„Żuławski. Szaman” Aleksandra Szarłat

Nazwisko autorki kojarzę od czasów przedpotopowych: bardzo lubiłam czytać jej reportaże w bodaj Sztandarze Młodych. Pamiętam rzetelność bez szukania sensacji. Czytałam też jakieś sf, którego była współautorką. Sięgnęłam po tę biografię bardziej dla niej niż dla Żuławskiego, i zaiste się nie rozczarowałam. Ta książka zawiera oczywiście mnóstwo życia osobistego bohatera, czego zazwyczaj nie lubię, upierając się, że istotne jest dzieło, dzieło – a nie jakieś przelotne miłostki i inne awantury świata tego, ale Aleksandra Szarłat jest tu tak rzeczowa, że wyjątkowo mi ta tematyka nie przeszkadzała. Poza tym w przypadku akurat tego bohatera jest rzeczywiście istotna, nie mówiąc o możliwości odmalowania barwnego świata lat 60, kontrastującego z siermiężnością PRL-u: udało się to znakomicie.

Zaczynamy od Mirosława, który we Lwowie w roku 1940 decyduje się na dziecko… to znaczy czort wie, jak to z tą decyzją było w tamtych latach. Pewnie nie była taka znów świadoma i przemyślana. Jakoś przeżyją wszyscy, on oczywiście będzie pracował jako karmiciel wszy u Weigla, a potem historia będzie nimi rzucać: Polska, Praga (dzięki przyjaciółce Czesławy, osławionej Lunie Brystygierowej), a potem Paryż, gdzie Mirosław intensywnie podrywał Irenę Krzywicką, albo ona jego, gdzie urodzą się bracia Andrzeja, i gdzie on sam będzie potem swobodnie jeździł do ojca, attaché kulturalnego. Nic dziwnego, że panny będą doń ciągnąć tłumnie, choć wiele lat później wszystkie właściwie jednomyślnie odmówią wspominania byłego ukochanego czy męża. Pierwszą, jeszcze nastoletnią, wielką miłością Andrzeja była Ewa, adoptowana córka Tuwimów. Nie miałam o tym pojęcia, jak i o tym, że swoją pierwszą żonę odbił Adolfowi Rudnickiemu. Następnie tę samą Barbarę odebrał mu niejaki Christian Ferry, który będzie się w życiorysie przewijał, ponieważ wielokrotnie był dobroczyńcą Andrzeja, i to jest tak intrygujące, że chętnie przeczytałabym coś więcej i o nim. Albo czuł się winny – ale tyle lat? Albo rzeczywiście był zafascynowany Andrzejem, o co zdaje się nietrudno było.

Następnie nadciągają plejady kobiet życia, i ta lista jest rzeczywiście imponująca. Bohater nie obniżał sobie poprzeczki. Wszystkie były bardzo piękne, wszystkie były aktorkami lub artystkami. I oczywiście Żuławskiemu nigdy nie chodziło o wspólne życie, a wiele pań tego nie rozumiało. Od Małgorzaty Braunek poczynając, która mu urodziła pierwszego syna, i czego bym nie myślała trzeźwo o portretowanym, to jednak dziwić się trudno: on tu barwny ptak z przemyśleniami filozoficznymi, fascynacjami literackimi, kolorowymi wizjami, Paryżem, oryginalnymi pomysłami, i to wszystko autentyczne, a nie tylko poza; a tu codzienność skrzeczy i jakieś brudne pieluchy wzywają. Braunek zresztą mu ostatecznie nie ustępowała w niczym, skoro pięcioletnie dziecko wysłali samo (!) do Afryki (do dziadków) na półtora roku (!!), odwiedzając je w tym czasie raptem raz (!!!). (Sam Xawery ten pobyt wspomina doskonale). Kochający ojciec sporządził zresztą na tę okazję wielostronicową instrukcję obsługi dziecka, czyli typowo: zajmować się nie będę, bo to poniżej mej osobowości, inteligencji i wykształcenia, ale przecież wiem lepiej i wam powiem, nie zważając na to, że starzy Żuławscy jakoś wychowali trzech synów.

Wracając do kobiet, wyciągał ze swoich młodych aktorek wszystko co się dało, albo i więcej, prawdopodobnie celowo rozkochiwał je w sobie, żeby pokazały emocje, a potem spokojnie szedł dalej, wyśmiewając się z głupich dziewczyn w swojej prozie. Na tej liście jest i Isabelle Adjani, która podobno po ukończeniu „Opętania” próbowała popełnić samobójstwo. I o ile to wszystko dałoby się jakoś wytłumaczyć, o tyle nigdy nie pojmowałam, po co potem je wszystkie tak wrednie obsmarowywał w licznych dziełach pisanych. Miał dostatecznie dużo tematów bez tego. Chyba tylko jakiś rys psychopatyczny to tłumaczy. Jedyną kobietą, która wspomina Andrzeja relatywnie dobrze, jest Maria Konwicka (córka Tadeusza, też zresztą napisała niedawno książkę wspomnieniową, leży u mnie na dysku i czeka na swoją kolej), która przytomnie zdążyła uciec za ocean, zanim Żuławski zaczął psuć jej psychikę. Do pozostałych byłych ukochanych Szarłat usiłowała dotrzeć, niektóre odmawiały wprost, niektóre wymijająco. Wspomnień odmówiła również Sophie Marceau, przez swoją agentkę. Xawery potem napomknął biografce, że ona ma przecież syna, ze względu na niego nie chce wspominać – w podtekście, że musiałaby wyłącznie źle? Po 17 latach, zawdzięczając mu jednak wykształcenie, obycie, i sporą część kariery?

Są tu rozmaite pyszne anegdoty, Rostropowicz podał Żuławskiego do sądu o „obrazę duszy rosyjskiej”, za „Borysa Godunowa”. Zgodnie z kontraktem sąd był francuski i prześlicznie wybrnął z sytuacji. Olejniczak przed przyjęciem roli Chopina pytał o radę wiele znamienitych osób, w tym Aleksandra Bardiniego, który udzielił mu porady pragmatycznej „zależy, ile płacą”. Pewna francuska powieściopisarka, której drobnomieszczańską książkę reżyser sfilmował po swojemu, oburzyła się „Żuławski nasikał na moje ciasteczko!” na co ten rzeczowo odparł „to właśnie zrobiłem”.

Pod koniec książki Aleksandra Szarłat po prostu przytacza opinie bliskich o Żuławskim, a uzupełniają ją trzy rozmowy z synami Andrzeja. Niektóre z tych spostrzeżeń są bardzo wnikliwe, a razem składają się na wielowymiarowy portret niezwykłej postaci. Chylę czoła przed autorką, której udało się uniknąć naciskania na sensacyjki, obwiniania – a z drugiej strony stawiania na piedestale i usprawiedliwiania. Zachowała obiektywność przez cały czas. Wyłania się z tej znakomitej biografii obraz człowieka męczonego przez rozliczne talenty, wiecznie poszukującego, przeraźliwie sfrustrowanego. Potworny histeryk, czuły i opiekuńczy partner, wredny mizogin, niewiarygodnie inteligentny twórca wyrastający nad swoją epokę, grafoman, alkoholik i podlec, tytan pracy intelektualnej, reżyser rzeczywistości: który z tych epitetów jest prawdziwszy? Łatwo byłoby się skupić na niektórych tylko aspektach tej skomplikowanej osobowości. Szarłat na szczęście nie uległa tej pokusie. Jedno jest jasne, Żuławskiego nie mogło uszczęśliwić nic ani nikt, na czele z nim samym. A jednocześnie pozostał wierny przez całe życie sobie samemu, co jest wielkim osiągnięciem. Rozpaczliwie poszukiwał wolności, nie widząc, że jedynym, który go zniewala, jest on sam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s