„Irlandczyk”

To zdumiewający film, przede wszystkim ze względu na długość. Kto w 2019 mógł wpaść na pomysł nakręcenia filmu trwającego 3,5 godziny?! Wszyscy wszystko tną na kawałki, robią serie i seriale na siłę, a tu proszę, zostawia się widzowi prawo do samodzielnej decyzji, czy obejrzy ciurkiem, czy zrobi sobie przerwy. Oczywiście, w kinie by to nie przeszło. Po drugie zdumiewająca rzecz stała się z aktorami. Panowie pod osiemdziesiątkę grają tu trzydziesto-czterdziestolatków, i wprawdzie zmarszczki można było komputerowo usunąć, ale po ruchach widać, że to już nie jest ten wiek. Zastanawiam się, czy nie można było wziąć dublera do scen, w których widać całą sylwetkę. A jednak ta decyzja ma pewien sens. Film jest przecież wspomnieniem Franka Sheerana czasów jego młodości. Starsza osoba może już nie pamiętać, jak to było być młodym, nie mieć ograniczeń fizycznych. Nic właściwie dziwnego, że we własnych wyobrażeniach siebie kilkadziesiąt lat wcześniej widzimy tę samą twarz, co obecnie, tylko bez zmarszczek.
Nie jest to film dynamiczny, ale wciąga, dzięki sposobowi opowiedzenia całej historii. Nadal mam pod powiekami rozmaite sceny. Oprócz kulminacyjnej przede wszystkim tę, w której Frank rozmawia przez telefon z wdową po Jimmym Hoffie. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej statycznego: kamera się nie rusza ani o milimetr, pokazuje nam podstarzałego faceta ze słuchawką telefoniczną przy uchu, bohater nie wypowiada nawet jednego zdania w całości –  i trudno sobie wyobrazić coś bardziej przejmującego. Trzej starsi panowie pożegnali się z kinem w wielkim stylu.

„Wiedźmin” serial

W serialowym „Wiedźminie” najlepszy jest Geralt, obsadzony cudownie, i najwyraźniej albo świetnie rozumiejący bohatera, albo nie potrafiący zrobić innej miny, na jedno wychodzi. Od początku do końca był to Geralt, taki jak trzeba. Poza tym zachowany został klimat Sapkowskiego – ta mieszanka poczucia humoru, sentymentalizmu, fantastycznie nakreślonych postaci, brutalności i pożogi wojennej. Przy czym poczucia humoru jest w serialu za mało, a podrobów za dużo. Tak, rozumiem, że zmieścić w ośmiu odcinkach to wszystko, uzupełnione o rozbudowane dzieciństwo Yennefer, nie było łatwo: już i tak dostajemy historię tak poszatkowaną chronologicznie, że gdybym nie znała książek całkiem nieźle, to nie jestem pewna, czy bym się łatwo połapała.
Zachwycił mnie pierwszy odcinek, od razu pokazujący narodziny rzeźnika z Blaviken, i doskonale określający bohatera. Ujmuje mnie, że mówią Starszą Mową i ona brzmi jak u Sapkowskiego. Nie podobał mi się Yarpen Zigrin, strzyga wyglądająca jak uboga krewna Obcego, oraz elfy. Ten epizod to największa porażka. Bardzo dobra jest relacja Yennefer i Geralta. Sama Yennefer w ogóle jest świetna, chociaż fizycznie niezupełnie podobna do opisów autora (gdzie te wąskie usta i blada twarz?) Chciałabym na przyszłość, żeby jednak częściej było się z czego pośmiać, oraz żeby darowali sobie Avallac’ha, jeśli do niego dotrą. Oraz oczywiście panicznie boję się Bonharta, i to będę oglądać z zamkniętymi oczami.
Na tym tle bardzo bledziutko wypadają ostatnie „Gwiezdne wojny”, w których dobrzy są już tak dobrzy, a źli tak źli, że w ogóle nie ma tu miejsca na żaden nawet cień wahania, i to jest smętne i nudne. Ja już nawet nie mówię, żeby jakiś dobry zdezerterował, bo to w tym świecie całkiem niemożliwe, ale chociaż miał jakąś wątpliwość? Uległ pokusie? Albo chociaż został ranny? Nie rzucał się tak gorliwie z pomocą przy każdej okazji? A skoro naprawdę się nie da, to może chociaż temu złemu dałoby się jakiś kawałek ludzkiej twarzy przydać? Była okazja, całkowicie zmarnowana, bo po co, skoro można przeraźliwie brzydką twarz w rozbłyskach światła godzinami pokazywać i to wystarczy.

„Hors normes”

Po przyjemnym i zaangażowanym społecznie, ale dość jednak błahym „Le sens de la fête” spółce reżyserskiej Toledano i Nakache znowu udało się coś niezwykłego. Bohaterowie tego filmu, Bruno i Malik, współpracują ze sobą ściśle: jeden stoi na czele stowarzyszenia zajmującego się ciężkimi przypadkami młodzieży autystycznej, drugi natomiast proponuje młodym ludziom z trudnych środowisk naukę i staż w tymże stowarzyszeniu. Bruno ma jednocześnie do czynienia z komisją z Ministerstwa Zdrowia, która ma zbadać, dlaczego działają bez wymaganych zezwoleń i dlaczego ich lokale nie spełniają norm. W jednym z głównych wątków oglądamy dorosłego autystę Josepha, którego fascynują pralki, i stąd pomysł Bruna, żeby zatrudnił go jakiś zakład naprawy tychże. Znajduje się jeden, który nie odmawia, chociaż entuzjastycznie do sprawy nie podchodzi, ale zgadza się na próbę. Jest jeden problem: Joseph nie jest w stanie sam jeździć metrem, ponieważ wcześniej lub później ulega pokusie pociągnięcia za hamulec bezpieczeństwa. Właściwie jest i drugi – bohater okazuje swoją sympatię pytając, czy może zobaczyć skarpetki interlokutora. Z opisu to może wyglądać jak miłe sympatyczne dziwactwo. Nie jest, i zostało to pokazane świetnie. Grający Josepha Benjamin Lesieur w rzeczywistości nie jest komunikatywny. Jak w każdym filmie tych reżyserów jest i tu scena tańca. Niezapomniana.

Jest tu parę naprawdę zabawnych scen, natomiast połowy filmu nie widziałam przez łzy. Oczywiście, że całość została wygładzona, prawdy nikt by nie poszedł oglądać. Oczywiście, że repliki matek są zbyt aktorskie i zbyt ładnie podawane. Oczywiście, że z wyżyn padają prawdy objawione. To jest w końcu film, nie reportaż. Natomiast emocje są prawdziwe, i grają w nim nie tylko autentyczni autyści, ale i prawdziwi ich opiekunowie. I samo to, że reżyserzy zajęli się takim tematem w taki sposób – ja umiem na to tylko powiedzieć chapeau bas i poprosić o kolejną chusteczkę.

„W deszczowy dzień w Nowym Jorku”

W najnowszym filmie Woody’ego Allena dostaje się po równo i starym i młodym. Tych ostatnich reprezentuje tu para uroczych studentów jakiejś niewielkiej uczelni. On jest nowojorczykiem, intelektualistą i graczem w pokera, ona hożą i naiwną blondynką z Arizony. Do szkolnej gazety ma przeprowadzić wywiad z reżyserem Rolandem Pollardem (bez tego podwójnego l w nazwisku też może byśmy się zorientowali, że to alter ego Woody’ego Allena), na Manhattanie. Jej chłopak Gatsby (tak, tak, Gatsby Welles, ni mniej ni więcej) natychmiast planuje im weekend, żeby pokazać dziewczynie Nowy Jork swoich rodziców, których swoją drogą odrzuca i nie zamierza się wybierać na wieczorek organizowany przez matkę, intelektualistkę od urodzenia zmuszającą go do kultury wysokiej. Dalej wiadomo: dziewczyna jest naiwna i bez obycia, popełnia gafę za gafą, ale starsi panowie, czyli reżyser i scenarzysta, wzruszają się tą świeżością i pragną z niej uszczknąć coś dla siebie. Nie mają jednak wiele do zaoferowania, jeden ma kryzys twórczy, ucieka pić i się szlajać, drugi chce mu nieść pomoc, ale po drodze odkrywa, że żona zdradza go z najlepszym przyjacielem. Ashleigh wpada w ramiona trzeciego, przystojnego aktora. Ostatecznie żaden z nich nie przekona jej do nowojorskiego blichtru, ale nie zrobi tego także Gatsby. Jedyną silną postacią jest tutaj matka, wyjawiająca synowi kulisy swojej pasji dla kultury, i pokazująca, że ciągle jeszcze wie bardzo mało o życiu.
To film niezwykle ciepły mimo wtykanych wszystkim delikatnych szpilek, jak zwykle przepełniony miłością do Nowego Jorku, i konsekwentnie w poetyce z lat pięćdziesiątych, mimo występujących w roli dekoracji smartfonów i tabletów. Ale Woody Allen tak ma wyglądać. Inne filmy niech kręcą inni.

„Rocketman”

Żadnych dat. To nie tyle biopic, co złożony z impresjonistycznych scen musical osnuty na życiu Eltona Johna, który w dzieciństwie był nieśmiałym, tłustawym Anglikiem w okularach, i doprawdy ostatnią rzeczą, której można by się spodziewać, to że zostanie gwiazdą rocka światowego formatu. Albo właśnie pierwszą, bo tak to jakoś w życiu się układa, że dzieci kochane i wspierane wcale nie osiągają tego, co te odrzucane i wyśmiewane. Pytanie jeszcze tylko o cenę, jaką za to płacą. Niezbyt oryginalne spostrzeżenie, ale to pod wpływem filmu, który składa się z banałów i kiczu, więc pasuje doskonale do bohatera. O faktach można sobie doczytać, a pokazanie tego, co przecież wszyscy znamy, wyszło twórcom nieźle. Z drugiej strony chciałabym jednak zobaczyć to, co czyni Eltona Johna Eltonem Johnem: szlachectwo, przyjaźń z księżną Dianą, działalność charytatywną i tak dalej. Tymczasem dostajemy standardową opowieść o surowym ojcu (według brata przyrodniego to zupełna nieprawda, podobno mieli dobre kontakty), zimnej matce, pragnieniu miłości, poszukiwaniu tożsamości, fatalnie ulokowanych uczuciach, złym agencie, uzależnieniach. To mogłaby być biografia niemal każdej gwiazdy mniejszego czy większego formatu. Choć rozumiem, że ponieważ bohater żyje i ma się dobrze,a w dodatku figuruje w tym filmie jako producent, o obiektywność trudno. Za to malowniczość na ekranie była.

„Bohemian Rhapsody”

Wszyscy byli zgodni, że to nie jest świetny film, za to muzyka nadrabia z nawiązką. Z tą myślą poszłam do kina, i wyszłam, ku swojemu zdumieniu, całkowicie oczarowana. Owszem, filmowi daleko do doskonałości, i to już na etapie scenariusza. Jest tu mnóstwo melodramatycznych uproszczeń. Cała wina za złe prowadzenie się Mercury’ego spada na jego przyjaciela i managera Paula Prentera, który okazuje się demonicznym manipulantem, a Freddie bezwolną maskotką w jego rękach. Rozstanie z Queen i późniejsza ekspiacja to też wymysł, w rzeczywistości decyzja o rozstaniu była wspólna, a zespół nagrywał potem razem jeszcze przed Live Aid. Zabrakło mi ostatnich lat z Barceloną, to duża przykrość, nie rozumiem zupełnie, dlaczego to zostało pominięte. Montserrat Caballé jeszcze żyła na etapie kręcenia filmu, mogła sporo opowiedzieć. ALE. Rami Malek robi tak niewiarygodną robotę, że cała reszta staje się zwyczajnie nieistotna. Mimo wszelkich uproszczeń i pominięć mam wrażenie, że udało się uchwycić samą esencję tego nieporównywalnego z nikim piosenkarza i tego niezapomnianego zespołu. Biografie chyba tak jak tłumaczenia mogą być wierne albo piękne. Ten film jest bez wątpienia przepiękny.

Zimna wojna

Weszła u nas na ekrany 24 października, pod tytułem „Cold War”, w moim lokalnym kinie były zapełnione cztery rzędy, i byłam na sali wyraźnie najmłodsza, ale to był piątek po południu, być może to standard.
Wszyscy już oczywiście widzieli, więc odnotowuję dla siebie, że film pokazuje historię miłosną typu „love-hate” między Wiktorem, kompozytorem i akompaniatorem powstającego w 1949  zespołu ludowego, a jego śpiewaczką i tancerką Zulą, prostą młodą dziewczyną. Nie mogą żyć ze sobą, nie mogą żyć bez siebie, Wiktor w pewnym momencie wybiera wolność w Paryżu, w tle kawałek historii Europy z lat 50-60 – bardzo w tle, raczej impresjonistycznie. Jestem zachwycona konsekwentnym minimalizmem Pawlikowskiego, wybór dusznego wąskiego formatu oraz pozbawienie kolorów doskonale z nim współgrają, idealnie pasują do tamtych czasów. Film uzupełniony został za to cudownie dobraną muzyką: na początku amatorskie rzępolenie, potem nabierający kształtów zespół ludowy, jazz w Paryżu, poezja śpiewana, i tak dalej. Wszystko jest wspaniale przemyślane, w kolejnych scenach dzieje się tylko tyle, ile naprawdę musi, więcej tu się widz domyśla niż widzi, Tomasz Kot i Joanna Kulig są doskonali (pozostała obsada też, ale to na nich ciężar spoczywa), mistrzostwo.
W końcu nadchodzą dwie ostatnie sceny, które w pierwszym odruchu określiłam jako „idiotyczne zakończenie”. Po chwili trochę przemyślałam i oczywiście jest to zakończenie jedynie logiczne i uczciwe. Rzecz polega na tym, że ja nie czuję melodramatów. Irytują mnie bohaterowie uważający tę dziwną obsesję za miłość. A co, jeśli to naprawdę jest miłość, jedyna im dana; a co, jeśli nazwa nie ma znaczenia i istotna jest tylko siła tego uczucia, bez względu na określenie („róża pod inną nazwą…”). Uczucie jest autentyczne, a wybory dokonywane przez bohaterów mogą być z boku uważane za idiotyczne, ale to nie jest powód, żeby nie robić o nich filmu. To ustaliwszy nadal mam nieokreśloną pretensję o sposób pokazania tych dwóch scen, coś w nich zgrzyta, ale ponieważ nie wiem co, pomińmy to milczeniem.
Po wyjściu z kina myślałam, że znakomicie pasowałoby tutaj, gdyby Wiktor był Żydem, wtedy byłoby wiadomo, dlaczego wyjechał, i dlaczego nie mógł wrócić. Otóż Pawlikowski zadedykował ten film rodzicom: okazuje się, że jego ojciec był Żydem, wyjechał z Polski w 1969 (reżyser miał 12 lat), do Austrii, rodzice się potem zeszli w Niemczech. „I o tym chciałabym zobaczyć film” – oświadczyłam w pierwszym odruchu. Tylko że reżyser nie chciał robić filmu realistycznego. Nienawidzę, kiedy autor wyjaśnia odgórnie, co miał na myśli, jak to naprawdę było, i co się powinno myśleć. Pawlikowski jest na przeciwnym biegunie: całkowicie ufa widzowi. Pokazuje interakcje między bohaterami i wierzy, że odbiorca sobie sam dośpiewa resztę z własnych doświadczeń i wiedzy. Obawiałam się, oglądając to we Francji, czy aby widzowie naprawdę są w stanie pojąć z tych szkicowych dialogów, jak wyglądał 1951 w Polsce, i dlaczego „Mazurek” musiał śpiewać pieśń pochwalną na tle portretu Stalina. Myślę, że tak; i to lepiej niż gdyby przez dwie godziny karmić ich złym krwawym Stalinem. A gdyby nie, to może sobie doczytają.