Rosji kończyć pracę, a potem do swojego ukraińskiego kuzyna, i tam odkrywa ukryte przejście do Tainy znajdującej się w rosyjskim dziewiątym wieku, więc znajomość prasłowiańskiego przydaje mu się znakomicie. W Tainie jest zaczarowana królewna pilnowana przez niedźwiedzia oraz zła Baba-Jaga, żona tegoż niedźwiedzia zresztą. Historia jest dość oczywista, natomiast jest to Card, i mnóstwo rzeczy tu zaskakuje. Po pierwsze znajomość podań rosyjskich; w dzieciństwie byłam fanką tych baśni, odnalezienie teraz tych motywów sprawiło mi dużo radości. Po drugie Card jest miejscami bardzo brutalny i dosadny. Szczegóły obrzezania, albo fakt, że trafia do Tainy na golasa: wszystko to jest zaskakująco werystyczne i nieoczekiwanie zabawne. W ogóle Ruś jest bardzo realistyczna, żadne pałace, królewna pracuje w polu ze wszystkimi. Po trzecie oczywiście bywa po Cardowemu irytujący: dwudziestosześciolatek w Ameryce w 1991 roku nie tylko jest prawiczkiem, ale jeszcze się upiera, że wszyscy są, a ci inni to tylko opowiadają. Tak, oczywiście. Po czwarte jest tu zdumiewająca mieszanka religii: o żydach wspominałam, z kolei w tej dziewięciowiecznej Rusi są kapłani chrześcijańscy, chrześcijanką jest też królewna, ale powszechnie wierzy się w lokalnych bogów (nie bez powodu: istnieją), i oczywiście istnieje magia. Po piąte porwanie Boeinga 747 i geneza chatki na kurzych nóżkach, przezabawne i świetnie wymyślone. Całość bardzo wciągająca.

A przy okazji już wiem, kogo czytali Stephenson i Galland, „D.O.D.O.” wyraźnie było inspirowane niektórymi pomysłami Carda.

„Luna: Moon Rising” Ian McDonald

McDonald wyciąga tu królika z kapelusza, ale nie można mieć o to pretensji, bo albo chcemy ciekawy i zaskakujący trzeci tom trylogii, albo idą, idą i idą wrzucić Pierścień, a Oko na nich patrzy, a oni idą. Jestem niesprawiedliwa, bo Tolkien ani nie napisał, ani nawet nie chciał napisać trylogii, ale to jest odwieczny problem, kto ma rację: czytelnik czy pisarz. Ja raczej stoję po stronie czytelnika.

Wracając na Lunę, okazuje się, że istnieje tam jeszcze jedna siła, o której nie było wcześniej wzmianki, ponieważ lepiej udawać, że ona nie istnieje. Doprawdy? Po pierwsze skąd oni właściwie mają pieniądze, po drugie już widzę, jak te ścierające się bezpardonowo potęgi Smoków pominęłyby zgodnie milczeniem tak smaczny kąsek. Ale cóż, w odpowiednim momencie pojawia się reprezentantka wszystkomająca: albo się kocha to rozwiązanie fabularne i wybacza, albo nie czyta dalej, na co oczywiście nie było mnie stać. Poza tym startujemy w tym miejscu, w którym skończyliśmy tom drugi, i będziemy oglądać, co robią nasi bohaterowie. Marinę oczywiście przewidziałam, ale to właściwie jedyne oczywisty tutaj pomysł. Przykro mi tylko, że gra jągrx avr mbfgnł ebmjvąmnal, gnx oneqmb pupvnłnolz mbonpmlć wrw ernxpwę an mzvnal an Xfvężlph, n Nevry an wrw cbjeóg. Zvnłnz grż cergrafwr, żr pv m qnpuh śjvngn avr ebmcbmanwą Nyrkvv – frevb, znwąp jlzlśyaą NV v onml qnalpu avr znwą antyr ebmcbmanjnavn gjneml? Bx, avr znwą xnfl an qbfgęc qb qnalpu, gb gebpuę głhznpml, npm avr qb xbńpn. Nyrkvn j qbqngxh wrfg punenxgrelfglpman, gnx śjvrżlpu mvryhavnxój avr zn jvryh.

Potem już żadnych pretensji nie miałam, ponieważ przyznaję, zakochałam się durną szczenięcą miłością. Racjonalna i trzeźwa część mózgu mówiła „ale on tu taki raczej egzaltowany jest, nie lubisz egzaltacji przecież” na co reszta z błogim uśmiechem odpowiadała „nie lubię, ale ten McDonald jest taki uroczo egzaltowany! Niech tu jeszcze sobie tak fajnie poegzaltuje, a ja się pozachwycam!”. Ale nawet trzeźwa część mózgu musiała przyznać, że labirynt powiązań jest doskonały, że do końca nie wiemy, kto jest złym i komu należy kibicować (no dobra, poza Bryce’em), że wilki są tak dobrze pomyślane, że miasta z kwadrami to taki fajny i inteligentny pomysł. Że w 80% nadal nie miałam pojęcia, co dalej. Że jest tu sąd Claviusa i księżycowe prawo (należało to wymyślić), parkur na Księżycu (to też), Długi Bieg, malandragem, urocze nawiązania do Heinleina, King Dong, portugalski, „The Eagle has landed”, żadnych Amerykanów, i Luna Corta. I że scena kulminacyjna jest taka dobra. W ogóle prosi się to o kontynuację, będę żyła nadzieją na kolejne tomy.

Spis postaci tu jest na końcu, nie wiem czy to różnica między tomami, czy specyfika polskiego tłumaczenia, podejrzewam to ostatnie. Na początku jest natomiast streszczenie poprzednich wydarzeń.

„Luna: Wilcza pełnia” Ian McDonald

Z dachu świata spada chłopiec. No, nie świata, tylko komory mieszkalnej, wysokiej na trzy kilometry, i nie spada na ziemię, tylko na księżyc. Ale nawet w tej grawitacji to będzie upadek co najmniej bolesny, a może i śmiertelny. Chłopiec to obecnie trzynastoletni Robson Corta-MacKenzie, a na Księżycu trwa wojna. Klan MacKenzie zgarnął wszystko, a Lucas upiera się, że musi udać się na Ziemię porozmawiać z możnymi tamtego świata. Urodzony na Lunie człowiek nie może oczywiście ot tak wylądować na błękitnym globie, grawitacja to surowa pani, a jego kości zupełnie nie są do niej przystosowane. A jeśli bardzo się uprze? A jeśli uważa, że to jedyny ratunek dla resztek jego rodziny? Tymczasem Marina Calzaghe staje przed wyborem ostatecznym: albo wraca na Ziemię, albo zostanie na Księżycu na zawsze. Nienawidzi Księżyca, oraz tego, jak traktuje ją Ariel. A wojna trwa.

Autor wprowadza nową postać w połowie książki, i samo to mnie zupełnie nie dziwi, natomiast miałam ze złe pomysł „pracuj dla mnie i pomóż mi uratować imperium, w tobie moja jedyna nadzieja” do osoby, którą poznało się wczoraj (i która nie jest Obi-Wan Kenobim). Na nieodwracalną decyzję daje się jej natomiast dwa dni. Tak, zauważyłam, że to fantastyka, i w dodatku materiał na serial, ale trochę umiaru by się przydało. Zirytowało mnie też natarczywe podkreślanie, jakim paskudnym złym jest Oelpr – nie wiem, dlaczego pisarze czasem tak uparcie przeginają, jakby czarny charakter nie mógł być miły i lubić zwierzątek. Nie, czytelnik musi koniecznie wiedzieć, kogo ma nienawidzieć, trzeba mu to podkreślić grubą kreską siedem razy.

Wszystko jednak wybaczyłam w drugiej połowie książki – dawno nie czytałam czegoś tak porządnie dramatycznego, zapominając o oddychaniu. Dalej zaś jest sześć stron o pieczeniu ciast, i to był moment, w którym wciągnęłam McDonalda (a przypominam, że znam go od lat i nigdy nie byłam jego fanką) na elitarną listę pisarzy, którzy mogą napisać WSZYSTKO. Potem w dodatku okazuje się, że żadne przypuszczenia czytelnika się nie sprawdzają, autor zaskoczy nas parę razy, a krajobraz księżycowy pod koniec drugiego tomu nabierze nieoczekiwanych kształtów.

To jest zdecydowanie jeden z najlepszych środkowych tomów trylogii, jakie znam. Do tego bardzo dobre tłumaczenie Próchniewicza („człowiek zadłużony to człowiek mniej awanturujący się„).

„Luna: Nów” Ian McDonald

Lunę polecał mi kolega już dawno temu, i czytałam zresztą z satysfakcją opowiadania McDonalda z tego świata (w tym fragmenty tej właśnie powieści, na przykład u Dozoisa), ale jak to ja, odkładałam ewentualną lekturę na bliżej nieokreślone kiedyś tam, bo taka fantasy księżycowa – czy ja wiem, pewnie mi się nie spodoba. Po czym przeczytałam – zresztą ponownie – „Wisznu w kocim cyrku” (ostatnie w „The Best” Dozoisa) , i znienacka opanowało mnie przeświadczenie, że cokolwiek McDonald by nie napisał, może nie będzie to olśniewająco oryginalne, ale będzie napisane znakomicie. Wobec czego natychmiast potrzebowałam Luny (dlaczego nie „Rzeki bogów”, z której niczego nie pamiętam, nie podejmuję się zrozumieć).
Zaczyna się mcdonaldowo, mocnym obrazem: sześcioro nagich nastolatków płci obojga siedzi w śluzie księżycowej, czekając aż wypompuje się powietrze, a wtedy wybiegną na zewnątrz, żeby przebiec 20 metrów do drugiej śluzy. W próżni i po rozgrzanym regolicie, bo na Księżycu warunki są nadal takie same jak dzisiaj – to jest świat za niespełna sto lat. Mają 15 sekund na zrobienie 10 kroków, potem śmierć. Taki sport. Robi wrażenie i jest kompletnie bez sensu, ponieważ to są dzieci najbogatszych księżycowych rodów, pięciu Smoków rządzących tym światem twardą ręką. Już widzę, jak rodziny w nich inwestują latami, indoktrynują i płacą za tlen oraz edukację, żeby ot tak wystawić na śmiertelne niebezpieczeństwo. Ale to po pierwsze poetyka tego autora, a po drugie wprowadzenie w księżycową kulturę. To nie jest Ziemia. I zresztą słusznie, jak Ameryka to nie Anglia, i tak dalej. Oczywiście, że pionierzy wymyśliliby własne prawo i zasady, ostentacyjnie inne, choćby dlatego, że mogą. Na Księżycu prawa w naszym rozumieniu nie ma, są wyłącznie umowy i negocjacje, co zobaczymy w drugiej scenie powieści, też widowiskowej. A potem już przepadło i wciąga, chociaż długo wędruje się bez ustanku do początkowego spisu postaci, bo te defilują tłumnie przed oczami czytelnika. Jednym z głównym bohaterów jest w każdym razie nastoletni złoty młodzieniec Lucasinho Corta, syn Corta Hélio, potentatów helu-3, który sprzeciwia się ojcu i zaczyna życie na własny rachunek. Drugą bohaterką jest Marina, zieluniaczka (w oryginale Jo Moonbeam) przybyła z Ziemi ledwie dwa miesiące temu, z trudem wiążąca koniec z końcem w tej niełaskawej rzeczywistości. Ale to oczywiście migiem się odmieni, bo Marina przypadkiem trafi w sam środek wielkiej polityki. A takiej polityki jak McDonald nikt nie robi. Diuna może się schować. To już nie są finty w fintach w fintach, to cały labirynt powiązań, podstępów, przewidywań na 10 kroków do przodu, tajemniczych organizacji, ukrytych celów, starannie skrywanych sekretów.
Nie ma tu natomiast fizyki, czego się zresztą po tym autorze spodziewałam. Urodzeni na Księżycu czy jego stali mieszkańcy są do grawitacji przyzwyczajeni i przyjmują ją za coś normalnego, my z nimi. Natomiast Marina zasadniczo powinna miewać problemy z poruszaniem się – tak, jasne, szkolili ją tygodniami, ale nadal, to jest kompletnie inne otoczenie niż to, co znała całe życie. Trudno mi uwierzyć, że tak normalnie sobie biega po Księżycu i używa mięśni tylko wtedy, kiedy się przydają. Ale ponownie – to McDonald, śmiertelnie poważny, farsy tu nie będzie, od tego są inne książki.
Cała ta powieść jest polemiką z „Luna to surowa pani”, która z całą pewnością stanowiła natchnienie dla McDonalda. Kontrakty małżeńskie i swoboda seksualna niewątpliwie są odpowiedzią na heinleinowe małżeństwa grupowe, chowańce (familiars) to Mike (oraz trzej dostojni), a parokrotnie wzmiankowane pragnienie uzyskanie niepodległości od Ziemi jest żywcem z pierwowzoru. McDonald wytrzymuje wszystkie porównania, co przyznaję z pewną niechęcią, bo zawsze uwielbiałam Lunę Heinleina, ale jest XXI wiek i świeżego na nią spojrzenia nic nie zastąpi. I jest to doskonale napisane (chociaż kompletnie nie rozumiem, o co chodzi autorowi z modą, mógł sobie to darować – ale to też część kultury). Autor jakoś potrafi połączyć szalone rozbuchanie wyobraźni z prawdopodobieństwem psychologicznym, solidną ekonomią, niezbędną brutalnością, niedwuznacznymi opisami seksu (jest tu pewna naprawdę oryginalna scena, co rzadko zdarza mi się powiedzieć), i zaskakującą zwięzłością. Oglądamy tylko te sceny, które naprawdę są potrzebne. Większość innych pisarzy zrobiłaby z tego materiału ze trzy tomy. Oczywiście w dalszych częściach będzie zapewne z tego rozpędu korzystał.