„Ropuszki” Aneta Jadowska

Można czytać ten zbiór przed Witkacym, ale raczej po całym cyklu o Dorze, bo o ile pierwsze dwa dzieją się przed „Złodziejem dusz”  – w pierwszym w ogóle Dora ma 19 lat – o tyle dalej są już wzmianki o następnych wydarzeniach. Mamy tu nie tylko Dorę, ale i Witkacego nadal przed inicjacją, oczywiście Romana, nieco więcej o nekromanckiej magii Katii, i o tym, skąd się wzięła Sally pojawiająca się przelotnie w „Dzikim dziecku miłości„. Czytało się na wakacjach przyjemnie, natomiast żadnych tu zaskoczeń, większość tematów została już wyraźnie zasygnalizowana w cyklu, i nic tu nowego. Ostatnie, o latarniku, jest mocno przesłodzone i nic się w nim nie dzieje, to już naprawdę tylko dla zagorzałych fanów Dory.

Tak jak w przypadku Harry’ego Pottera, którego ostatnio oglądałam ponownie w całości, zastanawiam się nad możliwością całkowitego ukrycia magii przed światem mugoli. Nie wydaje mi się to możliwe, skoro magiczni rodzą się również w zwyczajnych rodzinach. U Rowling samo to, że Dursleyowie wiedzą, daje do myślenia: nie wierzę, żeby Dudley był w stanie nie wygadać kolegom. Jadowska załatwia to czyszczeniem pamięci, co też może działać jakiś czas, ale na dłuższą metę musi się znaleźć parę osób, u których zapomniano o tym lub nie do końca zadziałało. Plus rodziny mające magiczne dzieci.

Zupełnie inną sprawą jest kwestia etyki. Czy na przykład takim „expelliarmusem” mozna by rozbroić zamachowca – logicznie powinno się dać, skoro Hermiona naprawia zaklęciem całkiem niemagiczne okulary Harry’ego. A w takim razie nieużywanie do tych celów magii to świństwo. U Jadowskiej jest nieco inaczej, magia zajmuje się zasadniczo sama sobą, i Dora używa na złych magicznych broni typu glock. Ale i tu można się zastanawiać, czy Dora lub Bogna nie powinny częściej używać swoich talentów do na przykład znajdowania również tych niemagicznych morderców. Dora oczywiście podkreśla wielokrotnie, że nie może tego w raporcie umieścić, ale w przypadku nadprzyrodzonych ostatecznie jakoś sobie z tym radzi. Tak sobie to zresztą wyobrażałam na samym początku lektury i byłam nieco rozczarowana, że tak nie jest.

Chętnie zobaczyłabym jakieś lepsze uzasadnienie dla ukrywania istnienia magii i magicznych stworzeń, niż „bo tak”. Nawet nie jest to „zawsze tak robiliśmy”, bo clou polega przecież na korzystaniu z rozmaitych wierzeń i podań ludowych, czyli sugestii, że kiedyś ta wiedza była powszechnie znana. Dlatego bardzo podobał mi się pomysł Jemisin, u której magami się gardzi i ich boi. To bardziej wiarygodne podejście niż pomysł, że przez wieki da się coś skutecznie ukryć.

„Szamańskie tango” Aneta Jadowska

Logiczny ciąg dalszy opowieści o Witkacym, który niedawno zaakceptował, że jest szamanem. Odmawia przejścia inicjacji, bo go nastraszono, że jest niebezpieczna i bardzo bolesna, więc działa na pół gwizdka i nieco po omacku. Centrum akcji jest oczywiście Kurczaczek, też odkrywająca swoje zdolności magiczne. W tle przemiany w policji: znanej z cyklu o Dorze Anity i właśnie Witkacego chcą się pozbyć. Świetną postacią jest Sęp, zresztą w ogóle dużo tu dobrych bohaterów. Akcja bardzo wciągająca, nadal logiczna, ujmuje mnie to, że u tej autorki zasady rządzącym światem magicznym nie są jasne i ściśle określone, jak wszystko w życiu. Bardzo ładnie też rozegrane świeże ojcostwo Witkacego, może nieco zbyt idealistycznie, trudno mi sobie wyobrazić, żeby postawiony w tej sytuacji facet rzeczywiście tak to zaakceptował, ale jest tu sporo sensownych i nawet miejscami wzruszających spostrzeżeń na temat rodzicielstwa i rodzicielskiego poświęcenia. Podobało mi się chyba nawet bardziej niż książki o Dorze, Witkacy nie jest takim zabijaką jak ona. Zakończenie pozostawia nadzieję na dalszy ciąg, chyba że jego rolę pełni „Dzikie dziecko miłości„.

„Skafander i melonik”

Antologię wydała Sekcja Literacka Śląskiego Klubu Fantastyki „Logrus”, w postaci elektronicznej można ją pobrać bezpłatnie. Zawiera dziewięć opowiadań.

Anna Hrycyszyn „Detektyw Fiks i sprawa mechanicznego skafandra”. Śliczna, konsekwetnie steampunkowa rzecz, znakomicie obmyślony świat, świetna bohaterka, pomysłowe i wciągające. Aż się prosi o rozwinięcie w powieść.

Aleksandra Sokólska „La Estrella”. Loty kosmiczne i space wrestling w niskiej grawitacji, wykonywany przez cholitas w tradycyjnych strojach. Bohaterkę zmuszają do tej pracy względy ekonomiczne. Ładny pomysł, bardzo dobre wykonanie.

Marta Magdalena Lasik „Zwierciadło w dziurce od klucza”. Ogromną wyobraźnię widać, męczący autorkę talent też. Jest tu pomysł, oraz pragnienie pisania jak Dukaj, ozdobione dawką straszliwego dramatyzmu. Jest potencjał.

Karolina Fedyk „Ślady w popiele”. Dość oczywiste fantasy, a właściwie dziewiętnastowieczna opowieść niesamowita. Bohaterka przywozi ze sobą kogoś kto jest, lub nie jest, jej bratankiem.

Anna Łagan „Ekonomia to dolina niesamowitości”. AI na Marsie pasie lamy. Lekkie, świetnie napisane.

Krystyna Chodorowska „Jeden spalony rzut”. Kobieta była strażakiem w świecie, w którym osoby nie pełniące przypisanej sobie roli są niewidoczne dla otoczenia. Bardzo interesujący pomysł.

Alicja Tempłowicz „Matki płaczą solą”. Boliwia, bohater pracujący w wydziale nauk paranormalnych przybywa badać, dlaczego rozgniewane bóstwo rzuca gradem i nie da się wydobywać litu.

Marta Potocka „Flaun”. Mogłoby być napisane w roku 1950: załoga na obcej planecie stopniowo popada w szaleństwo współistniejąc z miejscową floro-fauną, która rozumu nie ma, za to się błyskawicznie adaptuje. Nie tylko mogłoby być napisane, ale nawet parę razy już było.

Michał Cholewa „Pościg”. Załoga „Lewiatana” goni skradziony przez piratów strumieniowiec. Statki latają, jesteśmy w czymś w rodzaju alternatywnego XIX wieku. Bardzo sprawne, nie mogłam tylko przejść do porządku dziennego nad sposobem latania tych statków.

„Szamański blues” Aneta Jadowska

Niestety zaspojlowałam sobie tę książkę „Dzikim dzieckiem miłości„, co w sumie wyszło może i na dobre, bo mogłam prześledzić prawdopodobieństwo psychologiczne Konstancji, które jest całkiem niezłe. Przyjemne zaskoczenie – Witkacy to zdecydowanie nie Dora Wilk. Obawiałam się tego, widząc pierwszoosobową narrację, ale Jadowska radzi sobie świetnie w skórze policjanta, który całe życie borykał się ze swoją innością, wspomgając się rozmaitymi substancjami psychoaktywnymi. Dopiero od niedawna wie, kim jest, ale po pierwsze nadal nie do końca to akceptuje, a po drugie dopiero się uczy, jak z tych mocy korzystać. Tymczasem na jego progu staje była ukochana, z czasów wczesnej młodości, i prosi o pomoc. W szpitalu, gdzie pracuje, doszło do dziwnych zgonów trzech noworodków. Witkacy bada, kto za tym stoi, a przy okazji odkrywa ślady zbrodni sprzed lat, z nadmiernie makabrycznymi szczegółami. Doznaje też najwyraźniej jakiegoś niewielkiego zaćmienia umysłowego, od pierwszej chwili było jasne, że jfcóyavxvrz wrfg oeng.

To nie jest jednolita powieść, tylko najwyraźniej dwa długie opowiadania, pierwsze kończy się wyjaśnieniem sekretu Konstancji. Kolejne, „Bossa nova dla szamana”, zaczyna się tam, gdzie skończyliśmy poprzednie, ale z krótkim wprowadzeniem w temat. Można to było delikatnie przeredagować przy wydawaniu w jednym tomie.

„Pokuta” Anna Kańtoch

Zabójstwo osiemnastoletniej Reni Wieczorek w nadmorskim Przeradowie we wrześniu 1986 to prosta sprawa, idzie siedzieć jej były czy niedoszły chłopak, być może przez nią odrzucony. Jednak w listopadzie do sierżanta Igielskiego zgłasza się Jan Kowalski z inną wersją wydarzeń. Tymczasem w pensjonacie Rybaczówka mieszka tylko dwoje gości. Prowadzi go Katarzyna Filipiak z córką Polą, która w dzieciństwie przyjaźniła się z Renią, a potem już mniej. No cóż, Regina była piękna, zdolna, miła, popularna, a nieatrakcyjna Pola jest jej całkowitym przeciwieństwem. To dopiero punkt wyjścia coraz bardziej zawikłanej afery, w której pojawiają się kolejne tajemniczo zaginione dziewczęta. Świetnie napisana, z doskonale oddaną przygnębiającą atmosferą małego miasteczka po sezonie, z niezłymi bohaterami, choć trochę kręciłam nosem, że ta piękna zamordowana wzięta chyba żywcem z amerykańskich thrillerów – to zawsze musi być ta, w której się wszyscy kochali. Świetnie się czyta aż do zwięzłego, precyzyjnego zakończenia.

„Dzikie dziecko miłości” Aneta Jadowska (Dora Wilk 7)

Przywiązuję się do powieściowych bohaterów, nie wykluczam, że nieco nadmiernie, więc odkrywszy, że w tym uzupełnieniu cyklu o Dorze narracja jest trzecioosobowa, oczywiście jęknęłam „nie, nie, Jadowska oddawaj normalną Dorę, ale już”. Natychmiast jednak przyznałam, że zmiana wychodzi jej na dobre. W ten sposób oglądamy większy kawałek znanego nam już świata, ze szczególnym uwzględnieniem wampirzego gniazda Romana. Torbę jednej z jego młodych mieszkanek Dora znajduje bowiem na właśnie ujawnionym cmentarzysku, gdzie ktoś pochował zwłoki prawie trzydziestu młodych kobiet, w różnym stopniu rozkładu. Czy istotnie maczała w tym kły wampirzyca, i co zrobi z tym Roman – oto zagadka. Dorze brakuje również patologa, z aktualnym bowiem się zupełnie nie dogaduje i szybko pozbywa za obrażanie zwłok. Jakby to tak działało w normalnym świecie, że można osobę wywalić ze stanowiska za niesmaczne uwagi (choć przyznaję, że z mojej firmy wyleciała prę lat temu sekretarka za to, co wygadywała po pijaku na imprezie firmowej)… Jak pamiętamy z poprzednich tomów, istnieje patolog, która by się świetnie nadawała (całkiem przypadkowo), problemem jest tylko jej podejście do magii.

Akcja częściowo skupia się na Dorze, częściowo na Romanie, miewamy też wgląd w poczynania innych bohaterów. Daria jest nieco za bardzo Dorą bis. Nie spodziewałam się takiego udziału w akcji Xhepmnpmxn oraz dowiedziałam się o istnieniu zvbqbżreój.

„Niesamowite przygody Kavaliera i Claya” Michael Chabon

Nagrodzona Pulitzerem 2001 powieść autora, który otrzymał jako do tej pory jedyny również Hugo i Nebulę, za uroczy i szalony „Związek żydowskich policjantów„. Nadal czekam na książkę, która dostanie wszystkie te nagrody jednocześnie. Po lekturze „Związku” natychmiast zaopatrzyłam się w oryginał „Kavaliera i Claya”, ale nie zaczęłam czytać, usiłując najpierw nieco osłabić swoje bardzo wygórowane oczekiwania. Tymczasem ukazał się przekład Piotra Tarczyńskiego – jak zgaduję, połowy Maryli Szymiczkowej. Oczekiwaniom moim sprostało już pierwsze zdanie, z pewnością nieprzypadkowo nawiązujące do początku „Stu lat samotności”.

W październiku 1939 roku w brooklyńskim mieszkanku siedemnastoletniego Samuela Klaymana zjawia się jego kuzyn, Josef Kavalier, uciekinier z Pragi. To punkt wyjścia dla potoczystej, porywającej opowieści. Josefa fascynują ucieczki Houdiniego, jako nastolatek trenuje je sam, potrafi otwierać wszystkie możliwe zamki. Ucieczka z Pragi w trumnie praskiego golema nie nastręcza mu więc trudności. Jego mentor powtarzał „Nigdy nie martw się tym, skąd uciekasz. Niepokój zachowaj na to, dokąd uciekasz” i ta maksyma będzie się nieustannie przewijać w powieści. Josef oczywiście w 1939 nie ma jeszcze pojęcia, skąd właściwie ucieka, jak nie ma go cała rodzina. I nie wie, że u celu odnajdzie Sammy’ego, który zarazi go miłością do komiksów. Z połączenia tego uwielbienia, umiejętności rysowniczych Joego, zainteresowania Houdinim, i Sammy’ego tęsknoty za ojcem, Mocarną Molekułą, który wielokrotnie go porzucał, zrodzi się bohater komiksowy. Jeden z wielu w tym złotym wieku komiksu.

Kiedy Joe i Sammy obmyślają i rysują niesamowite przygody Eskapisty, dzielnie walczącego z Niemcami, w tle w Europie sytuacja Żydów, w tym rodziny Kavalierów, wygląda – wiadomo jak. Chabon się tym jednak nie zajmuje, wiemy tyle, co dociera do Joego, a są to oczywiście urywki. Bohater bezskutecznie próbuje wydostać bliskich z Pragi, a to przecież dopiero początek znanych wydarzeń. Zderzenie tej wiedzy z nastoletnią jeszcze wiarą w superbohaterów, zawsze zwycięskich, stanowi bardzo mocną oś tej opowieści, chociaż jednocześnie jest niezwykle subtelne.

Dawno nie obcowałam z tak dobrą prozą. Każde zdanie Chabona jest perfekcyjne, każdy wycyzelowany, precyzyjny opis jest namacalnie plastyczny. Wybaczam autorowi nawet nadmiernie upodobanie do wyliczanek. Przewijające się regularnie napomknienia typu „wiele lat później” kojarzą się z Marquezem, ale to nie jest jego stylistyka, magię Marqueza zastępuje tu prestidigitatorstwo oraz fantazja komiksowa. Zdecydowanie bardziej widać tu Nabokova, o którym każą myśleć oczywiście również ćmy, i z którego Chabon ma sposób postrzegania i opisywania świata oraz bohaterów, pozostając przy tym oryginalny. Z Nabokova jest tutaj również sugestia, że jesteśmy w świecie nieco przesuniętym względem naszego, na co wskazują poważne, naukowo brzmiące przypisy odnoszące się do nieistniejących pozycji czy instytucji.

Ten amalgamat komiksów, eskapistów i wojny jest karkołomny i zdumiewająco udany. Spotkałam nader niewiele książek, które przerosłyby moje wygórowane oczekiwania – to jedna z nich. To powieść, którą natychmiast zaczyna się czytać od początku, ze świadomością, że musiało się przeoczyć całe mnóstwo drobiazgów.

Tłumaczenie Tarczyńskiego generalnie bardzo dobre i czyta się doskonale. Mam wątpliwości w kwestii używania niektórych nowoczesnych słow, na przykład „pesky” przełożone jako „upierdliwy” – w roku 1940 to określenie nie istniało. A nie mamy tu do czynienia z książką z 1940, którą tłumacz postanowił uwspółcześnić, tylko ze stylizacją współczesną. Jest tu również parę niepotrzebnych upiększeń: „głupca lub głuszca” w liście od matki, która by tak nie napisała, czy „lived like a king” przetłumaczone na „żył jak puryc”. Śliczne, ale to Tarczyński, nie Chabon.