„Soif” Amélie Nothomb

Opowiada Jezus w noc przed ukrzyżowaniem, najpierw wspomina swój proces. Zeznawali przeciwko niemu nowożeńcy z Kany Galilejskiej – dlaczego zamienił wodę w wino dopiero, jak już tego ostatniego zabrakło, dlaczego musieli się wstydzić za ten brak, i dlaczego w ten sposób pili lepsze wino po gorszym? Przecież mógł wcześniej się o nich odpowiednio zatroszczyć, skoro ma moc. Łazarz z kolei się skarżył, że z winy Jezusa śmierdzi teraz trupem, matka uzdrowionego dziecka narzeka, że bachor teraz nie daje jej spokoju, i tak dalej. Jezus zresztą od początku wie, jak to się skończy, choć nie spodziewa się ukrzyżowania, i bardzo boi się bólu.

Wspomina Judasza. Był on „chodzącym problemem, twórcą zamieszania, upierdliwcem”. Wspomina Marię Magdalenę, którą kochał. I rozważa tytułowe pragnienie, rozwodząc się nad tym, że przeciwieństwem głodu jest sytość, cierpienia ukojenie, zmęczenia wypoczynek, a nie ma słowa przeciwnego do pragnienia (po polsku można od biedy użyć słowa napojony, ale też nie brzmi naturalnie). Pierwszy łyk wody dla spragnionego człowieka jest Bogiem – i pisząc to, zdaję sobie sprawę, jak idiotycznie i mistycznie to brzmi, ale u Nothomb takie nie jest. Nie sprawia tego wrażenia również opisywane dalej cierpienie na krzyżu, bardzo przejmująco. Jakkolwiek zaskakująco by to nie brzmiało, pisarka wraca do początków mitu leżącego u podstaw chrześcijaństwa, i jest w tym przekonująca. Być może w ogóle istota człowieństwa leży w poświęcaniu się dla innego dobra. Chociaż jeśli decyzję o tym poświęceniu podjął ktoś inny, chyba nie jest to już takie oczywiste.

Ten Jezus został wykreowany na obraz i podobieństwo swojej stwórczyni; jak ona jest logiczny, ironiczny i filozoficzny. A także pełen erudycji, odwołuje się do Prousta (określonego tu jako największy pisarz), Teresy z Avili, Seneki i François de Malherbe. Jest również niesłychanie cielesny, nadal typowo dla tej autorki. Cała ta książka jest o zaletach posiadania ciała, narrator wielokrotnie powtarza, że ojciec nic o tym nie wie, nie ma przecież substancji cielesnej. On zaś z ciała korzystał i jest mu przykro je porzucać. Gdyby miał wybór…

Bardzo cenię Nothomb za jej właściwie przerażającą konsekwencję – ta książka znowu ma 150 stron, znowu wychodzi na początku września, jak co roku, znowu zawiera słowo „pneu”; i za jej wyjątkową osobność. Właściwie nigdy nie wiadomo, czego się po niej spodziewać, poza tą szczególną zwięzłością, pozorną prostotą i klarownością obserwacji oraz narracji. Uwielbiam poza tym sposób, w jaki stawia słowa obok siebie: wydaje się, że takie było ich przeznaczenie, że właśnie tak należało ująć sprawę, że to było oczywiste od zawsze. Jak w 2016 i 2015 mamy tu do czynienia z rozwinięciem istniejącej fabuły, choć i tu żadnej reguły nie da się dojrzeć: był Wilde, był Perrault, parę lat wcześniej Sinobrody, teraz jest Biblia. Trudno sobie wyobrazić, co Nothomb napisze po tym.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s