„Natalii 5” Olga Rudnicka

Jest rok 2009. Poznajemy pięć bardzo różnych kobiet w wieku od 19 do 30 lat. Jedna jest urzędniczką bankową, niezwykle surową i przejętą swoją pracą. Druga jest zaniedbaną matką dwójki dzieci, która właśnie się rozwodzi z mężem zakochanym w dwudziestolatce, i musi się wyprowadzić z dziećmi z jego domu. Trzecia jest dziennikarką, chce być pisarką, właśnie zmieniła styl ubierania i nosi pastelowe sukieneczki oraz kokardki we włosach. Czwarta, studentka, ubiera się w skóry z ćwiekami i maluje sobie na skórze tatuaże. Piąta zaś jest myszowatą maturzystką w grubych okularach, której matka właśnie się rozwiodła z mężem.
Jarosław Sucharski dowiaduje się, że ma raka mózgu. Załatwia wszystkie sprawy i popełnia samobójstwo, strzelając sobie w głowę. Zgodnie z pozostawionymi przez niego dyspozycjami notariusz kontaktuje się z pięcioma córkami denata. W jego gabinecie spotyka się pięć Natalii Sucharskich, które przedtem nie miały o sobie wzajemnie pojęcia, a teraz odkrywają, że ich ojciec był kłamcą, bigamistą, i bardzo bogatym człowiekiem pełnym tajemnic.
Nieprawdopodobieństw jest tu mnóstwo. Dlaczego i po co ktokolwiek miałby zadawać sobie trud starannego ukrywania przed kolejnymi żonami poprzednich małżonek oraz dzieci? Córki zresztą nigdy nie sprawdzają, czy rzeczywiście doszło do bigamii, chociaż nie wymaga to specjalnego trudu. Rozmawiają o rozwodach swoich matek – czemu nie porównają dat? Dlaczego ta Natalia, której matka jeszcze w ciąży wyszła za mąż za kogoś innego, nie nosi nazwiska przybranego ojca? Poza tym bohaterki są zbudowane każda na jednym stereotypie, którego autorka trzyma się kurczowo. Zimna Natalia z bankowości jest zawsze ubrana nienagannie i wysławia się okrągłymi zdaniami. Natalia matka jest nieustannie przeraźliwie zaniedbana, chociaż dzieci mają już sześć lat i są całkiem samodzielne. Trzecia wszędzie nosi notes i bezustannie w nim pisze. Najmłodsza okularnica bez okularów niczego nie widzi, co też jest używane na okrągło. I tak dalej. Rudnicka jest porównywana do Chmielewskiej, ale ta jednak umiała jakoś opakować swoje dłubanie szydełkiem w historię wciągającą, nawet jeśli zupełnie naciągniętą. Tutaj mamy komisarza, który wbrew dowodom upiera się, że Sucharski nie mógł popełnić samobójstwa, i prowadzi dochodzenie. Pięć pań mu w tym przeszkadza, chociaż trudno zrozumieć, dlaczego policjant tak nerwowo reaguje na każde zadane przez nich pytanie. To zdaje się miało dowodzić, jakie są uroczo nieznośne i uparte. Równolegle córki prowadzą w pozostawionym im w spadku domu poszukiwania – zupełnie nie wiadomo czego, bo jedyną poszlaką są napomknięcia w liście ojca.
Problem z intrygą polega na tym, że kompletnie mnie nie obchodziło, czy Sucharski został zamordowany, bo 1. i tak był śmiertelnie chory 2. i tak zaplanował samobójstwo 3. nie zdążyłam go poznać ani polubić. Nie udało mi się też niestety polubić żadnej z sióstr. A już osobliwie do szału doprowadzała mnie Natalia, która nie wpada na to, że dzieci zyskały cztery ciotki i mogłaby iść do fryzjera, manikiurzystki, kosmetyczki i na zakupy ubraniowe. Co gorsza, wielokrotnie „twardo” oznajmia, że nie jest niczyją służącą, jednocześnie… sprzątając. Jeśli z taką konsekwencją wychowuje dzieci, to współczuję. Równie irytująca jest Nata, która najwyraźniej jest kosmitką przybyłą na Ziemię wczoraj i nigdy nie słyszała rozmawiających ludzi, a w dodatku ma adhd. Wrzeszczy z zachwytu za każdym razem, kiedy ktoś powie coś, co wyda jej się trafne albo zabawne, i natychmiast to skrzętnie notuje. Natomiast jeśli chodzi o poczucie humoru, to histerycznie chichotałam przy passusie, w którym epizodyczna  postać dobiega czterdziestki, lecz młodzieżowo czesze się w koński ogon. Mogłabym chcieć się dowiedzieć, jak powinna się czesać w XXI wieku stateczna trzydziestoośmioletnia matrona, ale nie chcę. Gwoli sprawiedliwości – sprawdziłam, że autorka miała jakieś 22 lata, pisząc to, co jednak sporo tłumaczy.
Uczciwie dodaję, że ostatnia tercja książki nabiera tempa i sensu, robi się całkiem zabawna (nocne przetasowania są nieźle napisane), wątki są starannie porozwiązywane (ale serio bqehpubjb fgemryvł qb cbfgnpv jvqmvnarw mn bxarz? Serio?), a przedmiot poszukiwań jest faktycznie żywcem z Chmielewskiej.

„Martwy sezon” Aneta Jadowska

Gdybym nawet zapomniała, że lubię Jadowską, to przypomniałby mi o tym już pierwszy akapit, w którym Magda Garstka snuje zaangażowane rozważania o możliwościach spożywania gości pensjonatowych. Punktem wyjścia do takiego pomysłu jest martwy sezon w Ustce, gdzie po deszczowym sierpniu nastał wrzesień, który przyniósł sinice. W „Wielkiej Niedźwiedzicy” – pensjonacie babci Marii – są tylko trzy pary gości, i jak wyjadą, to głód zajrzy Garstkom w oczy, bo dalszych rezerwacji nie widać. W dodatku znaku życia nie daje ciotka Tamara, która Magdę wychowała po śmierci rodziców, a teraz postanowiła odzyskać swoje dawne życie i wyjechała na plener fotograficzny do Islandii. Odnajduje się w drugim rozdziale, niestety w szpitalu. Maria z kolei zamartwia się o jedną z kobiet, ofiar przemocy w rodzinie, którym od lat pomaga. Ma też jakieś inne tajemnicze problemy.

Żałowałam nieco, że autorka nie kontynuuje tu narracji pierwszoosobowej, lubiłam oglądać świat oczami młodej Garstki. Za to oczywiście mamy wgląd w Tamarę oraz Marię. Bardzo fajne.

„Nietoperz i suszone cytryny” Marcin Meller

Zbiór felietonów z lat 2016-2019. Sporo o polityce, ale bywa też bardzo osobiście, jest o dzieciach i żonie. Oraz o czytaniu książek. Zawsze mnie wzrusza, kiedy odkrywam, że nie byłam jedyna, która czytała idąc, a także w korku, opierając książkę na kierownicy samochodu (nawet pamiętam, że parę lat temu w ten właśnie sposób czytałam Durrella, chociaż zupełnie nie pamiętałam, że było to już okrągłe dziesięć lat temu). Śmieszy mnie natomiast, że w roku 2017 dorosły oczytany człowiek – dziennikarz nawet – opisuje swoją prozopagnozję, nie używając tej nazwy i tak jakby był jedyny na świecie dotknięty tą przypadłością. Pośmiawszy się, współczuję jednak szczerze –  niewątpliwie znacznie łatwiej sobie z tym radzić, kiedy nie jest się osobą publiczną. Nieco z kolei zszokowało mnie wyznanie, że jako nastoletni chłopak rzucał prezerwatywy wypełnione wodą z dachów przy Andersa (ówcześnie Nowotki). „Więc to byłeś ty, Meller!” wrzasnęłam na to z oburzeniem, gdyż mieszkałam wtedy również w tej okolicy i na nasze osiedle ta wątpliwej jakości zabawa też dotarła. Jest tu też o kulisach rednaczowania w Playboyu, i o tym, jak w tym pisemku o określonym profilu zamieścić reklamę kanału telewizyjnego dla dzieci, gdy domaga się tego umowa z wydawcą.

„Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki” Jarosław Mikołajewski

Zupełnie nie tego się spodziewałam. To jest bardzo osobista opowieść o uczuciu Mikołajewskiego do Zuzanny Ginczanki, pełna emocji i egzaltowana. Oraz poszukiwaniu jej śladów.
Znajdują się tu listy do włoskiego tłumacza Silvano De Fanti, przytoczone w całości, opublikowane w 2004 w „Wysokich obcasach”. Znalazły odzew, Mikołajski spotkał wielu ludzi, który odkryli ślady Ginczanki, lub nawet znali ją osobiście. Artystka Krystyna Piotrowska namalowała serię portretów Ginczanki, ponieważ dzięki okładce „Wysokich obcasów” odkryła, że jej ojciec był kolegą szkolnym Zuzanny. Był również antysemitą. Opowiadając o tym wszystkim Mikołajewski odtwarza świat zaginiony bezpowrotnie i zapomniany, świat Wołynia, przemieszania kultur. Zuzanna – Sana, jak ją wtedy nazywano – mogła wybierać między gimnazjum polskim, rosyjskim, ukraińskim, żydowskim; wybrała polskie, została polską poetką, protegowaną Tuwima. Zginęła w 1944, a jej wiersze z ostatnich lat przepadły bez śladu nad czym Mikołajewski rozpacza, i zaraża mnie tym bólem. Potem daje wyraz swojej bezsilności. „Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma”. Zamyka tę książkę swoim krótkim dramatem o Ginczance i stwierdzeniem, że nie będzie więcej jej szukał, odcina się.
Ginczanka była wyjątkowo, uderzająco piękna, o czym wspominają wszyscy, i co bez trudu widać na tych nielicznych zachowanych zdjęciach. Ironia losu, zabił ją przecież właśnie ten wygląd, „zły” jak to wtedy określano. Nieustannie mnie dziwi, że jestem chyba jedyną osobą, która nie potrafi przejść do porządku dziennego nad tym, że żyjemy w świecie, gdzie można zginąć za wygląd. (Chętnie użyłabym czasu przeszłego w poprzednim zdaniu podrzędnym.)
*
Wiersze poetki przepadły bez śladu w wojennej pożodze, jak i rękopis „Mesjasza”, o którym wspomina i Mikołajewski i Żulczyk. W tegorocznej Nothomb Jezus wspomina swoje swoje ukrzyżowanie, robi to również u Żulczyka. Wszystkie trzy książki są tegoroczne. Czy rzeczywiście nadeszły już te czasy? A może nigdy nie odeszły.

„Narratologia” Paweł Tkaczyk

Zaczynamy od słuchowiska „Wojna światów” Wellesa, żeby unaocznić czytelnikowi, jaką moc ma dobra opowieść. Dalej dowiemy się, jak ją konstruować. Mowa powstała po to, żeby budować relacje społeczne, stąd plotka o nowym kolorze włosów jakiejś celebrytki zawsze będzie chętniej czytana, niż wykład z fizyki kwantowej. Opowieści są w końcu nierozerwalne związane z emocjami, stąd znalazł się tu rozdział o ich rozpoznawaniu. Wszystko to wydaje się oczywiste, ale autor bardzo ładnie to systematyzuje, i podaje liczne przykłady. Przytacza na przykład pierwotną historię Czerwonego Kapturka, sprzed tysiąca lat. Była znacznie bardziej krwawa niż znana nam obecnie, a dziewczynę ratuje w niej nie żaden myśliwy, tylko trzy stare kobiety. Jest tu również wzmianka o tym, że nasza narodowa epopeja zawiera tekst Dartha Vadera („Tadeusz, I’m your father”), nic mną ostatnio tak nie wstrząsnęło.

W końcowych rozdziałach jest również o doborze odpowiedniego medium, i generalnie książka jest przeznaczona raczej dla pracowników marketingu i twórców reklam rozmaitej maści, nieustannie przewija się zresztą jako przykład otwieranie nowej linii produkcyjnej. Ale przydaje się i czytelnikowi, żeby podbudować krytyczne spojrzenie na tekst. Natychmiast zaczęłam widzieć szczegóły budowy czytanych rzeczy i sposób, w jaki wykorzystują opisywane przez Tkaczyka elementy.

„Przyczajony geniusz. Janusz Gajos. 21 opowieści” Jacek Wakar

Krytyk teatralny Jacek Wakar rozmawia ze reżyserami i znajomymi Gajosa, co jest chwilami aż nudne, bo oni wszyscy mówią dokładnie to samo. Niesłychanie skromny, delikatny, kulturalny, nieśmiały, introwertyk, mówi cicho, w towarzystwie nic nie mówi i siedzi z boku, ale jak się w końcu odezwie, to trafia w sedno. Perfekcjonista, przychodzi na próbę już gotowy, wszystko ma dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, zadaje tysiące pytań, wszystko musi wiedzieć dokładnie. Minimalista, woli brak niż nadmiar. Pasjonat fotografii, o czym nie miałam pojęcia, a ma nawet wystawy. Uczciwy, powszechnie lubiany. Największy aktor polski (Piotr Cieślak wymienił obok niego Trelę, a Grzegorz Małecki mówi, że gdyby się urodził w USA, nikt by nie słyszał o De Niro – tu jednak mam wątpliwości), porównywany do Łomnickiego, ale wszyscy natychmiast się zastrzegają, że to są zupełnie inne rodzaje aktorstwa, Łomnicki się popisywał swoim talentem, pokazywał jak gra, był spektakularny. Gajos natomiast jest wyciszony, woli sugerować niż ujawniać. On nie wchodzi w rolę, tylko wciąga ją w siebie, co chyba wiedzą wszyscy, którzy widzieli jakiś film z nim. Wszyscy też pamiętają mu oczywiście Janka Kosa, czego sam aktor nie znosi – tu się zastanawiam, na ile z powodów ideologicznych, a na ile nie mógł ścierpieć tej popularności. Pamiętany jest też Turecki z kabaretu Olgi Lipińskiej (rozmowa z nią też tu jest), i tu zabawna rzecz, ja uwielbiałam jej kabaret i doskonale pamiętam tę postać, natomiast kompletnie nie kojarzę jej z Gajosem. Nie łączy mi się w jednego człowieka. To chyba były jeszcze te początki, kiedy aktor jeszcze wchodził w rolę. Swoją drogą zdawał do szkoły filmowej cztery razy, i tu jest kolejna z jego sprzeczności – ten nieśmiały cichy chłopak miał w sobie aż takie przekonanie, że musi być aktorem.

Miałam nadzieję na anegdoty. Okazała się płonna. Gajos jest najwyraźniej zbyt opanowany i wyciszony, żeby być bohaterem barwnych opowieści. Krystyna Janda opowiada tylko, jak kiedyś była pod wrażeniem historii o wypchanym Szariku, który musiał trafić do gablotki, bo dzieci go tak głaskały, że wyłysiał. Z jakichś przyczyn postanowiła się z tym podzielić z Gajosem o drugiej w nocy i zostawiła mu wiadomość. Następnego dnia aktor powiedział jej z niesmakiem, że jakaś idiotka postanowiła mu coś takiego nagrać na pocztę głosową. Janda się cieszy, że jej nie poznał. Pani Krystyno, zapewniam – poznał.

„Czarne słońce” Jakub Żulczyk

Mówią na mnie Gruz. Jestem niewypałem, co go twoje dzieci znalazły i wybuchły w pizdu, bąbelki kochane śliczne. Drutem kolczastym, na który trafia dłoń w ciemności. Butelką z kwasem rozbitą na twoim głupim ryju. Nigdy nie zamykam oczu. Słyszę wszystko. Zawsze i wszędzie cię znajdę. Powiedziałbym ci, żebyś uważał, ale po co masz uważać, skoro i tak cię znajdę.

Oto narrator. W otwierającej scenie stoi ze swoją bandą pod restauracją, gdzie dyskutują reżyser i aktorzy, z niepoprawnej opcji politycznej. Za chwilę solidnie oberwą, żeby zrozumieli, że mają się wynosić z kraju. Z tej Polski za parę lat, którą rządzi partia Polska Katolicka (wspierana przez Ruch Narodowy Szczerbiec oraz Chrześcijańską Unię Jedności), większość posłów i premier to księża, Polska nie jest już w Unii. Gruz natomiast jest bandytą na posługi, załatwiającym brudną robotę, w najgorszej z strasznych bojówek RNS. Ale to nie tak, że wierzy w lepszą Polskę. Bardzo szybko się okazuje, że jedyne, co go interesuje, to zabijanie i torturowanie, możliwie brutalne. Deklaruje, że chce oczyścić kraj z robactwa, ale to, co jest czyste i piękne, też pragnie zbrukać i zniszczyć. „Mój podpis to odcisk buta.

Zły narrator pierwszoosobowy to oczywiście nie jest nowy chwyt, co najmniej od czasów Aleksa z „Mechanicznej pomarańczy”, i sam Żulczyk już go zastosowałz powodzeniem, ale Gruz wspina się na absolutne wyżyny. Co za straszny, straszny, straszny bohater, nie oszczędzający nam niczego, nie wiem czy kiedykolwiek miałam tak przejmujące wrażenie nurzania się w ścieku. Miałam wprawdzie potrzebę wziąć prysznic już po „Ślepnąc od świateł” oraz „Le jardin de l’ogre” – lecz tamci narratorzy są chłodni, intelektualni, obserwujący się z zewnątrz, a Gruz jest intensywny, zaangażowany, pełen złych emocji, które się z niego wylewają. Niewielką pociechę stanowi fakt, że autor świetnie wie, co napisał, w jednej trzeciej książki burzy czwartą ścianę, zwraca się bezpośrednio do czytelnika z informacją, że wie, co ten ostatni odczuwa, że zapewne chce tę lekturę wyrzucić (miałeś absolutną rację, autorze), a najlepiej zatłuc nią swego najgorszego wroga (nie mogłam, bo czytałam na kindlu), ale on – autor – ma gorzej, ponieważ ma Gruza w głowie. I na odwrót. Dalej jest jeszcze ciekawiej, bo przesyłka, którą Gruz ma transportować, okazuje się bardzo specyficzna.

Jest to koronkowa robota literacka. Idiolekt narratora jest stworzony (czy podsłuchany) fantastycznie. Zachwycają wszystkie te zgrubienia, naturalne i mięsiste jak sam bohater. Cała otoczka popkulturowa jest również doskonała, Żulczyk wydaje się bez ogródek mówić „dam ci czytelniku to, co tak lubisz, ale nie zamierzam się cofać w pół drogi, dostaniesz ekstremum, i przyjmij to”. A ostatecznie rzecz jest o tym, że jeszcze możemy zawrócić, jeszcze przecież nie dotarliśmy tam, gdzie toczy się akcja książki. Jeszcze jest nadzieja.

Mam natomiast problem z drugim przesłaniem. Nysn zójv „qnłrz jnz zvłbść” v  fhtrehwr, żr gb jfmlfgxb, pb cbgemroar. Qynpmrtb j gnxvz enmvr zvłbść avr hengbjnłn Tehmn? Qynpmrtb avr jlfgnepmlłn? Pupvnłnolz eójavrż mbonpmlć xbagenethzragnpwę qyn svanłbjrw zbjl Btebqavxn, ob gb ba zavr cemrxbanł oneqmvrw. N zbżr anyrżl gb bqpmlgljnć vanpmrw: zbżr pvrzan fgeban Tehmn cbpubqmv bq Btebqavxn, n j gnxvz enmvr zvłbść bq Nysl. Nyr anjrg jgrql jltenan wrfg anqre jągcyvjn, mnjvfn jlłąpmavr an grw pvraxvrw avgrpmpr anqmvrv Tehmn… i  może to właśnie Żulczyk chce powiedzieć, w gruncie rzeczy nigdy nie mamy niczego poza tą odrobiną nadziei.

To książka powstała z bezsilności, z poczucia, że co byśmy nie zrobili, jak bardzo się nie starali zrozumieć i pamiętać, koło historii znowu się obróci, będą ginąć ludzie. To książka o tym, że jeśli raz dać Gruzowi przyzwolenie, to potem już nie da się go powstrzymać. To książka próbująca nas przekonać, że nawet jeśli Gruz teraz służy tamtym, to pewnego dnia być może się zbuntuje się przeciwko nim i nie skończy się to dla nich dobrze (choć ja nie potrafiłam w tej scenie znaleźć najmniejszej otuchy). To w końcu książka otwartym tekstem przywołująca „Mesjasza”, zagubiony rękopis podobno przepięknej powieści Schulza, jakby autor chciał przypomnieć, że niszczeni są nie tylko ludzie, ale i ich dzieło.