„Docile” K. M. Szpara

W Stanach w bliskiej przyszłości wprowadzono prawo zezwalające na sprzedaż komuś własnej osoby, na dłuższy lub krótszy czas. Żeby łatwiej było znieść niewolę, bierze się specjalny narkotyk, Dociline, usuwający wolną wolę i zastępujący ją zadowoleniem z wykonywania rozkazów. Zapewne przypadkowo wprowadzono też odpowiedzialność dzieci za długi rodziców, a te nabywa się w tym świecie za wszystko – edukację, opiekę medyczną – tak więc rodzina Elishy, lat 21, znajduje się teraz z długiem 3 milionów. Były 4, ale część odpracowała matka, której jednak Dociline wyżarło mózg (tu widzę niespójność, jest teraz idealnym Docile, nie trzeba jej nawet dawać medykamentu, dlaczego nie miałaby pracować dalej?) Ojciec postanawia sprzedać trzynastoletnią córkę w niewolę, Elisha nie chce na to pozwolić, zgłasza się sam, trafia do domu Aleksa, który jest dziedzicem fortuny zdobytej na wytwarzaniu Dociline. Pech, ponieważ Elisha postanawia jej nie brać – ma do tej odmowy prawo, ale to się zdecydowanie kłóci z planami Aleksa.

Jest to powieściowy debiut autora, którego znam z robiących ogromne wrażenie opowiadań. Wiedziałam, że muszę to przeczytać, ale wiedziałam też, że nie będzie łatwo. Szpara lubuje się w wielostronicowych, niesłychanie dokładnych, i bardzo fizjologicznych opisach. To jest uzasadnione fabułą, Elisha w ogóle opisuje wszystko szczegółowo, znalazł się w zupełnie nowym świecie; ale nie jest to lektura przyjemna. Przy tym jednak wciągająca, widzimy bowiem całą sytuację również oczami Aleksa, który został poniekąd zmuszony przez ojca do wzięcia Docile’a. Ma teraz na głowie obcego chłopaka, o którego musi dbać, którego musi jakoś wychować i skłonić do posłuszeństwa, i który wcale nie jest z tego powodu zadowolony, co stałoby się, gdyby brał Dociline. Alex nie może zrezygnować: po pierwsze reklamacje nie są uwzględniane, trzy miliony przepadły, po drugie i istotniejsze to kwestia honoru. Po trzecie, i jeszcze ważniejsze, bohaterowie na siebie lecą, dlatego zresztą na początku się wzajemnie wybrali.

Pomysł budzi moją zdecydowaną odrazę. Nawet gdyby Dociles nie byli poniżani (a Szpara jest całkiem pomysłowy w tej kwestii) nie widzę siebie po żadnej stronie tej nierówności. Osoba, o którą trzeba dbać i której trzeba mówić, co ma robić – nie, dziękuję, nawet gdyby miała spełniać rozkazy. Z drugiej strony bycie posłusznym czyimś rozkazom budzi mój jeszcze większy opór. Ale jestem w innej sytuacji niż Elisha, który ma zaledwie 21 lat i całe życie wykonywał polecenia ojca. Co oczywiście niczego nie usprawiedliwia. Szpara znakomicie pokazuje, jak nieprzyjemna jest sytuacja zależności od kogoś, nawet jeśli ta klatka jest złota. I ciągnie ten motyw do końca. Świetnie analizuje też, jak wygląda kwestia consentment – że niemożliwe jest udzielenie zgody, jeśli się nie wie do końca, o co chodzi.

Słabość fabularna: kompletnie idiotyczny jest pomysł kupowania czyjegoś całego życia. Mieć potem na głowie starucha, za którego zdrowie jest się odpowiedzialnym? Bez sensu. Znacznie słuszniej byłoby kupić 15-20 najlepszych lat, a potem się pozbyć. Efekt psychologiczny nie jest wprawdzie ten sam, ale skoro ci ludzie i tak są na Dociline, nie ma to żadnego znaczenia.

Przemyślenia czasów zarazy

Teraz wyobrażam sobie stan wojenny, z perspektywy zwykłych ludzi. Największym problemem nie był brak internetu, obudzili się bez telefonów, bez telewizji, nie było zakupów przez net, w sklepach nie było niczego. I strach oraz zagubienie – dopiero teraz myślę, jak musieli się bać. Rozumiem lepiej ówczesnych emigrantów. Zawsze myślałam, że w razie problemów we Francji wsiadam w auto i jadę do Polski. Wcale nie pamiętałam, że granice można zamknąć. Miałabym w perspektywie przejazd przez Niemcy, które niekoniecznie by mnie wpuściły, potem podobno trzydzieści godzin oczekiwania na granicy polskiej – gdzie też zresztą niekoniecznie by wpuszczono, a w końcu dwa tygodnie kwarantanny. To wszystko dość destabilizujące wyobrażenia. Wyobrażam sobie też decyzję o wprowadzaniu stanu wojennego ze strony rządzących. Musiało to wyglądać tak jak teraz, nieustanne narady, przyglądanie się dostępnym informacjom z każdej strony – czy to już, czy jeszcze nie. Czy to przesada ograniczać wolność ludziom, czy już konieczność. Ilu ludzi musi umrzeć, żeby decyzja była usprawiedliwiona. Ilu ludziom musi zagrażać śmierć i z jakim prawdopodobieństwem.

Jako czytelniczka fantastyki inaczej wyobrażałam sobie przyszłość, w której żyjemy. Może nie zaraz Singularity czy najazd obcych, wszystko jedno, czy krwiożerczych z mackami, czy dzielących się z nami zaawansowaną technologią galaktyczną; ale jednak było w tych wizjach ulepszanie świata, korzystanie z nowych możliwości, szacunek dla różnorodności. Tymczasem wygląda na to, że to Carrie Vaughn miała rację ze swoją wizją końca cywilizacji spowodowanego chorobami i zmianami klimatycznymi. Nie jeden problem, lecz wiele naraz. Sam covid oczywiście nie wystarczy – a jeśli w jego szczycie spadnie na nas jakiś duży problem klimatyczny? A jeśli zmutuje i pojawi się wiele odmian, atakujących ze wszystkich stron? W którymś momencie system, na którym przyzwyczailiśmy się polegać tak bardzo, że już go nie zauważamy, stanie się niewydolny. Tak skończy się świat, nie hukiem, lecz skomleniem – to też już ktoś napisał.

„Big Sky” Kate Atkinson

“Have you even tried being an optimist?” Julia said. “Once,” Jackson said. “It didn’t suit me.”

Katja i Nadja, dwudziestoparoletnie siostry, szukają pracy w Londynie. Los się do nich uśmiechnął, miły pan z agencji rekrutacyjnej chce im pomóc, znaleźć pracę w hotelu, nawet kupić bilety na samolot (lot ma być z Gdańska do Newcastle). Dziewczyny nie są głupie, wiedzą, jakie mogą na nie czyhać niebezpieczeństwa i sprawdziły, czy taka agencja rzeczywiście istnieje i działa. Nie wiedzą, że mimo tej ostrożności jedyne, co w tym przypadku jest prawdziwe, to Rolex pana Marka, który wcale nie nazywa się Mark. O Katii i Nadii dowiadujemy się potem, że kisiły ze swym dziadkiem kapustę. Nie przyszłoby mi do głowy, że w XXI wieku to mogła nadal być popularna rozrywka wśród polskich nastolatek. Drugim polskim akcentem jest policjantka. „Her name was Veronika, spelled Weronika. Her parents were Polish and her mother called her Vera, which she hated. She was second generation. Her parents talked a lot about going back, but Ronnie wasn’t interested.” Ronnie nazywa się Dibicki, i to nazwisko pojawia się w powieści ze trzydzieści razy, powodując u mnie tiki nerwowe. Ja wiem, Dibicki, Dębicki, też mi różnica, już wydziwiają ci Polacy (pamiętam tę Francuzkę, która w samolocie rzuciła się na mnie z pytaniem, czy po polsku NAPRAWDĘ wejście i wyjście różnią się jedną literą, i jak to w ogóle możliwe), ale czy w roku 2019, w Unii Europejskiej (jeszcze) nie było możliwości sprawdzenia, jak powinny brzmieć polskie imiona i nazwiska? Czy raczej nie było chęci..?

Tymczasem Jackson Brodie jest w parku z Nathanem. Jackson’s son was thirteen and his ego was big enough to swallow planets whole. Chwilowo mieszkają razem w Yorkshire, gdyż Julia jest zajęta pracą, a Jackon śledzi tam niejakiego Gary’ego na polecenie jego żony. Wychodząc z parku, mijają domek nazwany Thisldo, który w następnym rozdziale okazuje się należeć do niejakiego Vince’a, który ma przyjaciół, i tak poznajemy wszystkich bohaterów historii. Trup pojawia się w jednej trzeciej, i od tego momentu akcja nabiera tempa, splątując rozmaite wątki w fascynujący supeł. Budzi mój podziw, jak Atkinson sprawnie żongluje punktami widzenia – jest ich tu chyba w sumie z dziesięć. Skaczemy też chwilami w czasie, ani na sekundę jednak się nie gubiąc. Mimo dość mrocznej tematyki autorka pozostaje zabawna.

Uwielbiam styl Atkinson, naszpikowany nawiasami (potrafi ich umieścić pięć na stronie), co jest mi niezwykle bliskie – jakby nieustannie poddawała wszystko w wątpliwość, miała na każdy temat dodatkowe przemyślenia. Uwielbiam jej subtelne i złośliwe różnice klasowe oraz precyzyjne odmalowywanie teraźniejszości.

„Tous les hommes n’habitent pas le monde de la même façon” Jean-Paul Dubois

Jest początek 2010, Paul Hansen od czternastu miesięcy siedzi w więzieniu w Montrealu. Dzieli celę z Patrickiem Hortonem, wielkim („Un homme et demi” – półtora faceta) zabijaką z Hells Angels. Doskonale odmalowane tyrady tego ostatniego wnoszą nieco humoru w raczej ponurą codzienność narratora, którego odwiedzają wyłącznie jego zmarli: ojciec, żona pilotka, z pochodzenia Algonkinka, i suka Nouk. Oglądamy na przemian teraźniejszość oraz w retrospektywie wspomnienia narratora, oczekując na wyjaśnienie, co właściwie doprowadziło za kratki tego już niemłodego i raczej spokojnego bohatera.

Paul urodził się w 1955 w Tuluzie, z matki Francuzki i ojca Duńczyka, pochodzącego z wioski rybackiej na północy Danii. Nietypowo dla rodziny, Johanes postanowił zostać pastorem, i jakimś cudem znalazł dom we Francji, co nie było oczywistym wyborem. Kwestię bycia imigrantem Dubois porusza delikatnie i ze zrozumieniem. Istotniejsze jest jednak bycie pastorem w laicyzującym się kraju, którym wstrząsa 1968, a potem liberalizacja obyczajowa lat siedemdziesiątych. To Johanes wyjedzie do Kanady, a syn za nim. Jest tu bardzo ładna rozmowa o tym, dlaczego właściwie nie wrócił do Danii (co było i moim pierwszym odruchem), na co pastor odpowiada, że przestał już być Duńczykiem po tych wszystkich latach spędzonych we Francji. Kanada była czymś pomiędzy tymi dwoma krajami.

Pojawia się tutaj również opowieść o starszym panu, który przejechał traktorem całą Kanadę wszerz, od Pacyfiku do Atlantyku. Do śmierci przechowywał dwa bidony wody, jeden napełniony z jednego oceanu, drugi z drugiego. Wymamrotałam „ja też widziałam ten film Lyncha”, ale autor twiedzi, że poznał swojego bohatera osobiście – nie był to ten Lynchowski  – i wszystko opisał zgodnie z prawdą.

Narrator przez 26 lat był w Montrealu zarządcą – dozorcą i złotą rączką – eleganckiego bloku. W więzieniu nadal odwiedza go jeden z mieszkańców. Czytelnik zaś nadal nie wie, za co właściwie Paul siedzi. To ładna, miejscami przejmująco smutna opowieść z prześlicznym zakończeniem, która jest jednak bardzo klasyczna. Widzieliśmy już wiele razy te skomplikowane losy ludzkie odmalowane w taki sposób. Nie mam wątpliwości, że w zestawieniu ze śmiałym, pomysłowym, głęboko humanistycznym „Pragnieniem” Nothomb, to właśnie ta druga powinna była zdobyć Nagrodę Goncourtów.

„Exhalation” Ted Chiang

Ted Chiang to ścisła czołówka nie tylko anglojęzycznych pisarzy sf: ma na swoim koncie cztery Hugo, cztery Nebule i cztery Locusy, chociaż nie napisał ani jednej powieści. Nie potrzeba nawet palców jednej ręki, żeby policzyć jego dzieła – w ubiegłym roku wydał mianowicie drugi (tak właśnie) zbiorek opowiadań, a nie jest już młodym debiutantem. Za to jakie to są teksty! Wyrastające poza fantastykę, wkraczające w filozofię, chłodne, bardzo inteligentne, przemyślane, precyzyjne, obłędnie dopracowane, nie do zapomnienia, do czytania ponownie.

„The Merchant and the Alchemist’s Gate” (2007, Nebula i Hugo). Już to czytałam i nawet jest po polsku (było w NF pt. „Kupiec i wrota alchemika”). Stylizowana na klimat tysiąca i jednej nocy szkatułkowa opowieść o podróży w czasie. Ten naprawdę już doszczętnie ograny motyw Chiang potrafi jednak wykorzystać na świeży sposób. Wciąga i zachwyca, nawet kiedy zna się rozwój akcji i puentę.

„Exhalation” (2008; Locus i Hugo; nie miało nominacji do Nebuli). Ten tekst w ogóle nie poddaje się opisowi, i nie można go zapomnieć. Jest jednocześnie szalenie oryginalny i niezwykle przejrzysty. Pozwala dotknąć Inności – perfekcyjnie przemyślanej. A jednocześnie – ponieważ Chiang nigdy nie pisze tekstu na tylko jeden temat – jest pięknym hołdem dla ludzkiego dążenia do poznania.

What’s Expected of Us” (2005). A to jest krótki eksperyment myślowy (z dowcipną puentą) – synteza tego, co gdyby komunikacja z przeszłością stały się możliwe. Po pierwszej lekturze chodziłam tydzień, rozważając implikacje. Po tej jednakże dochodzę do wniosku, że nawet złudzenie wolnej woli jest wystarczające do życia. Mogę z góry wiedzieć, że nacisnę przycisk, ale to nadal jest/będzie moja decyzja.

„The Lifecycle of Software Objects” (2010; Hugo i Locus). Dla odmiany bardzo długie (novella, ale z tych dłuższych), czego w ogóle nie czuć, ponieważ historia jest wciągająca mimo dość suchego stylu. Protagonistka Ana zatrudnia się w firmie softwarowej, która właśnie pracuje nad prostymi AI, mającymi awatary zwierzątek, i uczącymi się. Oglądamy życie jej, jej kolegi z pracy i ich ai, w kolejnych scenach mijają lata. Firma upada, digienty zostają, rozwijają się coraz bardziej, zainteresowanie ludzi umiera, Chiang myśli tu o wszystkim i zaskakuje nas za każdym razem. Niesłychanie dokładne i realistyczne.

„Dacey’s Patent Automatic Nanny” (2011). Wyimek z katalogu muzealnego, opisujący to co w tytule, czyli dziewiętnastowieczną automatyczną nianię. Zabawny ukłon w stronę ówczesnej myśli technicznej.

The Truth of Fact, the Truth of Feeling” (2013, nominacja do Hugo). W bliskiej przyszłości wynaleziono Remem, software wyszukujący wspomnienia w lifelogach – wszyscy bowiem nagrywają bezustannie swoje życie. Wszyscy, nie licząc narratora, który elokwentnie dowodzi, że nie potrzebujemy pamięci zewnętrznej, a możliwość zapominania jest niezbędna do życia. Samo to wystarczyłoby na opowiadanie, ale jest to przeplecione historią plemienia Tiv, którego członek został przez europejskiego misjonarza nauczony sztuki czytania i pisania. Jak to zmieni proste życie tych ludzi? Jest tu również twist, który doskonale pamiętałam, ale to mi nie przeszkodziło przeżywać raz jeszcze rozterek wraz z narratorem. Nagroda Hugo przegrana z Kowal „The Lady Astronaut of Mars” i muszę przyznać, że rozumiem problem; powinno być ex aequo.

„The Great Silence” (2015). Pozornie dowcipny, w istocie pełen goryczy krótki tekst o gatunku rozumnym usiłującym nawiązać kontakt z ludźmi, którzy jednak wolą wysyłać wiadomości w kosmos. Stąd wysnute rozważania na temat paradoksu Fermiego. Interesujący, ale jednak odrobinę naciągany: cnchtv wrqanxbjbż avr fgjbemlłl pljvyvmnpwv.

„Omphalos” (2019). Bardzo religijna narratorka zwraca się wprost do Boga, opowiadając mu o swoich odkryciach. Jest archeologiem w świecie, którzy rzeczywiście został stworzony 8 tysięcy lat temu, badania to potwierdzają, znajdowane są kości pierwotnych zwierząt zawierające gładki nienaturalny rdzeń, nie widać w nich pierścieni przyrostu. Na pustyni Atacama znaleziono natomiast mumie ludzi bez pępka. Jednocześnie istnieje tylko jeden naukowo potwierdzony cud – stworzenie świata. Chiang kolejny raz pokazuje, że wiara nie jest zastępowalna przez naukę. To piękny, głęboko humanistyczny tekst.

„Anxiety Is the Dizziness of Freedom” (2019, nominacja do tegorocznej Nebula Award for Best Novella). Wynaleziono prism – urządzenie, które przez efekt kwantowy powoduje rozszczepienie rzeczywistości na dwie alternatywy, przy czym dzięki wbudowanym kwantom splątanym można się kontaktować ze swoim równoległym odpowiednikiem (paraself). I kolejny raz – to jest zasadniczo do cna ograny pomysł, natomiast nigdy przedtem ta równoległa rzeczywistość nie powstawała na żądanie. Nikt nigdy nie wymyślił też takich implikacji, jakie proponuje jak zwykle nieludzko wnikliwy Chiang, który ostatecznie pisze o winie i przebaczeniu, o zazdrości wobec innych wersji siebie, o gotowości ponoszenia konsekwencji własnych wyborów, o kształowaniu się osobowości ludzkiej. Zachwycające i dające do myślenia. Choć nie wiem, czemu to dostało nominację, a nie poprzednie, ja bym nie była w stanie wybrać.

***

Zbiór zamykają krótkie podsumowania odautorskie, które są jak wszystko, co wychodzi spod ręki Chianga – klarowne, rzeczowe i pełne skromności. To jest tak niezwykły autor, że skłonna jestem uwierzyć w jego pozaziemskie pochodzenie. Nie może zwyczajnie należeć do gatunku homo sapiens.

„Inne pozytywne uczucia też wchodzą w grę” Stanisław Barańczak, Wisława Szymborska (korespondencja)

Przecudowna lektura, ponieważ Barańczak był tłumaczem Szymborskiej, i w dodatku pełnił rolę agenta, promując ją z wielkim zapałem w świecie anglojęzycznym, pisze więc długie listy pełne szczegółów dotyczących tłumaczeń i konkretów wydań, na co widać, że poetka reaguje z właściwym sobie pobłażliwym roztargnieniem. W ogóle zaczyna się ta znajomość w latach 70, kiedy młody (25 lat!) wtedy jeszcze tylko zwykły redaktor Barańczak nieśmiało prosi znaną już poetkę o jakieś wiersze. 10 lat później wyjeżdża, zaczyna podbijać literacki rynek amerykański, a jego wiara w talent Szymborskiej coraz bardziej się umacnia. Oboje korespondenci są ludźmi niewiarygodnej kultury osobistej. On prezentuje absolutny – i niewątpliwie autentyczny –  podziw, zachwyt i szacunek, ozdabiany na szczęście poczuciem humoru, ona pozostaje skromna i odpłaca się jeszcze wspanialszymi żarcikami.
Ta lektura to miód lejący się prosto na serce, nawet mnie trudno uwierzyć, że można było być tak bezinteresownym, tak zaangażowanym w cudze sprawy, tak szczerze oddanym cudzej twórczości. Tak w końcu prawdziwie wzruszającym. Miałam łzy w oczach, kiedy dla wydawanego po angielsku tomiku Barańczak poprosił o tytuł „Kot w pustym mieszkaniu”, ponieważ ten wiersz zdobył ogromne uznanie dzięki przedrukowi w New Yorkerze. Szymborska, zazwyczaj łagodnie zgadzająca się na wszystko, tutaj zaprotestowała stanowczo – wszystko, tylko nie to. Wolałaby nie musieć pisać tego wiersza, ale skoro już napisała, to niech będzie sobie gdzieś w środku tomu. Barańczak wtedy zaproponował tytuł „Widok z ziarnkiem piasku”, który zdobył takie uznanie poetki, że wykorzystała go potem dla swojego własnego tomiku wydawanego po polsku. Jak widać, korespondenci rozumieli się doskonale.
Są tutaj oczywiście wycinankowe kartki Szymborskiej, która myśli o wszystkich, przekazuje je przez Barańczaka również dla jego współtłumaczki, Clare Cavanagh. Ten zaś rewanżuje się zbiorem limeryków, dowcipną kartą wizytową, oraz swoimi książkami, których w pewnym okresie produkuje niewiarygodne liczby, z jakąś zupełnie nieogarnialną energią. Wszystkie te biografioły, zezwierzęcenia, antologie tłumaczeń poezji absurdalnej i nie tylko – jest okres, w którym wysyła którąś z nich z każdym swoim listem. A potem pisze o swojej chorobie, szczerze i bez żadnego użalania się nad sobą. Jeśli czegoś żałuje, to tylko tego, że nie może pracować tyle co wcześniej.
Co za wspaniali ludzie. Co za niezwykła lektura.

Kronika czasów zarazy

W poniedziałek wprowadzono nowe obostrzenia. Teraz w celach spacerowych wychodzić można tylko na godzinę dziennie i w promieniu 1 km od miejsca zamieszkania. Nie wolno jeździć rowerem (cyklista przyłapany 200 metrów od własnego domu zapłacił 135€ kary). Pojawiły się w związku z tym nowe formaty przepustek, na których uwzględniono również wychodzenie na wezwanie sądowe lub administracyjne, oraz uczestniczenie w misjach dotyczących interesu ogólnospołecznego, czymkolwiek by nie był. Należy obowiązkowo zapisać na nich datę i godzinę wyjścia. Ponieważ pisanie odręczne od dawna nie jest moim ulubionym zajęciem, a drukarki w domu nie mam, zeźlona udałam się do sklepu z materiałami biurowymi, gdzie wykonują również wydruki. (Przyznaję, że miałam do wydrukowania również materiały szkolne dla dziecka, inaczej nadal klęłabym i pisała długopisem). Sklep czynny jest 10-14, i stała przed nim imponująco wyglądająca kolejka. Po bliższych oględzinach wyszło na jaw, że stoi raptem 5 osób, tylko w odpowiednich odstępach, a w środku przebywać może tylko jeden klient. Płatność wyłącznie kartą. Kiedy nadeszła moja kolej, wyciągnęłam pendrive, na co sprzedawca (oczywiście w rękawiczkach i maseczce) radośnie rzekł „o, nowy format zaświadczenia pani potrzebuje?” i sięgnął na półkę za sobą, gdzie miał już przygotowany zapas stosownych wydruków.

Zamknięte zostały również wszystkie marché, ku mojemu wielkiemu żalowi. Będę musiała iść na zakupy do sklepu, zamówienie bowiem żywności z dowozem lub do drive nie jest możliwe, chętnych jest dużo więcej niż miejsc. Rano rozmawiałam z koleżanką mieszkającą we Włoszech: tam targi warzywne są nadal otwarte, przynajmniej w małej miejscowości, gdzie mieszka, i gdzie podobno nie ma żadnego przypadku choroby. Moja firma natomiast dziś rano doniosła dość enigmatycznie, że mamy przypadki zachorowań wśród pracowników lub ich rodzin. Poczułam się przez chwilę nieswojo, po czym przypomniałam sobie, że ostatni raz w biurze byłam dwa tygodnie temu, na strach już więc za późno.
Jeszcze większym żalem napełniło mnie anulowanie powielkanocnego wyjazdu do Bretanii, choć oczywiście się tego spodziewałam. W pierwszej wersji odwołanie dotyczyło turnusów do momentu mojego wyjazdu, więc jeszcze przez chwilę hołubiłam nadzieję. W tej chwili jest już bezterminowe; jak wszystkie zresztą ograniczenia.