„Wiedźmin” serial

W serialowym „Wiedźminie” najlepszy jest Geralt, obsadzony cudownie, i najwyraźniej albo świetnie rozumiejący bohatera, albo nie potrafiący zrobić innej miny, na jedno wychodzi. Od początku do końca był to Geralt, taki jak trzeba. Poza tym zachowany został klimat Sapkowskiego – ta mieszanka poczucia humoru, sentymentalizmu, fantastycznie nakreślonych postaci, brutalności i pożogi wojennej. Przy czym poczucia humoru jest w serialu za mało, a podrobów za dużo. Tak, rozumiem, że zmieścić w ośmiu odcinkach to wszystko, uzupełnione o rozbudowane dzieciństwo Yennefer, nie było łatwo: już i tak dostajemy historię tak poszatkowaną chronologicznie, że gdybym nie znała książek całkiem nieźle, to nie jestem pewna, czy bym się łatwo połapała.
Zachwycił mnie pierwszy odcinek, od razu pokazujący narodziny rzeźnika z Blaviken, i doskonale określający bohatera. Ujmuje mnie, że mówią Starszą Mową i ona brzmi jak u Sapkowskiego. Nie podobał mi się Yarpen Zigrin, strzyga wyglądająca jak uboga krewna Obcego, oraz elfy. Ten epizod to największa porażka. Bardzo dobra jest relacja Yennefer i Geralta. Sama Yennefer w ogóle jest świetna, chociaż fizycznie niezupełnie podobna do opisów autora (gdzie te wąskie usta i blada twarz?) Chciałabym na przyszłość, żeby jednak częściej było się z czego pośmiać, oraz żeby darowali sobie Avallac’ha, jeśli do niego dotrą. Oraz oczywiście panicznie boję się Bonharta, i to będę oglądać z zamkniętymi oczami.
Na tym tle bardzo bledziutko wypadają ostatnie „Gwiezdne wojny”, w których dobrzy są już tak dobrzy, a źli tak źli, że w ogóle nie ma tu miejsca na żaden nawet cień wahania, i to jest smętne i nudne. Ja już nawet nie mówię, żeby jakiś dobry zdezerterował, bo to w tym świecie całkiem niemożliwe, ale chociaż miał jakąś wątpliwość? Uległ pokusie? Albo chociaż został ranny? Nie rzucał się tak gorliwie z pomocą przy każdej okazji? A skoro naprawdę się nie da, to może chociaż temu złemu dałoby się jakiś kawałek ludzkiej twarzy przydać? Była okazja, całkowicie zmarnowana, bo po co, skoro można przeraźliwie brzydką twarz w rozbłyskach światła godzinami pokazywać i to wystarczy.

„27 śmierci Toby’ego Obeda” Joanna Gierak-Onoszko

Powinnam była najpierw dokładnie sprawdzić o czym to jest, zanim się rzuciłam na lekturę, ponieważ wszyscy mówili, że to dobre. Z moim doświadczeniem naprawdę człowiek powinien już wiedzieć, że jak wszyscy mówią, że dobre, to albo Paweł Królik, albo sensacyjny temat. Tu mamy do czynienia z tym ostatnim przypadkiem, mowa bowiem o molestowaniu i dręczeniu dzieci w Kanadzie pod koniec wieku XX, i dlaczegoś autorka wielokrotnie podkreśla fakt, że to Kanada, jakby tam mieli nie występować źli ludzie. Natomiast jest to rzeczywiście książka znakomita, chociaż długo odchorowywałam jej lekturę.

W pierwszym tytułowym rozdziale Toby Obed, urodzony w 1971, odebrany zostaje rodzicom mając 4 lata – to pierwsza z jego śmierci. Jest Inuitą, rodzice piją. Dziecko trafia do domu opieki, a potem do dwudziestu (tak!) rodzin zastępczych. Biją go wszyscy. Za każdym razem myśli jednak, że może tym razem znalazł prawdziwy dom. Niestety nie. Dwudziestodwuletni Toby, przeżywszy to wszystko, wychodzi po pijaku na trzydziestostopniowy mróz, zasypia. Znajdują go rano, ku zaskoczeniu wszystkich – żywego. Amputują mu obie stopy, lewą rękę, i palce prawej.

To jednak tylko sympatyczny wstęp. W dwóch następnych rozdziałach kolejni bohaterowie opowiadają ze szczegółami, jak byli maltretowani w domach opieki przez księży i zakonnice katolickie, i na tej liście jest wszystko, przynajmniej tak sądzę z tego, co widziałam kątem oka, nie zamierzam bowiem w temat się zagłębiać. Przeraża mnie skala tych działań: to nie były jakieś odosobnione przypadki, tylko cały zorganizowany przemysł dręczenia bezbronnych. Nie umiem w ogóle przyjąć do wiadomości istnienia bytów, którym takie działanie sprawia radość, a najwyraźniej są liczniejsze, niż chciałabym to wiedzieć. I nikt z widzów nie protestował (jeden Francuz raz kiedyś). Mowa tu o czasach współczesnych, nie o mrokach średniowiecza.

Dalej jest bardziej znośnie. Autorka przypomina historię Kanady, w której Pierwszymi Narodami są Indianie (tej nazwy nie należy już używać jako pogardliwej) oraz Inuici. Szkoły z internatem powstały, żeby ich dzieci można było ucywilizować w oderwaniu od rodziców. W 1833 wieku pierwszy premier John A. Macdonald wyrażał się o tym bez ogródek: „Kiedy szkoła jest w rezerwacie, dziecko nadal przebywa z rodzicami, którzy są dzikusami; jest otoczone przez dzikusów i jeśli nawet nauczy się czytać i pisać, jego zwyczaje, umiejętności i sposób myślenia nadal pozostaną indiańskie. Takie dziecko będzie po prostu dzikusem wyuczonym czytania i pisania. (…) Dzieci Indian powinny być całkowicie pozbawione wpływu rodziców, jedynym na to sposobem jest umieszczenie ich w szkołach zawodowych, przygotowawczych, w których nabędą zwyczajów i sposobów postępowania wedle ludzi białych”. Dzisiejsze na to oburzenie jest niewątpliwie słuszne, ale nie bardzo da się to oceniać dzisiejszą miarą, nie pamiętając o dziewiętnastowiecznej wierze w postęp i cywilizację białego człowieka (choć tenże premier został oceniony i ostatnio zniknął z banknotu dziesięciodolarowego). W każdym razie współczesna Kanada stanęła na wysokości zadania, przyznała się do błędów, wypłaciła miliardy odszkodowań, premier Justin Trudeau uścisnął rękę Toby’ego Obeda i przytulił go do piersi. Czy to wystarczy? Zdecydowanie nie wszystkim. Rdzenni mieszkańcy twierdzą, że byli tu już 1500 lat temu, że nie zamierzają świętować 150-lecia państwa (w 2017) roku. Autorka opisuje rozmowę z pewnym tatuażystą, który powiedział jej, że ma oddzielną księgę wzorów dla rdzennych i dla turystów, nie wytatuuje tym drugim znaków plemiennych, bo to nie jest część ich spuścizny. Podobnie z artystką malarką wzorującą się na indiańskim malarzu Norvalu Morrisseau – odmówiono jej prawa do takiej twórczości, ponieważ nie pochodzi z odpowiedniej kultury. Autorce zarzucono, że jest białą Europejką, jest więc siostrą i spadkobierczynią kolonizatorów. Mam problem z tym podejściem, a poza wszystkim nie bardzo rozumiem, co chcą osiągnąć Rdzenni. Nie bardzo wierzę, że chcieliby, żeby biali potomkowie najeźdźców się na amen wynieśli, bo do czasów polowania na bizony się już nie da wrócić bez względu na chęci. Poza tym nie wiem, dlaczego ktoś urodzony w Toronto i tam mieszkający całe życie miałby się nie czuć u siebie, nawet jeśli ma biały kolor skóry. A różnicowanie ze względu ten ostatni to rasizm.

Jednym z najbardziej przejmujących tutaj motywów jest ten o dzieciach ocaleńców, tych którzy przeżyli szkoły z internatem. Nie potrafili swojemu potomstwu stworzyć domu i rodziny, bo niby skąd. Podobne brzmienie ma opowieść o siostrze Immaculacie, wymienianej przez licznych świadków jako dręczycielki. Okazało się, że ona sama była rdzenną po szkole z internatem. Robiła dzieciom „tylko” to, co zrobiono jej. Oczywiście zeznając po latach twierdziła, że to wszystko było nie tak, że opiekowała się dziećmi. Gierak-Onoszko robi tu rzecz, nad którą się nikt zazwyczaj nie zastanawia: pokazuje sytuację z punktu widzenia tej złej. Była młodą dziewczyną, złamaną przez szkołę, pozbawioną rodziny, uważaną za gorszą z powodu urodzenia, której dano pracę ponad siły (opiekę nad setką dzieci), żadnego wsparcia – i władzę. Najgorsze możliwe połączenie. Niczego ani nikogo to nie usprawiedliwia, ale tłumaczy tę samonakręcającą się spiralę przemocy i zwyrodnialstwa. Taki mechanizm musi też stać za skalą pedofilii w KK. Właśnie. To jest kolejny tutaj temat. Papież odmówił przeproszenia ofiar kanadyjskich szkół z internatem. Stoi na stanowisku, że instytucja jest w porządku, zawinili ludzie. Co jest absurdalne, bo to właśnie instytucja jest zbrodnicza, a niektórzy ludzie są w porządku (szkoda tylko, że nadal w niej tkwią).

Wnikliwa, rzetelna, strasznie ciężka, bardzo ważna lektura.

„Świąteczny dyżur” Adam Kay

Spis migawek, które łączy to, że działy się w okresie świątecznym w szpitalu brytyjskim, gdzie autor pracował jako lekarz na oddziale ginekologicznym (potem zrezygnował i wybrał karierę pisarza i komika). Pełno tu zjadliwego angielskiego humoru, i można się dowiedzieć, jak się kończy stosowanie kupionych przez net maści na powiększenie siusiaka (po pierwsze nie sądziłam, że w XXI wieku ktoś to faktycznie kupuje, a po drugie nie spodziewałam się, że zawierają cokolwiek poza odrobiną tłuszczu i barwnika – a jednak) oraz czym na pewno nie należy zastępować antykoncepcji. I dlaczego nie należy nosić do tej pracy świątecznego krawata z reniferem Rudolfem, wygrywającego wesołą świąteczną melodyjkę. Dowiemy się, dlaczego nie urodziły się bliźniaki, z których każdy miałby datę urodzenia w innym roku, do czego mało brakowało. Ale w Spirydiona jednak nie wierzę. Autor nieustannie powtarza, że znowu ma w tym okresie dyżur, że rodzina się go wyrzekła, ale czyta się to w całości zupełnie nieźle, a przy tym nabiera wielkiego szacunku dla lekarzy. Nie umiem pojąć, dlaczego w ogóle ktoś miałby chcieć uprawiać ten zawód. Oczywiście wiem, że opisane sytuacje zostały wybrane tendencyjnie – w większości pewnie ma się jednak do czynienia z poważnie chorymi ludźmi i odczuwa się satysfakcję, że można im było pomóc. Lub, że pomogło się przyjść na świat dzieciom.

„Gra na wielu bębenkach” Olga Tokarczuk

Bohaterka pierwszego opowiadania kupuje kryminał i czyta go w każdej wolnej chwili. Śledzimy akcję razem z nią. W pałacyku we Flandrii spotykają się pisarze kryminałów. C. jest jednak coraz bardziej rozczarowana, bo postaci tylko rozmawiają i grają w grę „Morderca”, a żadnego trupa nie ma. Czytelniczka będzie musiała wziąć sprawy w swoje ręce. Przepiękny realizm magiczny, a poza tym jest to rzecz o miłości do czytania, o stwarzaniu światów w głowie odbiorcy, o nieodzowności aktywnego udziału czytelnika w literaturze. Skojarzył mi się ten tekst z „Gniazdem światów” Huberatha, i to jest drugi raz, kiedy Tokarczuk mi się z nim kojarzy. Podobnej tematyki dotyka trzecie opowiadanie, „Podmiot”, w którym pisarz spotyka bohatera swojej książki. Te dwa teksty przedziela osobiste wspomnienie alter ego pisarki, z pobytu u dystyngowanej damy w Szkocji. „Z jakichś powodów nigdy nie jest tak, jak sobie wyobrażę wcześniej. Dzieje się w ten sposób dlatego, myślę, że w świecie jest za dużo zmiennych, dużo więcej, niż zdoła pomieścić moja wyobraźnia. Żadna wyobraźnia tego nie zrobi, chyba że jest natchniona, chyba że to będzie wizja.

Kolejna jest „Wyspa„, którą czytałam rok temu. Natępne opowiadanie traktuje o ruchomej szopce w Bardzie Śląskim; przez tę miejscowość przejeżdżałam wielokrotnie, ale tej atrakcji nigdy nie widziałam. To znaczy, szopka opisana przez Tokarczuk nie istniała naprawdę, autorka ją niszczy w roku 1957, natomiast ta istniejąca rzeczywiście powstała w roku 1970. „W końcu trzeba tu ściągnąć także wszystko inne, co istnieje na świecie, bez względu na to, czy jest to dobre, czy złe — jedynym powodem niech będzie sam fakt istnienia — a więc wojny oraz wydobywanie węgla, mecze piłkarskie i powodzie, banki i dworce, demokratyczne wybory, inflację, przemoc w rodzinie, demonstracje pierwszomajowe, haute couture, wczasy w siodle, kolekcjonowanie starych samochodów, psychoanalizę i fizykę jądrową, literaturę i sztuki nowoczesne — wszystko trzeba pokazać szopce i wierzyć, że jej zapierający dech porządek scali to w jeden obraz, połączy w jeden mechanizm, utuli w powtarzalnym ruchu, który zwiąże na zawsze wszystko ze wszystkim.

Zupełnie osobne serce wyhodowałam dla opowiadania „Che Guevara”, które dzieje się w moim kawałku Warszawy. Narratorka (tak samo jak autorka) studiuje psychologię na Stawkach, mieszka na Zamenhofa, jeździ moim autobusem 111 na Krakowskie Przedmieście (moja matka jeździła nim regularnie do pracy; absurdalnie pielęgnuję myśl, że musiały się tam kiedyś spotkać), i wzruszyło mnie to tak, że mogłoby już nic więcej w tym tekście nie być napisane – ale jest. Studentka psychologii uczestniczy w strajku na uniwersytecie, śpi na stole, oraz opiekuje się wariatami („M. mówił także „wariaci”, „szaleńcy”, co podobało mi się najbardziej, brzmiało bowiem rustykalnie i swojsko, jakby się tym słowem wracało do samych źródeł, do lnu, bawełny i czarnego prostego chleba; nie pobrzmiewało w nich oszustwo, nie było w nich czczego wymądrzania się, żadnych „psychoz maniakalno-depresyjnych”, żadnych „schizofrenii paranoidalnych” ani „borderline”. Prostym słowom można było ufać„). Nie pada tu data, ale polski czytelnik doskonale wie, że jest grudzień 1981. Kontrapunktem dla tego opowiadania jest „Profesor Andrews w Warszawie„, dziejący się dokładnie w tym samym szczególnym momencie, pokazanym z innego, zaskakującego punktu widzenia.

Tu w ogóle opowiadań występujących parami jest więcej. O związkach małżeńskich mówią „Próba generalna” (właścwie fantastyka katastroficzna, w tym przyziemnym realistycznym ujęciu Tokarczuk) i „Skoczek”. W „Ariadnie na Naksos” i w „Glicynii” sąsiadka podsłuchuje drugą. W tym pierwszym w bloku młoda matka śpiewaczkę, w tym drugim matka swoją córkę mieszkającą piętro wyżej z mężem. To jest najbardziej tutaj poetyczny, liryczny, niedopowiedziany tekst, choć dorównuje mu zamykające zbiór opowiadanie tytułowe. „Żurek” jest natomiast na drugim końcu skali, jest przyziemną, zwięzłą, realistyczną obserwacją polskiej wsi, z bardzo konkretnymi postaciami. A jednak jakimś cudem dokładnie widać, że to ta sama autorka.

Tokarczuk jest nadzwyczajną pisarką i nie piszę tego z powodu żadnych nagród. Oczywiście uwielbiam ją od dawna,  i oczywiście sporą rolę w moim zachwycie odgrywa jej polskość, ale ten zbiór dowodzi wszechstronności jej zainteresowań, spójności postrzegania świata, wyjątkowych umiejętności budowania klimatu, wnikliwości i głębokiego humanizmu. Tu jest dziewiętnaście opowiadań, z których nie potrafię wybrać najsłabszego; wszystkie trzymają ten sam wysoki poziom. Bez względu na to, czy historia dzieje się w konkretnym miejscu, określonym czasem, adresem i wspomnieniami, czy w jakiejś przestrzeni umownej, ledwie naszkicowanej, autorka potrafi ten świat zbudować, pokazać i zamknąć w swoim opowiadaniu. Robi się jej krzywdę, przy okazji Nobla podkreślając nieustannie feminizm i lewicowość, ponieważ te teksty nie mają żadnego związku z jakkolwiek pojmowaną aktywnością polityczną. Są wyrazem ogromnej wrażliwości na świat tworzony przez ludzi, na sposób, w jaki nasze działania – lub powstrzymywanie się od nich – tworzą naszą tożsamość. Nigdy do końca jej nie definując, zresztą. Komisja noblowska trafiła w sedno wspominając o „crossing of boundaries” oraz „cultural transitions”. Jeśli jest jakiś podstawowy mianownik dla tych opowiadań, to nieustanne zadziwienie płynnością świata, tylko pozornie solidnego.

„Grand Union” Zadie Smith

Sarkałam chwilami, czy Zadie Smith to już umarła, że kwity z pralni wydaje, ten zbiór zawiera bowiem parę tekstów robiących wrażenie raczej pospiesznych i szczątkowych notatek. Cóż, wiedziałam, że nie jest stworzona do pisania krótkich form. Ale jest tu też Zadie obserwatorka doskonała, Zadie wnikliwa i intelektualna, Zadie nowojorczanka, czerpiąca z klasycznych tradycji literackich, przetwarzająca je na swój sposób. W „Edukacji sentymentalnej” dojrzała kobieta na progu menopauzy wspomina swój czas studiów w latach dziewięćdziesiątych. Była jedną z czterech czarnych osób na uczelni, jej chłopak też był czarny, miał białego przyjaciela, rozrabiakę. To niesłychanie namacalny, mięsisty kawałek prozy. W zupełnie innej stylistyce utrzymana jest „Sztuczna rzeka”, z cortazarowym narratorem pierwszoosobowym w liczbie mnogiej, mieszająca fragmenty eseju, realizmu i liryzmu. Bardzo ładne jest „Właśnie tak”, którego bohaterem jest ośmiolatek, mieszkający w Greenwich Village. Jest biały, musi przygotować projekt z czarną koleżanką, ona gra w szachy, jego rodzice zmuszają do występowania w teatrzyku kukiełkowym. Podobnie epicka jest „Panna Adele wśród gorsetów”, i też dotykająca tematyki rasowej.
Znajdująca się w środku zbioru „Ucieczka z Nowego Jorku” wygląda jak pierwszy rozdział powieści fantastycznej, w dodatku z lat sześćdziesiątych. Pozostaje zagadką, skąd wiemy, kim są bohaterowie. Dalej jest natomiast przepiękny „Ważny tydzień”, którego bohaterem jest były policjant, odsunięty od pracy i przyjaciół przez uzależnienie, który teraz usiłuje odkupić swoje winy. „Rak róży” to właściwie fantasy, zaś w brzmiącym bardzo osobiście „Dla króla” Zadie raduje moje serce odmalowując Paryż: „Zauważyłam, że od mojego ostatniego pobytu w Paryżu w mieście nastąpiła inwazja skuterów elektrycznych przypominających wersję dziecięcą, tyle że dwa razy większych i wykonanych z metalu. Ludzie porzucali je, gdzie i kiedy tylko im się podobało, by potem znów na nie wsiąść, korzystając z aplikacji w swoich telefonach, zaszczepiając nową technologię staremu Paryżowi„.
Zadie Smith czerpie z rozmaitych tradycji literackich, przetwarza je na swój sposób, sięga od dziewiętnastego wieku po dwudziesty pierwszy, obejmuje spory kawałek świata. Jest intelektualna i wrażliwa, jest chłonna i odważna, obserwuje i eksperymentuje. Nadal wolę jej długie formy, ale to interesująca lektura.
Ciekawostka: otwierający zbiór krótki tekst rozgrywa się na plaży w Sopocie, ku mojemu zdumieniu. Sprawdziłam nawet, czy to przypadkiem nie tłumacza poniosła fantazja, ale nie. Okazało się, że Zadie Smith była tam rok wcześniej na imprezie „Literacki Sopot”.

Codzienność strajkowa

Od zeszłego czwartku strajkuje komunikacja miejska. W Paryżu całkowicie nieczynne jest 10 linii metra (z 14), dwie kolejne kursują tylko w godzinach szczytu (dzisiaj już cztery). Dwie pozostałe są automatyczne, więc z nimi problemu nie ma, za to dostać się do środka nie jest łatwo. Kolejki podmiejskie jeżdżą jedna na dwie-trzy, nie ma również około połowy autobusów. O dojeździe samochodem lepiej zapomnieć: wszyscy mają ten pomysł i stoją w gigantycznych korkach. Strajkują również niektóre szkoły.

W pierwszy dzień strajku ludzie się jakoś zorganizowali, wzięli wolne lub pracowało z domu, nie było bardzo źle. W piątek był piątek, więc również sporo osób wykorzystało sytuację robiąc sobie przedłużony weekend. W poniedziałek natomiast nastąpił kataklizm, wszyscy jednocześnie musieli już się udać do miejsc pracy. Jeden z moich kolegów (pechowo wracający akurat po urlopie ojcowskim) jechał do pracy autem 2,5 godziny. Mnie problem dotyczy w mniejszym stopniu, przemieszczam się bowiem rowerem, za to w poniedziałek rano przemokłam doszczętnie. Zazwyczaj w taką pogodę rezygnuję z dwóch kółek na rzecz pojazdu z zadaszeniem, ale znając sytuację na drogach tym razem nie uległam tej pokusie, i suszyłam się potem bardzo długo. Przezornie zaopatrzyłam się w kalosze, co nic nie dało, po pięciu minutach nalało mi się bowiem do nich wody i chlupotało przez całą drogę. We wtorek sporo ludzi wyciągnęło wnioski i do pracy się najwyraźniej nie udało. Dzięki suchej pogodzie na ścieżkach rowerowych było za to dziesięć razy więcej pojazdów niż zwykle, nawet latem.

Strajki są wymierzone przeciwko reformie emerytur, i poważne wątpliwości budzi tylko fakt, że żadnych konkretów na jej temat jeszcze nie ma. Związki ledwie usłyszały, że być może niektóre ich emerytalne przywileje zostaną zmienione, i już wytoczyły ciężkie działa. Jak stwierdził jeden z moich kolegów – skoro tak chcą mieć te przywileje z dawnych czasów, związane z trudnymi warunkami pracy, to może dajmy im z powrotem węgiel i niech palą pod kotłem.

„The Best Science Fiction of the Year 3” red. Neil Clarke (opowiadania z roku 2017)

Jest tu aż sześć opowiadań nominowanych do dwóch głównych nagród, co zdumiewające w porównaniu z tegorocznym, w którym nie ma żadnego. Interesowało mnie też porównanie tego tomu z zeszłorocznym Dozoisa.

 
Vina Jie-Min PrasadA Series of Steaks„. Nominacja do Nebuli i Hugo, bardzo fajne opowiadanie. Zamieścił je również Dozois.

Alastair Reynolds „Holdfast”. Niekończąca się wojna galaktyczna. Narrator staje twarzą w twarz… no może niezupełnie… z przeciwnikiem. We were still twenty kilometres apart, but for adversaries that had engaged each other across battlefronts spanning light-years, in campaigns that lasted centuries, it might as well have been spitting distance. Nieco mnie uśpiło, a rozbawił pomysł, że toczymy wojnę przez stulecia m cbjbqh avrcbebmhzvravn. Oraz zdumiało, że ten zazwyczaj mocno techniczny autor wyprodukował takie mli-mli o gemlznavh fvę mn eępr.

Nancy Kress „Every Hour of Light and Dark”. 1668, Delft. Vermeer idzie do domu swojego mecenasa i odkrywa tam na ścianie obraz. 2270, Księżyc. Na Ziemi nie ma już ludzi, bo się wzajemnie wybili, a ci na Lunie mają Projekt. Dobrze napisane.
Dozois ma inne opowiadania powyższych dwóch autorów (Kress nawet dwa), ale też sąsiadują ze sobą.

Matthew Kressel „The Last Novelist (or A Dead Lizard in the Yard)”. Nominacja do Nebuli, która wcale mi się nie podobała.

Vandana Singh „Shikasta”. Pierwszy narrator opowiada o wylocie na planetę w innym układzie słonecznym (Shikasta 464 to czerwony karzeł) na crowdfundowanym statku, ale z relacji kolejnych wynika, że poleciał tam wyłącznie robot – inteligentne proxy. Rzecz jest o poszukiwaniu życia poza Ziemią, którą zniszczyliśmy wojnami i degradacją środowiska. Mocno egzaltowane, widać inspirację McDonaldem, zwłaszcza, że rzecz jest o rozwoju AI. Oraz o definicji życia.

Sarah PinskerWind Will Rove„. Nominacja do Nebuli.

Gord Sellar „Focus”. Dzieci biorą Focus, żeby się szybciej i skuteczniej uczyć, ale My Linh ma na niego alergię. Nigdy nie dorówna pozostałym. Ale i bez tego może uczestniczyć w zamieszkach mających na celu zniszczenie zagranicznych fabryk w Wietnamie bliskiej przyszłości. Pracujący w nich robotnicy są Focused. Pomysł interesujący, wykonanie mniej.

Linda Nagata „The Martian Obelisk”. Nominacja do Hugo.

Gregory Benford „Shadows of Eternity”. Jak 3 opowiadania wcześniej, i w tym wysłano czujnik na inną planetę. Bohaterka przegląda jego nagrania in direct sensing, co nie podoba się profesorowi, gdyż powinna raczej pracować, aby z Trainee stać się Librarian. Jesteśmy natomiast na Lunie.

Indrapramit DasThe Worldless„. Jest u Dozoisa.

Rachael K. Jones and Khaalidah Muhammad-AliRegarding the Robot Raccoons Attached to the Hull of My Ship„. 2160, wymiana listów (maili?) między siostrami, z których jedna leci terraformować Marsa, a druga najwyraźniej usiłuje ją powstrzymać rozmaitymi metodami. Ironiczne, przezabawne, niegłupie, i pełne wdzięku.

Maggie Clark „Belly Up”. Bliźniaki Darwood i ich kuzyn Paloma przychodzą do Imbry Temsa, żeby dać mu nauczkę, chociaż został już ukarany przez sąd. Pierwsza scena przywodzi na myśl western; właściwie jedyne, co tu ze sf, to kara dla Imbry – declawing, czyli lemowa betryzacja: całkowite usunięcie zdolności do agresji. Tymczasem trwa wojna gwiezdna, nie jesteśmy bowiem na Ziemi. Bardzo nieoczywiste, wielowymiarowe, bardzo ładne.

Greg EganUncanny Valley„. Jest u Dozoisa.

Kelly RobsonWe Who Live in the Heart„. Autorka zdobyła w tym samym roku Nebulę 2018, ale nie za to. To natomiast jest u Dozoisa.

A.C. WiseA Catalogue of Sunlight at the End of the World„. 21 czerwca 2232, Spitsbergen. Za tydzień startują statki pokoleniowe. Ludzie na nich odlatujący nigdy już nie zobaczą światła słonecznego, więc wiekowy narrator je dla nich kataloguje. Mógłby polecieć z nimi, ze swoimi dziećmi i wnukami, ale powiada, że jest na to za stary, i wspomina. Można sobie nad tym pochlipać, ale autor uderza we właściwe nuty.

Karin LowacheeMeridian„. Na odległej skolonizowanej przez ludzi planecie pierwszoosobowy narrator został znaleziony przez jakąś rodzinę. Jako jedyny przeżył napaść na swój świat, a ma pięć lat. Potem dorasta. Rzecz o poszukiwaniu korzeni, w której fantastyka jest zupełnie niepotrzebna.

Kathleen Ann Goonan „The Tale of the Alcubierre Horse”. Jest koniec XXI wieku, Pele ma lat 105, i siedzi na pokładzie Moku, the Entertainment, Amusement and, much less importantly, R&D Exoplanetary Exploration Ship. Grawitacji nie ma, jest podłoga z rzepami, świetny pomysł. Znajdują się na orbicie Marsa i prowadzą tam sobie rozmaite badania, w tym mają warsztaty dla genialnych dzieci. Pele ma złe przeczucia, i jak się okazuje, słusznie, genialne dzieci mają bowiem własny plan na wykorzystanie napędu Alcubierre’a. Teraźniejszość przetykana jest wspomnieniami Pele z autystycznego dzieciństwa, a całość ozdobiona mitologią hawajską, na którą wyraźnie ostatnio jest moda. Czym dalej, tym bardziej przegadane i mgliste, strasznie długie, właściwie miejscami nie dające się czytać.

Yoon Ha Lee „Extracurricular Activities”. Nominacja do Hugo.

Aliette de BodardIn Everlasting Wisdom„. Ai Thi ma wbudowany mechanizm powtarzający jej nieustanne mądre słowa the Everlasting Emperor, i chodzi szerzyć tę mądrość wśród innych oraz przekonywać ich o konieczności poświęceń dla Imperium i jego wojennych wysiłków. Dość stereotypowe, typowa narracja de Bodard, ale całkiem sensowne.

Finbarr O’Reilly „The Last Boat-Builder in Ballyvoloon”. Jest u Dozoisa.

Robert Reed „The Speed of Belief”. Rococo was growing up on a colony world undergoing the final stages of terraforming. A potem został dyplomatą na Great Ship. Teraz jest na świecie, na którym są żyjące rzeki, razem z egzobiolożką oraz człowiekiem, który ma się poświęcić, bo dla dobicia targu z rzekami niezbędne jest życie ludzkie. Reed jak zwykle jest przedziwny, ale jest tu kilka fajnych pomysłów.

Madeline AshbyDeath on Mars„. Jest u Dozoisa.

Rich Larson „An Evening with Severyn Grimes”. I to też jest u Dozoisa.

Peter WattsZeroS„. W dwóch pierwszych akapitach, pełnych akcji i walki, Asante ginie. Następnie otwiera oczy i otrzymuje propozycję nie do odrzucenia – może zostać przywrócony do życia i pracować dla przywracających, może też zostać odłączony. Wybór jest prosty, i tak oto “Welcome to the Zombie Corps”. Asante jest świadomością, ale w walce jego ciałem rządzi nieświadomy Evil Twin. Jak to Watts: skomplikowane, przemyślane, bardzo sprawne.

Suzanne Palmer „The Secret Life of Bots”. Hugo 2018.

Tobias S. BuckellZen and the Art of Starship Maintenance„. Jest u Dozoisa.

„Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u” Anna Sulińska

Nigdy do tej pory nie interesowałam się historią lotnictwa, i gdyby ktoś mnie znienacka zapytał, to pewnie obstawiałabym, że przewóz osób zaczął się na większą skalę po drugiej wojnie światowej. Tymczasem od pierwszego udanego lotu maszyną z silnikiem spalinowym wykonanego przez Orville’a Wrighta w grudniu 1903 do uruchomienia komercyjnych lotów pasażerskich minęło… niespełna 16 lat. Przypomnijmy, że pierwszego przelotu przez La Manche dokonał Louis Blériot w 1909; wydaje się niemal niemożliwe, że 10 lat później można już było wozić pasażerów w trasy znane nam do dzisiaj. Po drodze oczywiście była wojna. Tuż po jej zakończeniu, we wrześniu 1919, z poznańskiej Ławicy startuje lot do Warszawy. Na pokładzie jeden pasażer. Niespełna rok później mamy regularną linię lotniczą Warszawa-Praga- Warszawa, samoloty latają 2-3 razy w tygodniu, ale tylko przy dobrej pogodzie: jesienią rzadziej, zimą wcale. W 1937 przewieziono 704 pasażerów, w 1938 ponad 1000. Miejsc było dużo więcej, ale ludzie nie byli przekonani do nowego sposobu podróżowania. Autorka przytacza straszliwe wspomnienia z powietrza Jerzego Waldorffa, wówczas świeżo upieczonego maturzysty.
W 1921 roku uruchomione zostają dwa połączenia krajowe, Poznań-Warszawa i Poznań-Gdańsk, ale to tylko na czas Targów Poznańskich (bilet kosztuje tyle samo, co na drugą klasę pociągu pospiesznego; przeliczając na dzisiejszą siłę nabywczą miał wartość około 150 zł). Rok później powstają natomiast Polskie Linie Lotnicze Aerolloyd. Firma prywatna, wspierana przez państwo i używająca niemieckich samolotów, które mają otwarty kokpit, cztery miejsca pasażerskie i lecą z prędkością około 140 km/h. Nie mają reflektorów, czyli nadal latają tylko w dzień. Trzy lata później przedsiębiorstwo zmieni nazwę na Aerolot, a w 1928 jego majątek przejmą państwowe Linie Lotnicze LOT. Przed wojną przewozić będzie 33 tysiące pasażerów rocznie. Po wojnie natomiast Okęcie uruchomione zostanie już w kwietniu 1945. Imponujący wynik, kiedy uświadomić sobie, że Warszawa leżała przecież w gruzach, a ogromna większość przedwojennych pracowników LOT-u nie wróciła lub nie żyła. Równolegle szkoleniem pierwszych stewardes zajmuje się Zofia Glińska. W sierpniu 1945 odbywa się pierwszy lot ze stewardesą na pokładzie, rok później to już norma. Początkowo jednak latających dziewczyn było niewiele, zdarzało się, że w samolocie nie było żadnej i pasażerami musiał się zajmować mechanik pokładowy. Miał do dyspozycji skrzynkę chleba, skrzynkę kiełbasy, skrzynkę wódki, i rozdzielał te wiktuały między pasażerów.
Gładko przechodzimy do codzienności PRL-owskich stewardes. Płacone miały mało, za to możliwość zwiedzania świata była w tamtych czasach bezcenna. Choć wolny czas wykorzystywały raczej na handel niż na oglądanie obcych stron. Okazje były liczne i właściwie same się narzucały, grzechem byłoby z nich nie korzystać. Podobnie jak w przypadku opisywanych przez Boćkowską marynarzy: gdyby nie ta nie całkiem zgodna z ówczesnym prawem działalność, prywatna inicjatywa w Polsce miałaby się znacznie gorzej. Ta swoboda personelu latająca bardzo oczywiście niepokoiła władze. Sulińska przejrzała znajdujące się w IPN teczki stewardes. Była zaszokowana dokładnością, z jaką dziewczyny były sprawdzane, i odnotowanymi szczegółami na temat ich życia osobistego. Haki były poszukiwane wszędzie. Trudno się zresztą dziwić, bo piloci i stewardesy często zostawali na Zachodzie, zwłaszcza w stanie wojennym. LOT był wówczas instytucją paramilitarną, z obowiązkowym podpisaniem zgody na ewentualną mobilizację przez każdego pracownika, ze stewardesami włącznie.
Jest tu też o porwaniach samolotów, niegdyś pladze, i o wypadkach. W tym o jednym z najbardziej tajemniczych, katastrofie polskiego Iła 14 pod Moskwą w 1957 roku. Ten wypadek przeżyła właśnie stewardesa, Ewa Fedorowska. Anna Sulińska pisze, że usiłowała się z nią skontaktować – bezskutecznie.

„Zbójecka narzeczona” Margaret Atwood

Październik 1990. Tony, wykładowczyni historii na uniwersytecie w Toronto, poprawia prace, gotuje jajka i myśli o Zeni. Zenia nie żyje, jej ceremonia pogrzebowa odbyła się jakieś pięć lat temu, a dlaczego jej byłe trzy przyjaciółki – Tony, Roz i Charis – zostały o niej powiadomione, nikt nie wie. W urnie oczywiście nie ma prochów Zeni. Wyleciała w powietrze podczas jakiejś napaści terrorystycznej w Libanie. Tego dnia po południu trzy przyjaciółki mają się spotkać w Toxique. Oglądamy ten dzień po kolei z punktu widzenia każdej z nich. Charis wierzy w aury, wahadełka, tarota, duchy, tajemnicze energie, pracuje w sklepie ezoterycznym. Roz jest twardą i bardzo zamożną businesswoman. Tony fascynują wojny. Tych trzech kobiet nie łączy właściwie nic – tylko przeszłość związana z Zenią, która każdej z nich odebrała mężczyznę. Tony nadal jest z Westem. Charis nie wie, co stało się z Billym, który ją porzucił, kiedy była  w ciąży. Roz została sama z trójką dzieci. Tego wieczoru w Toxique odkryją, że Zenia jednak nadal żyje i ma się świetnie. Jak wpłynie to na ich dalsze życia?

Jest tu mowa o odrębności świata kobiecego i męskiego. Mężczyźni są tylko pionkami. Żadnej z trzech bohaterek właściwie nie dziwi, że Zenia mogła przyjść i sobie wziąć ich towarzysza życia, ojca ich dzieci. To ona jest ich nemezis, to ona jest odpowiedzialna za kształt ich obecnego życia. Wróciła, bo czegoś chce. Każda z kobiet uważa, że chce czegoś właśnie od niej. Ale to tylko punkt wyjścia. Zenia jest osią opowieści, ale prawdziwymi jej bohaterkami są te trzy kobiety, to ich życia poznajemy ze szczegółami. Paradoksalnie, Zenia dała im więcej, niż zabrała. To dzięki niej Tony ma męża, pozostałe dwie pozbyły się pasożytów, Roz ma pieniądze. I mają swoją przyjaźń. Każda z nich reprezentuje inny aspekt: intelektualny, duchowy, materialny. Atwood pokazuje, że zjednoczenie tego wszystkiego pozwala uporać się ze złem, z nawiedzającym duchem z przeszłości.

Z pierwotnej lektury pamiętałam czytanie wszystkiego wspak przez Tony, fmxbeohg, sekret Larry’ego i fragmenty przeszłości bohaterek. Zupełnie natomiast nie doceniłam wtedy piękna tej opowieści, precyzji konstrukcji, nieoczywistej optymistycznej konkluzji. Bezskutecznie próbowałam przeanalizować, jak należy wymawiać, i co za tym idzie, odmieniać imię antagonistki: tłumacz powieści pozostaje przy krótkim „Zeni”, tłumacz „Kamiennego posłania” natomiast woli „Zenii”. W przedmowie książki tłumacz pisze, żeby wymawiać to przez długie „i”, w oryginale jednak chodziło o „e”.

„Mapa dni” Ransom Riggs

Nie rzucałam się na to z wielkim zapałem, ale ten pomysł z fotografiami jest jednak na tyle oryginalny, że w końcu sięgnęłam po czwarty tom. Początek jest nieco rozwlekły: osobliwi przyjaciele Jacoba pojawiają się u niego w domu, ratując go przed wywiezieniem przez rodziców do domu wariatów. Dalej jest wiele stron na temat tego, co zrobić z rodzicami, jak przyjemnie mieć lat szesnaście i pierwszą dziewczynę, oraz jak osoby z 1940 odnajdują się w naszej współczesności. Następnie okazuje się, że potrzebna jest nudna praca u podstaw, żeby odbudować nadszarpnięty świat osobliwych, Jacob zaś pragnąłby raczej mieć misję z prawdziwego zdarzenia. Znajduje więc ją sobie sam i bez wiedzy pani Peregrine wyrusza z czwórką przyjaciół na Florydę, gdzie pułapki, portale, oraz pętle, w których żyją magiczni. Fotografie oczywiście są obecne i przydają całości przyjemnego smaczku; bez tego byłaby to jeszcze jedna young adult urban fantasy. Jest i nuta dydaktyczna: bohaterowie przenoszą się do roku 1965, gdzie ze zgorszeniem odkrywają, że jeden z nich nie może wejść do sklepu, ponieważ ma niewłaściwy kolor skóry. Przyznaję, że doceniam również tę scenę, w której złym wklepują wyłącznie dziewczyny. Niestety książka urywa się w połowie zdania, co naprawdę nie powinno mnie dziwić.