„Natalii 5” Olga Rudnicka

Jest rok 2009. Poznajemy pięć bardzo różnych kobiet w wieku od 19 do 30 lat. Jedna jest urzędniczką bankową, niezwykle surową i przejętą swoją pracą. Druga jest zaniedbaną matką dwójki dzieci, która właśnie się rozwodzi z mężem zakochanym w dwudziestolatce, i musi się wyprowadzić z dziećmi z jego domu. Trzecia jest dziennikarką, chce być pisarką, właśnie zmieniła styl ubierania i nosi pastelowe sukieneczki oraz kokardki we włosach. Czwarta, studentka, ubiera się w skóry z ćwiekami i maluje sobie na skórze tatuaże. Piąta zaś jest myszowatą maturzystką w grubych okularach, której matka właśnie się rozwiodła z mężem.
Jarosław Sucharski dowiaduje się, że ma raka mózgu. Załatwia wszystkie sprawy i popełnia samobójstwo, strzelając sobie w głowę. Zgodnie z pozostawionymi przez niego dyspozycjami notariusz kontaktuje się z pięcioma córkami denata. W jego gabinecie spotyka się pięć Natalii Sucharskich, które przedtem nie miały o sobie wzajemnie pojęcia, a teraz odkrywają, że ich ojciec był kłamcą, bigamistą, i bardzo bogatym człowiekiem pełnym tajemnic.
Nieprawdopodobieństw jest tu mnóstwo. Dlaczego i po co ktokolwiek miałby zadawać sobie trud starannego ukrywania przed kolejnymi żonami poprzednich małżonek oraz dzieci? Córki zresztą nigdy nie sprawdzają, czy rzeczywiście doszło do bigamii, chociaż nie wymaga to specjalnego trudu. Rozmawiają o rozwodach swoich matek – czemu nie porównają dat? Dlaczego ta Natalia, której matka jeszcze w ciąży wyszła za mąż za kogoś innego, nie nosi nazwiska przybranego ojca? Poza tym bohaterki są zbudowane każda na jednym stereotypie, którego autorka trzyma się kurczowo. Zimna Natalia z bankowości jest zawsze ubrana nienagannie i wysławia się okrągłymi zdaniami. Natalia matka jest nieustannie przeraźliwie zaniedbana, chociaż dzieci mają już sześć lat i są całkiem samodzielne. Trzecia wszędzie nosi notes i bezustannie w nim pisze. Najmłodsza okularnica bez okularów niczego nie widzi, co też jest używane na okrągło. I tak dalej. Rudnicka jest porównywana do Chmielewskiej, ale ta jednak umiała jakoś opakować swoje dłubanie szydełkiem w historię wciągającą, nawet jeśli zupełnie naciągniętą. Tutaj mamy komisarza, który wbrew dowodom upiera się, że Sucharski nie mógł popełnić samobójstwa, i prowadzi dochodzenie. Pięć pań mu w tym przeszkadza, chociaż trudno zrozumieć, dlaczego policjant tak nerwowo reaguje na każde zadane przez nich pytanie. To zdaje się miało dowodzić, jakie są uroczo nieznośne i uparte. Równolegle córki prowadzą w pozostawionym im w spadku domu poszukiwania – zupełnie nie wiadomo czego, bo jedyną poszlaką są napomknięcia w liście ojca.
Problem z intrygą polega na tym, że kompletnie mnie nie obchodziło, czy Sucharski został zamordowany, bo 1. i tak był śmiertelnie chory 2. i tak zaplanował samobójstwo 3. nie zdążyłam go poznać ani polubić. Nie udało mi się też niestety polubić żadnej z sióstr. A już osobliwie do szału doprowadzała mnie Natalia, która nie wpada na to, że dzieci zyskały cztery ciotki i mogłaby iść do fryzjera, manikiurzystki, kosmetyczki i na zakupy ubraniowe. Co gorsza, wielokrotnie „twardo” oznajmia, że nie jest niczyją służącą, jednocześnie… sprzątając. Jeśli z taką konsekwencją wychowuje dzieci, to współczuję. Równie irytująca jest Nata, która najwyraźniej jest kosmitką przybyłą na Ziemię wczoraj i nigdy nie słyszała rozmawiających ludzi, a w dodatku ma adhd. Wrzeszczy z zachwytu za każdym razem, kiedy ktoś powie coś, co wyda jej się trafne albo zabawne, i natychmiast to skrzętnie notuje. Natomiast jeśli chodzi o poczucie humoru, to histerycznie chichotałam przy passusie, w którym epizodyczna  postać dobiega czterdziestki, lecz młodzieżowo czesze się w koński ogon. Mogłabym chcieć się dowiedzieć, jak powinna się czesać w XXI wieku stateczna trzydziestoośmioletnia matrona, ale nie chcę. Gwoli sprawiedliwości – sprawdziłam, że autorka miała jakieś 22 lata, pisząc to, co jednak sporo tłumaczy.
Uczciwie dodaję, że ostatnia tercja książki nabiera tempa i sensu, robi się całkiem zabawna (nocne przetasowania są nieźle napisane), wątki są starannie porozwiązywane (ale serio bqehpubjb fgemryvł qb cbfgnpv jvqmvnarw mn bxarz? Serio?), a przedmiot poszukiwań jest faktycznie żywcem z Chmielewskiej.

„Martwy sezon” Aneta Jadowska

Gdybym nawet zapomniała, że lubię Jadowską, to przypomniałby mi o tym już pierwszy akapit, w którym Magda Garstka snuje zaangażowane rozważania o możliwościach spożywania gości pensjonatowych. Punktem wyjścia do takiego pomysłu jest martwy sezon w Ustce, gdzie po deszczowym sierpniu nastał wrzesień, który przyniósł sinice. W „Wielkiej Niedźwiedzicy” – pensjonacie babci Marii – są tylko trzy pary gości, i jak wyjadą, to głód zajrzy Garstkom w oczy, bo dalszych rezerwacji nie widać. W dodatku znaku życia nie daje ciotka Tamara, która Magdę wychowała po śmierci rodziców, a teraz postanowiła odzyskać swoje dawne życie i wyjechała na plener fotograficzny do Islandii. Odnajduje się w drugim rozdziale, niestety w szpitalu. Maria z kolei zamartwia się o jedną z kobiet, ofiar przemocy w rodzinie, którym od lat pomaga. Ma też jakieś inne tajemnicze problemy.

Żałowałam nieco, że autorka nie kontynuuje tu narracji pierwszoosobowej, lubiłam oglądać świat oczami młodej Garstki. Za to oczywiście mamy wgląd w Tamarę oraz Marię. Bardzo fajne.

„Nietoperz i suszone cytryny” Marcin Meller

Zbiór felietonów z lat 2016-2019. Sporo o polityce, ale bywa też bardzo osobiście, jest o dzieciach i żonie. Oraz o czytaniu książek. Zawsze mnie wzrusza, kiedy odkrywam, że nie byłam jedyna, która czytała idąc, a także w korku, opierając książkę na kierownicy samochodu (nawet pamiętam, że parę lat temu w ten właśnie sposób czytałam Durrella, chociaż zupełnie nie pamiętałam, że było to już okrągłe dziesięć lat temu). Śmieszy mnie natomiast, że w roku 2017 dorosły oczytany człowiek – dziennikarz nawet – opisuje swoją prozopagnozję, nie używając tej nazwy i tak jakby był jedyny na świecie dotknięty tą przypadłością. Pośmiawszy się, współczuję jednak szczerze –  niewątpliwie znacznie łatwiej sobie z tym radzić, kiedy nie jest się osobą publiczną. Nieco z kolei zszokowało mnie wyznanie, że jako nastoletni chłopak rzucał prezerwatywy wypełnione wodą z dachów przy Andersa (ówcześnie Nowotki). „Więc to byłeś ty, Meller!” wrzasnęłam na to z oburzeniem, gdyż mieszkałam wtedy również w tej okolicy i na nasze osiedle ta wątpliwej jakości zabawa też dotarła. Jest tu też o kulisach rednaczowania w Playboyu, i o tym, jak w tym pisemku o określonym profilu zamieścić reklamę kanału telewizyjnego dla dzieci, gdy domaga się tego umowa z wydawcą.

„Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki” Jarosław Mikołajewski

Zupełnie nie tego się spodziewałam. To jest bardzo osobista opowieść o uczuciu Mikołajewskiego do Zuzanny Ginczanki, pełna emocji i egzaltowana. Oraz poszukiwaniu jej śladów.
Znajdują się tu listy do włoskiego tłumacza Silvano De Fanti, przytoczone w całości, opublikowane w 2004 w „Wysokich obcasach”. Znalazły odzew, Mikołajski spotkał wielu ludzi, który odkryli ślady Ginczanki, lub nawet znali ją osobiście. Artystka Krystyna Piotrowska namalowała serię portretów Ginczanki, ponieważ dzięki okładce „Wysokich obcasów” odkryła, że jej ojciec był kolegą szkolnym Zuzanny. Był również antysemitą. Opowiadając o tym wszystkim Mikołajewski odtwarza świat zaginiony bezpowrotnie i zapomniany, świat Wołynia, przemieszania kultur. Zuzanna – Sana, jak ją wtedy nazywano – mogła wybierać między gimnazjum polskim, rosyjskim, ukraińskim, żydowskim; wybrała polskie, została polską poetką, protegowaną Tuwima. Zginęła w 1944, a jej wiersze z ostatnich lat przepadły bez śladu nad czym Mikołajewski rozpacza, i zaraża mnie tym bólem. Potem daje wyraz swojej bezsilności. „Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma”. Zamyka tę książkę swoim krótkim dramatem o Ginczance i stwierdzeniem, że nie będzie więcej jej szukał, odcina się.
Ginczanka była wyjątkowo, uderzająco piękna, o czym wspominają wszyscy, i co bez trudu widać na tych nielicznych zachowanych zdjęciach. Ironia losu, zabił ją przecież właśnie ten wygląd, „zły” jak to wtedy określano. Nieustannie mnie dziwi, że jestem chyba jedyną osobą, która nie potrafi przejść do porządku dziennego nad tym, że żyjemy w świecie, gdzie można zginąć za wygląd. (Chętnie użyłabym czasu przeszłego w poprzednim zdaniu podrzędnym.)
*
Wiersze poetki przepadły bez śladu w wojennej pożodze, jak i rękopis „Mesjasza”, o którym wspomina i Mikołajewski i Żulczyk. W tegorocznej Nothomb Jezus wspomina swoje swoje ukrzyżowanie, robi to również u Żulczyka. Wszystkie trzy książki są tegoroczne. Czy rzeczywiście nadeszły już te czasy? A może nigdy nie odeszły.

„Narratologia” Paweł Tkaczyk

Zaczynamy od słuchowiska „Wojna światów” Wellesa, żeby unaocznić czytelnikowi, jaką moc ma dobra opowieść. Dalej dowiemy się, jak ją konstruować. Mowa powstała po to, żeby budować relacje społeczne, stąd plotka o nowym kolorze włosów jakiejś celebrytki zawsze będzie chętniej czytana, niż wykład z fizyki kwantowej. Opowieści są w końcu nierozerwalne związane z emocjami, stąd znalazł się tu rozdział o ich rozpoznawaniu. Wszystko to wydaje się oczywiste, ale autor bardzo ładnie to systematyzuje, i podaje liczne przykłady. Przytacza na przykład pierwotną historię Czerwonego Kapturka, sprzed tysiąca lat. Była znacznie bardziej krwawa niż znana nam obecnie, a dziewczynę ratuje w niej nie żaden myśliwy, tylko trzy stare kobiety. Jest tu również wzmianka o tym, że nasza narodowa epopeja zawiera tekst Dartha Vadera („Tadeusz, I’m your father”), nic mną ostatnio tak nie wstrząsnęło.

W końcowych rozdziałach jest również o doborze odpowiedniego medium, i generalnie książka jest przeznaczona raczej dla pracowników marketingu i twórców reklam rozmaitej maści, nieustannie przewija się zresztą jako przykład otwieranie nowej linii produkcyjnej. Ale przydaje się i czytelnikowi, żeby podbudować krytyczne spojrzenie na tekst. Natychmiast zaczęłam widzieć szczegóły budowy czytanych rzeczy i sposób, w jaki wykorzystują opisywane przez Tkaczyka elementy.

„Przyczajony geniusz. Janusz Gajos. 21 opowieści” Jacek Wakar

Krytyk teatralny Jacek Wakar rozmawia ze reżyserami i znajomymi Gajosa, co jest chwilami aż nudne, bo oni wszyscy mówią dokładnie to samo. Niesłychanie skromny, delikatny, kulturalny, nieśmiały, introwertyk, mówi cicho, w towarzystwie nic nie mówi i siedzi z boku, ale jak się w końcu odezwie, to trafia w sedno. Perfekcjonista, przychodzi na próbę już gotowy, wszystko ma dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, zadaje tysiące pytań, wszystko musi wiedzieć dokładnie. Minimalista, woli brak niż nadmiar. Pasjonat fotografii, o czym nie miałam pojęcia, a ma nawet wystawy. Uczciwy, powszechnie lubiany. Największy aktor polski (Piotr Cieślak wymienił obok niego Trelę, a Grzegorz Małecki mówi, że gdyby się urodził w USA, nikt by nie słyszał o De Niro – tu jednak mam wątpliwości), porównywany do Łomnickiego, ale wszyscy natychmiast się zastrzegają, że to są zupełnie inne rodzaje aktorstwa, Łomnicki się popisywał swoim talentem, pokazywał jak gra, był spektakularny. Gajos natomiast jest wyciszony, woli sugerować niż ujawniać. On nie wchodzi w rolę, tylko wciąga ją w siebie, co chyba wiedzą wszyscy, którzy widzieli jakiś film z nim. Wszyscy też pamiętają mu oczywiście Janka Kosa, czego sam aktor nie znosi – tu się zastanawiam, na ile z powodów ideologicznych, a na ile nie mógł ścierpieć tej popularności. Pamiętany jest też Turecki z kabaretu Olgi Lipińskiej (rozmowa z nią też tu jest), i tu zabawna rzecz, ja uwielbiałam jej kabaret i doskonale pamiętam tę postać, natomiast kompletnie nie kojarzę jej z Gajosem. Nie łączy mi się w jednego człowieka. To chyba były jeszcze te początki, kiedy aktor jeszcze wchodził w rolę. Swoją drogą zdawał do szkoły filmowej cztery razy, i tu jest kolejna z jego sprzeczności – ten nieśmiały cichy chłopak miał w sobie aż takie przekonanie, że musi być aktorem.

Miałam nadzieję na anegdoty. Okazała się płonna. Gajos jest najwyraźniej zbyt opanowany i wyciszony, żeby być bohaterem barwnych opowieści. Krystyna Janda opowiada tylko, jak kiedyś była pod wrażeniem historii o wypchanym Szariku, który musiał trafić do gablotki, bo dzieci go tak głaskały, że wyłysiał. Z jakichś przyczyn postanowiła się z tym podzielić z Gajosem o drugiej w nocy i zostawiła mu wiadomość. Następnego dnia aktor powiedział jej z niesmakiem, że jakaś idiotka postanowiła mu coś takiego nagrać na pocztę głosową. Janda się cieszy, że jej nie poznał. Pani Krystyno, zapewniam – poznał.

„Czarne słońce” Jakub Żulczyk

Mówią na mnie Gruz. Jestem niewypałem, co go twoje dzieci znalazły i wybuchły w pizdu, bąbelki kochane śliczne. Drutem kolczastym, na który trafia dłoń w ciemności. Butelką z kwasem rozbitą na twoim głupim ryju. Nigdy nie zamykam oczu. Słyszę wszystko. Zawsze i wszędzie cię znajdę. Powiedziałbym ci, żebyś uważał, ale po co masz uważać, skoro i tak cię znajdę.

Oto narrator. W otwierającej scenie stoi ze swoją bandą pod restauracją, gdzie dyskutują reżyser i aktorzy, z niepoprawnej opcji politycznej. Za chwilę solidnie oberwą, żeby zrozumieli, że mają się wynosić z kraju. Z tej Polski za parę lat, którą rządzi partia Polska Katolicka (wspierana przez Ruch Narodowy Szczerbiec oraz Chrześcijańską Unię Jedności), większość posłów i premier to księża, Polska nie jest już w Unii. Gruz natomiast jest bandytą na posługi, załatwiającym brudną robotę, w najgorszej z strasznych bojówek RNS. Ale to nie tak, że wierzy w lepszą Polskę. Bardzo szybko się okazuje, że jedyne, co go interesuje, to zabijanie i torturowanie, możliwie brutalne. Deklaruje, że chce oczyścić kraj z robactwa, ale to, co jest czyste i piękne, też pragnie zbrukać i zniszczyć. „Mój podpis to odcisk buta.

Zły narrator pierwszoosobowy to oczywiście nie jest nowy chwyt, co najmniej od czasów Aleksa z „Mechanicznej pomarańczy”, i sam Żulczyk już go zastosowałz powodzeniem, ale Gruz wspina się na absolutne wyżyny. Co za straszny, straszny, straszny bohater, nie oszczędzający nam niczego, nie wiem czy kiedykolwiek miałam tak przejmujące wrażenie nurzania się w ścieku. Miałam wprawdzie potrzebę wziąć prysznic już po „Ślepnąc od świateł” oraz „Le jardin de l’ogre” – lecz tamci narratorzy są chłodni, intelektualni, obserwujący się z zewnątrz, a Gruz jest intensywny, zaangażowany, pełen złych emocji, które się z niego wylewają. Niewielką pociechę stanowi fakt, że autor świetnie wie, co napisał, w jednej trzeciej książki burzy czwartą ścianę, zwraca się bezpośrednio do czytelnika z informacją, że wie, co ten ostatni odczuwa, że zapewne chce tę lekturę wyrzucić (miałeś absolutną rację, autorze), a najlepiej zatłuc nią swego najgorszego wroga (nie mogłam, bo czytałam na kindlu), ale on – autor – ma gorzej, ponieważ ma Gruza w głowie. I na odwrót. Dalej jest jeszcze ciekawiej, bo przesyłka, którą Gruz ma transportować, okazuje się bardzo specyficzna.

Jest to koronkowa robota literacka. Idiolekt narratora jest stworzony (czy podsłuchany) fantastycznie. Zachwycają wszystkie te zgrubienia, naturalne i mięsiste jak sam bohater. Cała otoczka popkulturowa jest również doskonała, Żulczyk wydaje się bez ogródek mówić „dam ci czytelniku to, co tak lubisz, ale nie zamierzam się cofać w pół drogi, dostaniesz ekstremum, i przyjmij to”. A ostatecznie rzecz jest o tym, że jeszcze możemy zawrócić, jeszcze przecież nie dotarliśmy tam, gdzie toczy się akcja książki. Jeszcze jest nadzieja.

Mam natomiast problem z drugim przesłaniem. Nysn zójv „qnłrz jnz zvłbść” v  fhtrehwr, żr gb jfmlfgxb, pb cbgemroar. Qynpmrtb j gnxvz enmvr zvłbść avr hengbjnłn Tehmn? Qynpmrtb avr jlfgnepmlłn? Pupvnłnolz eójavrż mbonpmlć xbagenethzragnpwę qyn svanłbjrw zbjl Btebqavxn, ob gb ba zavr cemrxbanł oneqmvrw. N zbżr anyrżl gb bqpmlgljnć vanpmrw: zbżr pvrzan fgeban Tehmn cbpubqmv bq Btebqavxn, n j gnxvz enmvr zvłbść bq Nysl. Nyr anjrg jgrql jltenan wrfg anqre jągcyvjn, mnjvfn jlłąpmavr an grw pvraxvrw avgrpmpr anqmvrv Tehmn… i  może to właśnie Żulczyk chce powiedzieć, w gruncie rzeczy nigdy nie mamy niczego poza tą odrobiną nadziei.

To książka powstała z bezsilności, z poczucia, że co byśmy nie zrobili, jak bardzo się nie starali zrozumieć i pamiętać, koło historii znowu się obróci, będą ginąć ludzie. To książka o tym, że jeśli raz dać Gruzowi przyzwolenie, to potem już nie da się go powstrzymać. To książka próbująca nas przekonać, że nawet jeśli Gruz teraz służy tamtym, to pewnego dnia być może się zbuntuje się przeciwko nim i nie skończy się to dla nich dobrze (choć ja nie potrafiłam w tej scenie znaleźć najmniejszej otuchy). To w końcu książka otwartym tekstem przywołująca „Mesjasza”, zagubiony rękopis podobno przepięknej powieści Schulza, jakby autor chciał przypomnieć, że niszczeni są nie tylko ludzie, ale i ich dzieło.

„50 twarzy Tindera” Joanna Jędrusik

Przez pierwsze rozdziały wydawało mi się, że Zuzanka trochę przesadziła, wcale nie czyta się źle. Autorka pisze lekko, bardzo potocznym językiem, nie stroniąc od wulgaryzmów. Na początku starannie objaśnia czym jest Tinder, jak tam trafiła (na pociechę po zdradzie męża i rozwodzie), i zachwala efekty, przestrzegając jednocześnie przed nadmiernym entuzjazmem. Czym dalej, tym robi się zwyczajnie smutniej. Depresja, alkohol, narkotyki. I seks, oczywiście, w końcu po to zapewne czytelnik kupił tę książkę. Autorka regularnie zapewnia, że jest fajny i cudowny, niestety z raczej powtarzalnych opisów tego nie widać. Nie mam nic przeciwko sypianiu z licznymi partnerami, choćby i grupowo, każdy decyduje o swoich poczynaniach, ale żeby zaraz książkę o tym pisać? Wyznam, że przeszło mi przez myśl pytanie, czy przypadkiem sceny nie są opisywane ze szczegółami po to, aby wiarołomny mąż to przeczytał i zobaczył, co stracił. Ani to poradnik, ani reportaż, ani wspomnienia, a obiecywanej przez wydawcę „przezabawności” też się nie dopatrzyłam.
Fascynują mnie nieco kwestie praktyczne: czy poliamorki nie boją się jakiejś zarazy, już nawet niekoniecznie przenoszonej drogą płciową, ale w sezonie grypowym można jednak mieć przez swoich partnerów i ich partnerki w ciągu tygodnia intymny kontakt z połową miasta. Chociaż pewnie wyolbrzymiam zasięg zjawiska.
Jędrusik porusza tu jedną ciekawą kwestię: wskazuje mianowicie rozdzielną wizję świata serwowaną przez magazyny damskie i męskie. Kobiety mają uwieść, zaobrączkować, powstrzymać przed zdradami; mężczyźni wprost przeciwnie, mają zaliczać nie dając się usidlić. Dla obu płci to jest gra, w której ta druga strona jest przeciwnikiem. Taką dychotomię serwuje nam się również w innych dziedzinach życia, ostatnio coraz intensywniej. Oczywiście „dziel i rządź” jest znakomitą metodą na homo sapiens, sprawdzającą się od tysiącleci. Zastanawiam się, czy człowiek byłby nadal człowiekiem, gdyby go tego pozbawić. Gdyby wychowywać do zauważania tego, co łączy, nie tego co dzieli. Nauczyć oswajać bliźniego, a nie odpychać. Obserwować z uwagą, a nie gardzić. Być może jednak  to utopia, bo agresja i wizja istnienia wroga jest nam niezbędna do przetrwania, co twierdził już Hal Bregg ze swoim „mli-mli”.

„Mr. Breakfast” Jonathan Carroll

Czytywałam Carrolla jakoś przed epoką lodowcową, i pamiętam tyle, że jedna z jego książek podobała mi się bardzo – „Kraina Chichów”? – a inne już znacznie mniej, po czym się w ogóle na niego obraziłam, bodaj za jakieś opowiadanie (czy nie to, w którym był pies ze świecącymi oczami?), i przestałam interesować dalszą twórczością. Ale skoro wyszło teraz coś nowego, zdecydowałam się dać mu szansę. Dziwne jest to, że nie znalazłam żadnej informacji na temat angielskiego wydania tej książki, która przecież była z tego języka tłumaczona, istnieje tylko pochwalna wzmianka Neila Gaimana, który jej po polsku raczej nie czytał. Czyżby premiera polska miała miejsce przed oryginalną? Lub zamiast?

Bohaterem jest Graham Patterson, nieudany komik standupowy, który jedzie z jednego słabego występu na drugi, a po drodze trafia do salonu tatuażu i pod wpływem impulsu każe sobie taki wykonać. Okazuje się, że ma on moce magiczne: bohater będzie mógł podejrzeć dwa swoje alternatywne życia i wybrać jedno z nich. W równoległym wątku mamy natomiast byłą dziewczynę Grahama, obecnie staruszkę, rozmawiającą z biografem bohatera, w tej wersji Patterson stał się bowiem słynnym fotografem. Do połowy nawet wciąga. Od połowy zaplątanie wątków robi się męczące, a jeszcze gorsze są liczne coelhizmy i inne Opowieści z Głębokim Przesłaniem oraz Jeszcze Głębszą Metaforą. Pojawia się tu również „Kraina Chichów” Marshalla France’a: takie chwyty były dobre w 1985. Z zakończenia wynika odkrywczo, że najważniejsza jest miłość, a jakże. Niektóre wątki robią wrażenie porzuconych i zapomnianych (pb fgnłb fvę m Nagurvą?), i generalnie całość pisana może nie całkiem na kolanie, ale co się tu właściwie Gaimanowi podobało, trudno mi zgadnąć.

„Żuławski. Szaman” Aleksandra Szarłat

Nazwisko autorki kojarzę od czasów przedpotopowych: bardzo lubiłam czytać jej reportaże w bodaj Sztandarze Młodych. Pamiętam rzetelność bez szukania sensacji. Czytałam też jakieś sf, którego była współautorką. Sięgnęłam po tę biografię bardziej dla niej niż dla Żuławskiego, i zaiste się nie rozczarowałam. Ta książka zawiera oczywiście mnóstwo życia osobistego bohatera, czego zazwyczaj nie lubię, upierając się, że istotne jest dzieło, dzieło – a nie jakieś przelotne miłostki i inne awantury świata tego, ale Aleksandra Szarłat jest tu tak rzeczowa, że wyjątkowo mi ta tematyka nie przeszkadzała. Poza tym w przypadku akurat tego bohatera jest rzeczywiście istotna, nie mówiąc o możliwości odmalowania barwnego świata lat 60, kontrastującego z siermiężnością PRL-u: udało się to znakomicie.

Zaczynamy od Mirosława, który we Lwowie w roku 1940 decyduje się na dziecko… to znaczy czort wie, jak to z tą decyzją było w tamtych latach. Pewnie nie była taka znów świadoma i przemyślana. Jakoś przeżyją wszyscy, on oczywiście będzie pracował jako karmiciel wszy u Weigla, a potem historia będzie nimi rzucać: Polska, Praga (dzięki przyjaciółce Czesławy, osławionej Lunie Brystygierowej), a potem Paryż, gdzie Mirosław intensywnie podrywał Irenę Krzywicką, albo ona jego, gdzie urodzą się bracia Andrzeja, i gdzie on sam będzie potem swobodnie jeździł do ojca, attaché kulturalnego. Nic dziwnego, że panny będą doń ciągnąć tłumnie, choć wiele lat później wszystkie właściwie jednomyślnie odmówią wspominania byłego ukochanego czy męża. Pierwszą, jeszcze nastoletnią, wielką miłością Andrzeja była Ewa, adoptowana córka Tuwimów. Nie miałam o tym pojęcia, jak i o tym, że swoją pierwszą żonę odbił Adolfowi Rudnickiemu. Następnie tę samą Barbarę odebrał mu niejaki Christian Ferry, który będzie się w życiorysie przewijał, ponieważ wielokrotnie był dobroczyńcą Andrzeja, i to jest tak intrygujące, że chętnie przeczytałabym coś więcej i o nim. Albo czuł się winny – ale tyle lat? Albo rzeczywiście był zafascynowany Andrzejem, o co zdaje się nietrudno było.

Następnie nadciągają plejady kobiet życia, i ta lista jest rzeczywiście imponująca. Bohater nie obniżał sobie poprzeczki. Wszystkie były bardzo piękne, wszystkie były aktorkami lub artystkami. I oczywiście Żuławskiemu nigdy nie chodziło o wspólne życie, a wiele pań tego nie rozumiało. Od Małgorzaty Braunek poczynając, która mu urodziła pierwszego syna, i czego bym nie myślała trzeźwo o portretowanym, to jednak dziwić się trudno: on tu barwny ptak z przemyśleniami filozoficznymi, fascynacjami literackimi, kolorowymi wizjami, Paryżem, oryginalnymi pomysłami, i to wszystko autentyczne, a nie tylko poza; a tu codzienność skrzeczy i jakieś brudne pieluchy wzywają. Braunek zresztą mu ostatecznie nie ustępowała w niczym, skoro pięcioletnie dziecko wysłali samo (!) do Afryki (do dziadków) na półtora roku (!!), odwiedzając je w tym czasie raptem raz (!!!). (Sam Xawery ten pobyt wspomina doskonale). Kochający ojciec sporządził zresztą na tę okazję wielostronicową instrukcję obsługi dziecka, czyli typowo: zajmować się nie będę, bo to poniżej mej osobowości, inteligencji i wykształcenia, ale przecież wiem lepiej i wam powiem, nie zważając na to, że starzy Żuławscy jakoś wychowali trzech synów.

Wracając do kobiet, wyciągał ze swoich młodych aktorek wszystko co się dało, albo i więcej, prawdopodobnie celowo rozkochiwał je w sobie, żeby pokazały emocje, a potem spokojnie szedł dalej, wyśmiewając się z głupich dziewczyn w swojej prozie. Na tej liście jest i Isabelle Adjani, która podobno po ukończeniu „Opętania” próbowała popełnić samobójstwo. I o ile to wszystko dałoby się jakoś wytłumaczyć, o tyle nigdy nie pojmowałam, po co potem je wszystkie tak wrednie obsmarowywał w licznych dziełach pisanych. Miał dostatecznie dużo tematów bez tego. Chyba tylko jakiś rys psychopatyczny to tłumaczy. Jedyną kobietą, która wspomina Andrzeja relatywnie dobrze, jest Maria Konwicka (córka Tadeusza, też zresztą napisała niedawno książkę wspomnieniową, leży u mnie na dysku i czeka na swoją kolej), która przytomnie zdążyła uciec za ocean, zanim Żuławski zaczął psuć jej psychikę. Do pozostałych byłych ukochanych Szarłat usiłowała dotrzeć, niektóre odmawiały wprost, niektóre wymijająco. Wspomnień odmówiła również Sophie Marceau, przez swoją agentkę. Xawery potem napomknął biografce, że ona ma przecież syna, ze względu na niego nie chce wspominać – w podtekście, że musiałaby wyłącznie źle? Po 17 latach, zawdzięczając mu jednak wykształcenie, obycie, i sporą część kariery?

Są tu rozmaite pyszne anegdoty, Rostropowicz podał Żuławskiego do sądu o „obrazę duszy rosyjskiej”, za „Borysa Godunowa”. Zgodnie z kontraktem sąd był francuski i prześlicznie wybrnął z sytuacji. Olejniczak przed przyjęciem roli Chopina pytał o radę wiele znamienitych osób, w tym Aleksandra Bardiniego, który udzielił mu porady pragmatycznej „zależy, ile płacą”. Pewna francuska powieściopisarka, której drobnomieszczańską książkę reżyser sfilmował po swojemu, oburzyła się „Żuławski nasikał na moje ciasteczko!” na co ten rzeczowo odparł „to właśnie zrobiłem”.

Pod koniec książki Aleksandra Szarłat po prostu przytacza opinie bliskich o Żuławskim, a uzupełniają ją trzy rozmowy z synami Andrzeja. Niektóre z tych spostrzeżeń są bardzo wnikliwe, a razem składają się na wielowymiarowy portret niezwykłej postaci. Chylę czoła przed autorką, której udało się uniknąć naciskania na sensacyjki, obwiniania – a z drugiej strony stawiania na piedestale i usprawiedliwiania. Zachowała obiektywność przez cały czas. Wyłania się z tej znakomitej biografii obraz człowieka męczonego przez rozliczne talenty, wiecznie poszukującego, przeraźliwie sfrustrowanego. Potworny histeryk, czuły i opiekuńczy partner, wredny mizogin, niewiarygodnie inteligentny twórca wyrastający nad swoją epokę, grafoman, alkoholik i podlec, tytan pracy intelektualnej, reżyser rzeczywistości: który z tych epitetów jest prawdziwszy? Łatwo byłoby się skupić na niektórych tylko aspektach tej skomplikowanej osobowości. Szarłat na szczęście nie uległa tej pokusie. Jedno jest jasne, Żuławskiego nie mogło uszczęśliwić nic ani nikt, na czele z nim samym. A jednocześnie pozostał wierny przez całe życie sobie samemu, co jest wielkim osiągnięciem. Rozpaczliwie poszukiwał wolności, nie widząc, że jedynym, który go zniewala, jest on sam.