„Hors normes”

Po przyjemnym i zaangażowanym społecznie, ale dość jednak błahym „Le sens de la fête” spółce reżyserskiej Toledano i Nakache znowu udało się coś niezwykłego. Bohaterowie tego filmu, Bruno i Malik, współpracują ze sobą ściśle: jeden stoi na czele stowarzyszenia zajmującego się ciężkimi przypadkami młodzieży autystycznej, drugi natomiast proponuje młodym ludziom z trudnych środowisk naukę i staż w tymże stowarzyszeniu. Bruno ma jednocześnie do czynienia z komisją z Ministerstwa Zdrowia, która ma zbadać, dlaczego działają bez wymaganych zezwoleń i dlaczego ich lokale nie spełniają norm. W jednym z głównych wątków oglądamy dorosłego autystę Josepha, którego fascynują pralki, i stąd pomysł Bruna, żeby zatrudnił go jakiś zakład naprawy tychże. Znajduje się jeden, który nie odmawia, chociaż entuzjastycznie do sprawy nie podchodzi, ale zgadza się na próbę. Jest jeden problem: Joseph nie jest w stanie sam jeździć metrem, ponieważ wcześniej lub później ulega pokusie pociągnięcia za hamulec bezpieczeństwa. Właściwie jest i drugi – bohater okazuje swoją sympatię pytając, czy może zobaczyć skarpetki interlokutora. Z opisu to może wyglądać jak miłe sympatyczne dziwactwo. Nie jest, i zostało to pokazane świetnie. Grający Josepha Benjamin Lesieur w rzeczywistości nie jest komunikatywny. Jak w każdym filmie tych reżyserów jest i tu scena tańca. Niezapomniana.

Jest tu parę naprawdę zabawnych scen, natomiast połowy filmu nie widziałam przez łzy. Oczywiście, że całość została wygładzona, prawdy nikt by nie poszedł oglądać. Oczywiście, że repliki matek są zbyt aktorskie i zbyt ładnie podawane. Oczywiście, że z wyżyn padają prawdy objawione. To jest w końcu film, nie reportaż. Natomiast emocje są prawdziwe, i grają w nim nie tylko autentyczni autyści, ale i prawdziwi ich opiekunowie. I samo to, że reżyserzy zajęli się takim tematem w taki sposób – ja umiem na to tylko powiedzieć chapeau bas i poprosić o kolejną chusteczkę.

„W deszczowy dzień w Nowym Jorku”

W najnowszym filmie Woody’ego Allena dostaje się po równo i starym i młodym. Tych ostatnich reprezentuje tu para uroczych studentów jakiejś niewielkiej uczelni. On jest nowojorczykiem, intelektualistą i graczem w pokera, ona hożą i naiwną blondynką z Arizony. Do szkolnej gazety ma przeprowadzić wywiad z reżyserem Rolandem Pollardem (bez tego podwójnego l w nazwisku też może byśmy się zorientowali, że to alter ego Woody’ego Allena), na Manhattanie. Jej chłopak Gatsby (tak, tak, Gatsby Welles, ni mniej ni więcej) natychmiast planuje im weekend, żeby pokazać dziewczynie Nowy Jork swoich rodziców, których swoją drogą odrzuca i nie zamierza się wybierać na wieczorek organizowany przez matkę, intelektualistkę od urodzenia zmuszającą go do kultury wysokiej. Dalej wiadomo: dziewczyna jest naiwna i bez obycia, popełnia gafę za gafą, ale starsi panowie, czyli reżyser i scenarzysta, wzruszają się tą świeżością i pragną z niej uszczknąć coś dla siebie. Nie mają jednak wiele do zaoferowania, jeden ma kryzys twórczy, ucieka pić i się szlajać, drugi chce mu nieść pomoc, ale po drodze odkrywa, że żona zdradza go z najlepszym przyjacielem. Ashleigh wpada w ramiona trzeciego, przystojnego aktora. Ostatecznie żaden z nich nie przekona jej do nowojorskiego blichtru, ale nie zrobi tego także Gatsby. Jedyną silną postacią jest tutaj matka, wyjawiająca synowi kulisy swojej pasji dla kultury, i pokazująca, że ciągle jeszcze wie bardzo mało o życiu.
To film niezwykle ciepły mimo wtykanych wszystkim delikatnych szpilek, jak zwykle przepełniony miłością do Nowego Jorku, i konsekwentnie w poetyce z lat pięćdziesiątych, mimo występujących w roli dekoracji smartfonów i tabletów. Ale Woody Allen tak ma wyglądać. Inne filmy niech kręcą inni.

„Rocketman”

Żadnych dat. To nie tyle biopic, co złożony z impresjonistycznych scen musical osnuty na życiu Eltona Johna, który w dzieciństwie był nieśmiałym, tłustawym Anglikiem w okularach, i doprawdy ostatnią rzeczą, której można by się spodziewać, to że zostanie gwiazdą rocka światowego formatu. Albo właśnie pierwszą, bo tak to jakoś w życiu się układa, że dzieci kochane i wspierane wcale nie osiągają tego, co te odrzucane i wyśmiewane. Pytanie jeszcze tylko o cenę, jaką za to płacą. Niezbyt oryginalne spostrzeżenie, ale to pod wpływem filmu, który składa się z banałów i kiczu, więc pasuje doskonale do bohatera. O faktach można sobie doczytać, a pokazanie tego, co przecież wszyscy znamy, wyszło twórcom nieźle. Z drugiej strony chciałabym jednak zobaczyć to, co czyni Eltona Johna Eltonem Johnem: szlachectwo, przyjaźń z księżną Dianą, działalność charytatywną i tak dalej. Tymczasem dostajemy standardową opowieść o surowym ojcu (według brata przyrodniego to zupełna nieprawda, podobno mieli dobre kontakty), zimnej matce, pragnieniu miłości, poszukiwaniu tożsamości, fatalnie ulokowanych uczuciach, złym agencie, uzależnieniach. To mogłaby być biografia niemal każdej gwiazdy mniejszego czy większego formatu. Choć rozumiem, że ponieważ bohater żyje i ma się dobrze,a w dodatku figuruje w tym filmie jako producent, o obiektywność trudno. Za to malowniczość na ekranie była.

„Bohemian Rhapsody”

Wszyscy byli zgodni, że to nie jest świetny film, za to muzyka nadrabia z nawiązką. Z tą myślą poszłam do kina, i wyszłam, ku swojemu zdumieniu, całkowicie oczarowana. Owszem, filmowi daleko do doskonałości, i to już na etapie scenariusza. Jest tu mnóstwo melodramatycznych uproszczeń. Cała wina za złe prowadzenie się Mercury’ego spada na jego przyjaciela i managera Paula Prentera, który okazuje się demonicznym manipulantem, a Freddie bezwolną maskotką w jego rękach. Rozstanie z Queen i późniejsza ekspiacja to też wymysł, w rzeczywistości decyzja o rozstaniu była wspólna, a zespół nagrywał potem razem jeszcze przed Live Aid. Zabrakło mi ostatnich lat z Barceloną, to duża przykrość, nie rozumiem zupełnie, dlaczego to zostało pominięte. Montserrat Caballé jeszcze żyła na etapie kręcenia filmu, mogła sporo opowiedzieć. ALE. Rami Malek robi tak niewiarygodną robotę, że cała reszta staje się zwyczajnie nieistotna. Mimo wszelkich uproszczeń i pominięć mam wrażenie, że udało się uchwycić samą esencję tego nieporównywalnego z nikim piosenkarza i tego niezapomnianego zespołu. Biografie chyba tak jak tłumaczenia mogą być wierne albo piękne. Ten film jest bez wątpienia przepiękny.

Zimna wojna

Weszła u nas na ekrany 24 października, pod tytułem „Cold War”, w moim lokalnym kinie były zapełnione cztery rzędy, i byłam na sali wyraźnie najmłodsza, ale to był piątek po południu, być może to standard.
Wszyscy już oczywiście widzieli, więc odnotowuję dla siebie, że film pokazuje historię miłosną typu „love-hate” między Wiktorem, kompozytorem i akompaniatorem powstającego w 1949  zespołu ludowego, a jego śpiewaczką i tancerką Zulą, prostą młodą dziewczyną. Nie mogą żyć ze sobą, nie mogą żyć bez siebie, Wiktor w pewnym momencie wybiera wolność w Paryżu, w tle kawałek historii Europy z lat 50-60 – bardzo w tle, raczej impresjonistycznie. Jestem zachwycona konsekwentnym minimalizmem Pawlikowskiego, wybór dusznego wąskiego formatu oraz pozbawienie kolorów doskonale z nim współgrają, idealnie pasują do tamtych czasów. Film uzupełniony został za to cudownie dobraną muzyką: na początku amatorskie rzępolenie, potem nabierający kształtów zespół ludowy, jazz w Paryżu, poezja śpiewana, i tak dalej. Wszystko jest wspaniale przemyślane, w kolejnych scenach dzieje się tylko tyle, ile naprawdę musi, więcej tu się widz domyśla niż widzi, Tomasz Kot i Joanna Kulig są doskonali (pozostała obsada też, ale to na nich ciężar spoczywa), mistrzostwo.
W końcu nadchodzą dwie ostatnie sceny, które w pierwszym odruchu określiłam jako „idiotyczne zakończenie”. Po chwili trochę przemyślałam i oczywiście jest to zakończenie jedynie logiczne i uczciwe. Rzecz polega na tym, że ja nie czuję melodramatów. Irytują mnie bohaterowie uważający tę dziwną obsesję za miłość. A co, jeśli to naprawdę jest miłość, jedyna im dana; a co, jeśli nazwa nie ma znaczenia i istotna jest tylko siła tego uczucia, bez względu na określenie („róża pod inną nazwą…”). Uczucie jest autentyczne, a wybory dokonywane przez bohaterów mogą być z boku uważane za idiotyczne, ale to nie jest powód, żeby nie robić o nich filmu. To ustaliwszy nadal mam nieokreśloną pretensję o sposób pokazania tych dwóch scen, coś w nich zgrzyta, ale ponieważ nie wiem co, pomińmy to milczeniem.
Po wyjściu z kina myślałam, że znakomicie pasowałoby tutaj, gdyby Wiktor był Żydem, wtedy byłoby wiadomo, dlaczego wyjechał, i dlaczego nie mógł wrócić. Otóż Pawlikowski zadedykował ten film rodzicom: okazuje się, że jego ojciec był Żydem, wyjechał z Polski w 1969 (reżyser miał 12 lat), do Austrii, rodzice się potem zeszli w Niemczech. „I o tym chciałabym zobaczyć film” – oświadczyłam w pierwszym odruchu. Tylko że reżyser nie chciał robić filmu realistycznego. Nienawidzę, kiedy autor wyjaśnia odgórnie, co miał na myśli, jak to naprawdę było, i co się powinno myśleć. Pawlikowski jest na przeciwnym biegunie: całkowicie ufa widzowi. Pokazuje interakcje między bohaterami i wierzy, że odbiorca sobie sam dośpiewa resztę z własnych doświadczeń i wiedzy. Obawiałam się, oglądając to we Francji, czy aby widzowie naprawdę są w stanie pojąć z tych szkicowych dialogów, jak wyglądał 1951 w Polsce, i dlaczego „Mazurek” musiał śpiewać pieśń pochwalną na tle portretu Stalina. Myślę, że tak; i to lepiej niż gdyby przez dwie godziny karmić ich złym krwawym Stalinem. A gdyby nie, to może sobie doczytają.

First Man

Wszyscy wiedzą, co powiedział w lipcu roku 1969 Neil Armstrong, wszyscy też wiedzą, jak się zakończyła misja Apollo 11, wszyscy także zapewne słyszeli o kosmicznej rywalizacji Sowietów i Amerykanów. Serdecznie poza tym nienawidzę trzęsącej się kamery, nie lubię Ryana Goslinga, obecnego tu oczywiście w każdej scenie, a efekty specjalne polegają na straszliwym trzęsieniu i zgrzytaniu, co zajmuje pewnie połowę filmu. To wszystko biorąc pod uwagę nie widzę zupełnie nic dziwnego w tym, że przesiedziałam dwie godziny z zapartym tchem, trzymając się poręczy fotela i śledząc losy Neila Armstronga w latach sześćdziesiątych. Najwspanialsza w tym filmie jest namacalność, momentami wręcz niesmaczna (aczkolwiek na szczęście oszczędzono nam prawdziwych ekstremów, na przykład tego, co działo się w Apollo 8 z dowódcą Frankiem Bormanem, który cierpiał na bardzo silną chorobę lokomocyjną, a toalety nie było, ani możliwości otwarcia okien), a momentami przerażająca, kiedy kolejni astronauci giną z powodu jakiegoś idiotycznego błędu. Ale możemy zobaczyć tę blachę i te nity z bliska, doświadczyć emocji na żywo. To działa. Zachwyciła mnie oczywiście mucha przypominająca mi o Pirksie.
Damien Chazelle pokazał niewiarygodny wysiłek wkładany przez ludzi w realizację tego absurdalnego celu, i skontrapunktował to protestami ludzi mówiących, że te pieniądze można było przeznaczyć na coś bardziej przyziemnego (pojawia się tu archiwalne nagranie autentycznego Kurta Vonneguta mówiącego to samo). Pokazał motywy polityków, pragnących wygrać wyścig z wrogiem. I motywację ludzi, tych osobiście narażających swoje życie, stawiających na szali swoje rodziny. Może najbardziej przejmującą sceną filmu jest ta, w której żona Neila żąda, żeby porozmawiał z synami, bo może nie wróci z tej ostatecznej wyprawy. To się aż prosi o uderzenie w wysokie c, o wyjaśnienie z wysoka, jak to realizacja marzeń jest istotna, jak są ważniejsze sprawy niż interes jednostki: otóż nic takiego tu się nie dzieje. Armstrong jest bezradny jak zwykły człowiek. Znakomita scena. Oczywiście, potem Chazelle równoważy to świetnie zrobionym lądowaniem na Księżycu (trochę kłamałam na początku na temat efektów specjalnych), i przez chwilę nie mamy wątpliwości, że warto było.
Nie miałam pojęcia, że w 1962 Armstrong stracił dwuletnią córkę, która miała guza mózgu i poddana była ciężkiej terapii, bez efektów. Film pokazuje to na początku, a potem do tego wraca. Armstrong poświęcał się pracy, żeby w ten sposób poradzić sobie ze stratą. To oraz w zasadzie wszystko w tym filmie odpowiada rzeczywistości (z wyjątkiem bransoletki, ale to też jest coś, co mogłoby się wydarzyć).

Tamte dni, tamte noce (film)

Kolejnym filmem oskarowym (otrzymał za najlepszy scenariusz adaptowany, plus trzy inne nominacje) były „Tamte dni, tamte noce”, które jest mi trudno obiektywnie ocenić, zapałałam bowiem natychmiastową, nieuzasadnioną i żywiołową antypatią do Olivera, i kiedy się film skończył, odetchnęłam z ulgą, że nie muszę już na tę wstrętną blond gębę patrzeć. Pomijając osobiste animozje, nazajutrz doszłam do wniosku, że jest to bardzo ładny film, w którym wszystko jest wyidealizowane: Włochy przepiękne, upał porażający, dom obłędny, młodzianek genialny, rodzice cudownie i nadmiernie wyrozumiali. To zabieg celowy, ten film opowiada o wspomnieniach (i tu wyjątkowo polskie tłumaczenie jest właściwie lepsze od oryginalnego tytułu, ale to zasługa tłumacza powieści), a wszyscy mamy tendencję do ich idealizowania. Niepotrzebne jest tylko nadmierne rozgadanie ojca pod koniec, wszystko zostało wystarczająco jasno pokazane wcześniej. Gdybym bardziej polubiła głównego bohatera, byłabym urzeczona całością. Reżyserowi w szczególności udało się bardzo pięknie pokazać fizyczną stronę namiętności: zazwyczaj wychodzi albo porno, albo przeestetyzowane przemilczenie.  Tu natomiast jest prawda, a przynajmniej ten rodzaj prawdy, jaki przechowujemy w pamięci.