„Rocketman”

Żadnych dat. To nie tyle biopic, co złożony z impresjonistycznych scen musical osnuty na życiu Eltona Johna, który w dzieciństwie był nieśmiałym, tłustawym Anglikiem w okularach, i doprawdy ostatnią rzeczą, której można by się spodziewać, to że zostanie gwiazdą rocka światowego formatu. Albo właśnie pierwszą, bo tak to jakoś w życiu się układa, że dzieci kochane i wspierane wcale nie osiągają tego, co te odrzucane i wyśmiewane. Pytanie jeszcze tylko o cenę, jaką za to płacą. Niezbyt oryginalne spostrzeżenie, ale to pod wpływem filmu, który składa się z banałów i kiczu, więc pasuje doskonale do bohatera. O faktach można sobie doczytać, a pokazanie tego, co przecież wszyscy znamy, wyszło twórcom nieźle. Z drugiej strony chciałabym jednak zobaczyć to, co czyni Eltona Johna Eltonem Johnem: szlachectwo, przyjaźń z księżną Dianą, działalność charytatywną i tak dalej. Tymczasem dostajemy standardową opowieść o surowym ojcu (według brata przyrodniego to zupełna nieprawda, podobno mieli dobre kontakty), zimnej matce, pragnieniu miłości, poszukiwaniu tożsamości, fatalnie ulokowanych uczuciach, złym agencie, uzależnieniach. To mogłaby być biografia niemal każdej gwiazdy mniejszego czy większego formatu. Choć rozumiem, że ponieważ bohater żyje i ma się dobrze,a w dodatku figuruje w tym filmie jako producent, o obiektywność trudno. Za to malowniczość na ekranie była.

„Bohemian Rhapsody”

Wszyscy byli zgodni, że to nie jest świetny film, za to muzyka nadrabia z nawiązką. Z tą myślą poszłam do kina, i wyszłam, ku swojemu zdumieniu, całkowicie oczarowana. Owszem, filmowi daleko do doskonałości, i to już na etapie scenariusza. Jest tu mnóstwo melodramatycznych uproszczeń. Cała wina za złe prowadzenie się Mercury’ego spada na jego przyjaciela i managera Paula Prentera, który okazuje się demonicznym manipulantem, a Freddie bezwolną maskotką w jego rękach. Rozstanie z Queen i późniejsza ekspiacja to też wymysł, w rzeczywistości decyzja o rozstaniu była wspólna, a zespół nagrywał potem razem jeszcze przed Live Aid. Zabrakło mi ostatnich lat z Barceloną, to duża przykrość, nie rozumiem zupełnie, dlaczego to zostało pominięte. Montserrat Caballé jeszcze żyła na etapie kręcenia filmu, mogła sporo opowiedzieć. ALE. Rami Malek robi tak niewiarygodną robotę, że cała reszta staje się zwyczajnie nieistotna. Mimo wszelkich uproszczeń i pominięć mam wrażenie, że udało się uchwycić samą esencję tego nieporównywalnego z nikim piosenkarza i tego niezapomnianego zespołu. Biografie chyba tak jak tłumaczenia mogą być wierne albo piękne. Ten film jest bez wątpienia przepiękny.

Zimna wojna

Weszła u nas na ekrany 24 października, pod tytułem „Cold War”, w moim lokalnym kinie były zapełnione cztery rzędy, i byłam na sali wyraźnie najmłodsza, ale to był piątek po południu, być może to standard.
Wszyscy już oczywiście widzieli, więc odnotowuję dla siebie, że film pokazuje historię miłosną typu „love-hate” między Wiktorem, kompozytorem i akompaniatorem powstającego w 1949  zespołu ludowego, a jego śpiewaczką i tancerką Zulą, prostą młodą dziewczyną. Nie mogą żyć ze sobą, nie mogą żyć bez siebie, Wiktor w pewnym momencie wybiera wolność w Paryżu, w tle kawałek historii Europy z lat 50-60 – bardzo w tle, raczej impresjonistycznie. Jestem zachwycona konsekwentnym minimalizmem Pawlikowskiego, wybór dusznego wąskiego formatu oraz pozbawienie kolorów doskonale z nim współgrają, idealnie pasują do tamtych czasów. Film uzupełniony został za to cudownie dobraną muzyką: na początku amatorskie rzępolenie, potem nabierający kształtów zespół ludowy, jazz w Paryżu, poezja śpiewana, i tak dalej. Wszystko jest wspaniale przemyślane, w kolejnych scenach dzieje się tylko tyle, ile naprawdę musi, więcej tu się widz domyśla niż widzi, Tomasz Kot i Joanna Kulig są doskonali (pozostała obsada też, ale to na nich ciężar spoczywa), mistrzostwo.
W końcu nadchodzą dwie ostatnie sceny, które w pierwszym odruchu określiłam jako „idiotyczne zakończenie”. Po chwili trochę przemyślałam i oczywiście jest to zakończenie jedynie logiczne i uczciwe. Rzecz polega na tym, że ja nie czuję melodramatów. Irytują mnie bohaterowie uważający tę dziwną obsesję za miłość. A co, jeśli to naprawdę jest miłość, jedyna im dana; a co, jeśli nazwa nie ma znaczenia i istotna jest tylko siła tego uczucia, bez względu na określenie („róża pod inną nazwą…”). Uczucie jest autentyczne, a wybory dokonywane przez bohaterów mogą być z boku uważane za idiotyczne, ale to nie jest powód, żeby nie robić o nich filmu. To ustaliwszy nadal mam nieokreśloną pretensję o sposób pokazania tych dwóch scen, coś w nich zgrzyta, ale ponieważ nie wiem co, pomińmy to milczeniem.
Po wyjściu z kina myślałam, że znakomicie pasowałoby tutaj, gdyby Wiktor był Żydem, wtedy byłoby wiadomo, dlaczego wyjechał, i dlaczego nie mógł wrócić. Otóż Pawlikowski zadedykował ten film rodzicom: okazuje się, że jego ojciec był Żydem, wyjechał z Polski w 1969 (reżyser miał 12 lat), do Austrii, rodzice się potem zeszli w Niemczech. „I o tym chciałabym zobaczyć film” – oświadczyłam w pierwszym odruchu. Tylko że reżyser nie chciał robić filmu realistycznego. Nienawidzę, kiedy autor wyjaśnia odgórnie, co miał na myśli, jak to naprawdę było, i co się powinno myśleć. Pawlikowski jest na przeciwnym biegunie: całkowicie ufa widzowi. Pokazuje interakcje między bohaterami i wierzy, że odbiorca sobie sam dośpiewa resztę z własnych doświadczeń i wiedzy. Obawiałam się, oglądając to we Francji, czy aby widzowie naprawdę są w stanie pojąć z tych szkicowych dialogów, jak wyglądał 1951 w Polsce, i dlaczego „Mazurek” musiał śpiewać pieśń pochwalną na tle portretu Stalina. Myślę, że tak; i to lepiej niż gdyby przez dwie godziny karmić ich złym krwawym Stalinem. A gdyby nie, to może sobie doczytają.

First Man

Wszyscy wiedzą, co powiedział w lipcu roku 1969 Neil Armstrong, wszyscy też wiedzą, jak się zakończyła misja Apollo 11, wszyscy także zapewne słyszeli o kosmicznej rywalizacji Sowietów i Amerykanów. Serdecznie poza tym nienawidzę trzęsącej się kamery, nie lubię Ryana Goslinga, obecnego tu oczywiście w każdej scenie, a efekty specjalne polegają na straszliwym trzęsieniu i zgrzytaniu, co zajmuje pewnie połowę filmu. To wszystko biorąc pod uwagę nie widzę zupełnie nic dziwnego w tym, że przesiedziałam dwie godziny z zapartym tchem, trzymając się poręczy fotela i śledząc losy Neila Armstronga w latach sześćdziesiątych. Najwspanialsza w tym filmie jest namacalność, momentami wręcz niesmaczna (aczkolwiek na szczęście oszczędzono nam prawdziwych ekstremów, na przykład tego, co działo się w Apollo 8 z dowódcą Frankiem Bormanem, który cierpiał na bardzo silną chorobę lokomocyjną, a toalety nie było, ani możliwości otwarcia okien), a momentami przerażająca, kiedy kolejni astronauci giną z powodu jakiegoś idiotycznego błędu. Ale możemy zobaczyć tę blachę i te nity z bliska, doświadczyć emocji na żywo. To działa. Zachwyciła mnie oczywiście mucha przypominająca mi o Pirksie.
Damien Chazelle pokazał niewiarygodny wysiłek wkładany przez ludzi w realizację tego absurdalnego celu, i skontrapunktował to protestami ludzi mówiących, że te pieniądze można było przeznaczyć na coś bardziej przyziemnego (pojawia się tu archiwalne nagranie autentycznego Kurta Vonneguta mówiącego to samo). Pokazał motywy polityków, pragnących wygrać wyścig z wrogiem. I motywację ludzi, tych osobiście narażających swoje życie, stawiających na szali swoje rodziny. Może najbardziej przejmującą sceną filmu jest ta, w której żona Neila żąda, żeby porozmawiał z synami, bo może nie wróci z tej ostatecznej wyprawy. To się aż prosi o uderzenie w wysokie c, o wyjaśnienie z wysoka, jak to realizacja marzeń jest istotna, jak są ważniejsze sprawy niż interes jednostki: otóż nic takiego tu się nie dzieje. Armstrong jest bezradny jak zwykły człowiek. Znakomita scena. Oczywiście, potem Chazelle równoważy to świetnie zrobionym lądowaniem na Księżycu (trochę kłamałam na początku na temat efektów specjalnych), i przez chwilę nie mamy wątpliwości, że warto było.
Nie miałam pojęcia, że w 1962 Armstrong stracił dwuletnią córkę, która miała guza mózgu i poddana była ciężkiej terapii, bez efektów. Film pokazuje to na początku, a potem do tego wraca. Armstrong poświęcał się pracy, żeby w ten sposób poradzić sobie ze stratą. To oraz w zasadzie wszystko w tym filmie odpowiada rzeczywistości (z wyjątkiem bransoletki, ale to też jest coś, co mogłoby się wydarzyć).

Tamte dni, tamte noce (film)

Kolejnym filmem oskarowym (otrzymał za najlepszy scenariusz adaptowany, plus trzy inne nominacje) były „Tamte dni, tamte noce”, które jest mi trudno obiektywnie ocenić, zapałałam bowiem natychmiastową, nieuzasadnioną i żywiołową antypatią do Olivera, i kiedy się film skończył, odetchnęłam z ulgą, że nie muszę już na tę wstrętną blond gębę patrzeć. Pomijając osobiste animozje, nazajutrz doszłam do wniosku, że jest to bardzo ładny film, w którym wszystko jest wyidealizowane: Włochy przepiękne, upał porażający, dom obłędny, młodzianek genialny, rodzice cudownie i nadmiernie wyrozumiali. To zabieg celowy, ten film opowiada o wspomnieniach (i tu wyjątkowo polskie tłumaczenie jest właściwie lepsze od oryginalnego tytułu, ale to zasługa tłumacza powieści), a wszyscy mamy tendencję do ich idealizowania. Niepotrzebne jest tylko nadmierne rozgadanie ojca pod koniec, wszystko zostało wystarczająco jasno pokazane wcześniej. Gdybym bardziej polubiła głównego bohatera, byłabym urzeczona całością. Reżyserowi w szczególności udało się bardzo pięknie pokazać fizyczną stronę namiętności: zazwyczaj wychodzi albo porno, albo przeestetyzowane przemilczenie.  Tu natomiast jest prawda, a przynajmniej ten rodzaj prawdy, jaki przechowujemy w pamięci.

Filmy oskarowe

Obejrzałam ostatnio parę filmów oskarowych, zaczynając od tego najbardziej nagrodzonego, czyli „Kształtu wody„. Jest bardzo ładny wizualnie, ale jakoś mnie nie przekonał, pewnie dlatego, że od najlepszego filmu chciałabym czegoś więcej, niż ładnej bajki. Gdybym go oglądała bez tego obciążenia, zachwyciłby mnie szczególnie antagonista i jego palce, rodem z filmu noir.

Na „Lady Bird” okazałam się zwyczajnie za stara – to jest film dla ludzi w wieku najwyżej studenckim, albo mających nastoletnie dzieci. Utożsamiałam się wyłącznie z matką, wzdychałam, wywracałam oczami i umęczyłam się okropnie.

Zachwycił mnie natomiast biograficzny film „Ja, Tonya„, w którym aktorzy co pewien czas odrywają się od tego, co akurat odgrywają i wygłaszają komentarz do kamery. Kocham teatralność, więc ten chwyt mnie urzekł. Poza tym świetnie pomyślane jest przeplecenie akcji wypowiedziami bohaterów, wyjętymi rzekomo z wywiadów, a matka jest wspaniale zagrana, i zresztą nie tylko ona. Świetny film o naprawdę ciekawym kawałku życia, nie do końca jednoznaczny, choć z dużą dozą sympatii dla bohaterki.

Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy

Dwa lata mi to zajęło, ale w końcu obejrzałam „Excentryków” i jestem zachwycona, to jest ekranizacja równie dobra co książka, która bardzo mi się podobała. Udało się zachować ten ciepły klimat, który wydawał się do tej pory niemożliwy w przypadku polskich lat 50-tych, a jednak. Dymna w roli Bayerowej jest cudowna (przy scenie w toalecie pauzowałam film dwa razy, żeby się móc wyśmiać), Pszoniak i Zborowski też rewelacyjnie dobrani do ról. Bardzo dobry jest Maciej Stuhr. Właściwie rozczarowała mnie tylko Modesta, którą wyobrażałam sobie nieco inaczej niż jako tanią szantrapę. Na pewno się w ten sposób odróżniała od przaśnej rzeczywistości polskiej, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby powracający z Londynu doświadczony Fabian faktycznie poleciał na taką sztuczną egzaltację. Ale poza tym wszystko tu jest świetne, scenariusz – współpisany przez Kowalewskiego – też jest bardzo dobry, zabawny i wzruszający. I oczywiście muzyka. NIe bardzo rozumiem, dlaczego ten film nie został szerzej rozreklamowany na świecie, powinien.