Filmy oskarowe

Obejrzałam ostatnio parę filmów oskarowych, zaczynając od tego najbardziej nagrodzonego, czyli „Kształtu wody„. Jest bardzo ładny wizualnie, ale jakoś mnie nie przekonał, pewnie dlatego, że od najlepszego filmu chciałabym czegoś więcej, niż ładnej bajki. Gdybym go oglądała bez tego obciążenia, zachwyciłby mnie szczególnie antagonista i jego palce, rodem z filmu noir.

Na „Lady Bird” okazałam się zwyczajnie za stara – to jest film dla ludzi w wieku najwyżej studenckim, albo mających nastoletnie dzieci. Utożsamiałam się wyłącznie z matką, wzdychałam, wywracałam oczami i umęczyłam się okropnie.

Zachwycił mnie natomiast biograficzny film „Ja, Tonya„, w którym aktorzy co pewien czas odrywają się od tego, co akurat odgrywają i wygłaszają komentarz do kamery. Kocham teatralność, więc ten chwyt mnie urzekł. Poza tym świetnie pomyślane jest przeplecenie akcji wypowiedziami bohaterów, wyjętymi rzekomo z wywiadów, a matka jest wspaniale zagrana, i zresztą nie tylko ona. Świetny film o naprawdę ciekawym kawałku życia, nie do końca jednoznaczny, choć z dużą dozą sympatii dla bohaterki.

Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy

Dwa lata mi to zajęło, ale w końcu obejrzałam „Excentryków” i jestem zachwycona, to jest ekranizacja równie dobra co książka, która bardzo mi się podobała. Udało się zachować ten ciepły klimat, który wydawał się do tej pory niemożliwy w przypadku polskich lat 50-tych, a jednak. Dymna w roli Bayerowej jest cudowna (przy scenie w toalecie pauzowałam film dwa razy, żeby się móc wyśmiać), Pszoniak i Zborowski też rewelacyjnie dobrani do ról. Bardzo dobry jest Maciej Stuhr. Właściwie rozczarowała mnie tylko Modesta, którą wyobrażałam sobie nieco inaczej niż jako tanią szantrapę. Na pewno się w ten sposób odróżniała od przaśnej rzeczywistości polskiej, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby powracający z Londynu doświadczony Fabian faktycznie poleciał na taką sztuczną egzaltację. Ale poza tym wszystko tu jest świetne, scenariusz – współpisany przez Kowalewskiego – też jest bardzo dobry, zabawny i wzruszający. I oczywiście muzyka. NIe bardzo rozumiem, dlaczego ten film nie został szerzej rozreklamowany na świecie, powinien.

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

Nastoletnia córka Mildred Hayes została dziesięć miesięcy temu brutalnie zgwałcona i zamordowana. Sprawców do tej pory nie znaleziono, jej matka wykupuje więc trzy stare billboardy przy nieuczęszczanej drodze i umieszcza tam oskarżenie pod adresem lokalnego szefa policji Willoughby’ego. Ten ma raka, nie zostało mu wiele życia, ale to nie powstrzyma Mildred. A to dopiero początek całej plątaniny zdarzeń, strasznych, bolesnych, a miejscami śmiesznych. Zapomniałam już, jak to jest jednocześnie płakać i śmiać się. McDormand w roli Mildred jest obłędna w każdej sekundzie, absolutnie przekonująca, twarda, zrozpaczona, zdeterminowana. Rewelacyjnie – i oszczędnie – pokazana jest jej relacja z byłym mężem, bardzo trudna, rozstali się w złych okolicznościach, ale przecież nadal łączą ich dzieci i jakieś wspomnienia. To wszystko w może trzech scenach. Przerysowana jest natomiast postać Dixona, ale nie dziwię się, że twórcy chcieli zrównoważyć dramatyzm, poza tym potrzebny był jakiś zwrot akcji, jeśli nie miał powstać dramat polski z kategorii ciężkich*.

Nie obejrzałabym tego filmu, bo trailer mnie zupełnie nie zachęcił. Zrobiły to jednak dwie wzmianki na fejsie, w tym Zuzanki, która ma całkowitą rację pisząc, że to najlepszy ubiegłoroczny film. I w dodatku jest to pierwszy w moim życiu film amerykański, który skończył się dokładnie w tym momencie, w którym pomyślałam „o – i tu może być koniec”. No dobrze, brytyjsko-amerykański, więc pewnie się jednak nie liczy.

_______
*K.I. Gałczyński „Zielona Gęś”

The Post

Rok 1966, Wietnam. Dziennikarz Daniel Ellsberg obserwuje działania militarne, i nie podoba mu się to, co widzi. Ale sekretarz obrony Robert McNamara nie chce o niczym słyszeć, wie przecież lepiej. Pięć lat później Ellsberg wykrada tajne rządowe raporty, z których wynika, że władza niemal od początku zdawała sobie sprawę z daremności tej wojny, a jednak kontynuowała wysyłanie młodych ludzi do Wietnamu. Ellsberg przekazuje papiery do „The Times”. Wybucha afera, gazeta otrzymuje sądowy zakaz publikowania dalszych tekstów na ten temat. Równolegle na giełdę wchodzi „The Washington Post”, lokalny dziennik rządzony przez Katharine Graham, po samobójczej śmierci jej męża. Kay musi się liczyć z inwestorami, ale jednocześnie chciałaby, żeby gazeta stała się bardziej wpływowa.

Spielberg zrobił klasyczny film pełen amerykańskiego dramatyzmu, ale to wysokie c się tutaj broni. Trzyma w napięciu do końca, nawet jeśli doskonale wiemy, co się wydarzy. Meryl Streep jest oczywiście niezrównana, inni aktorzy też są bardzo dobrzy. Patetyczne pytania, komu ma służyć prasa, brzmią w tym kontekście naturalnie. Poboczne kwestie, jak przyjaźń dziennikarzy z politykami, też są tu ładnie pokazane. Scena finałowa urocza.

Downsizing

Jeśli się widziało trailer, to pierwsza połowa filmu jest jego rozwlekłym powtórzeniem, można by się na nią spóżnić, albo przedrzemać. Norweski naukowiec wynajduje metodę zmniejszania ludzi do 12 cm; równolegle widzimy naszego głównego bohatera, Paula Safranka z Omahy (Matt Damon) opiekującego się umierającą matką. Dziesięć lat później zmniejszeni ludzie żyją w luksusach i namawiają wszystkich na ten nieodwracalny krok, a Safranek razem z żoną się wahają. Właściwie byłam niesprawiedliwa z tym drzemaniem na początku: dużo tu przepięknych scen i fantastycznego zmysłu obserwacji, lekko satyrycznego, za który uwielbiam Payne’a nie od dziś. Mimochodem na przykład przewija się pogląd, że pomniejszeni nie powinni mieć normalnego prawa głosu: nie wytwarzają PKB. W końcu Paul decyduje się na zmniejszenie i zamieszkanie w Leisurelandzie. Tu zaprzyjaźnia się ze swoim sąsiadem Dušanem – absolutnie cudowny Christoph Waltz, którego żywiołowo nienawidziłam po „Big Eyes” Burtona. Poznaje również wietnamską dysydentkę, zmniejszoną przez swój rząd za karę, aktualnie sprzątającą mieszkania oraz niosącą pomoc, ponieważ Leisureland wbrew reklamom i nadziejom oczywiście wcale nie jest rajem na Ziemi.
Zmniejszanie ludzi ma być remedium na przeludnienie Ziemi i uratować ją przed katastrofą ekologiczną, która jednak i tak nastąpi. Postać szlachetnej twardzielki Ngoc Lan Tran jest straszliwie przesłodzona, ale zagrana tak uroczo, że nie miałam serca się czepiać. Wymowa filmu jest tutaj mocno tendencyjna, a sama końcówka oczywista, przegadana i płaska. Payne jednak dotyka naprawdę interesujących tematów. Przyznaję, że przez chwilę marzyłam o tym, żeby zmniejszenie było naprawdę możliwe, chociaż reżyser dość brutalnie pokazuje całą procedurę, i sugeruje, że w niektórych przypadkach kończyła się fatalnie. To te liczne szczegóły sprawiają, że mimo oczywistych wad nie do końca umiem się zgodzić z relatywnie słabymi ocenami filmu. Na pewno za dużo tu srok łapanych za ogon: i społeczna degrengolada, i altruizm, i ekologia, i durnawe dowcipy, i masa innych rzeczy. Zdecydowanie wolałabym inne zakończenie, i wolałabym innego aktora do roli Safranka, Damon jest męczący w charakterze amerykańskiego wioskowego głupka, natomiast doceniam odwagę i rozmach Payne’a. To mógł być genialny film. Nie jest – ale to był upadek z naprawdę wysokiego konia, nie pomniejszonego.

Filmy polskie

– Jesteś w Polsce, będziesz oglądać polskie filmy – oświadczył stanowczo szwagier, i włączył „Jestem mordercą” Macieja Pieprzycy. Fabuła oparta jest na autentycznym śledztwie w sprawie „wampira z Zagłębia”, mordującego kobiety na Śląsku od listopada 1964 do marca 1970, natomiast nazwiska postaci są zmienione. Do dziś nie jest jasne, czy skazany na karę śmierci Marchwicki (w filmie Kalicki, grany doskonale przez Arkadiusza Jakubika) rzeczywiście był mordercą, i o tym jest film Pieprzycy. Drugoplanową, ale świetną rolę ma tu Agata Kulesza, i w ogóle dobra rzecz.

Jakoś na fali rozmów o polskich aktorach zapytałam o Gajosa, szwagier więc zaproponował nam „Układ zamknięty” Bugajskiego, też na faktach, natomiast mimo roli Gajosa zdecydowanie słabszy. Trzech biznesmenów zakłada firmę, ale do szpiku kości zły prokurator Kostrzewa wraz z naczelnikiem Urzędu Skarbowego postanawiają ich zniszczyć. Nasyłają na niewinnych młodzieńców złych funkcjonariuszy CBŚ, którzy straszą dzieci, powodują poronienie, a gdyby tego było mało, to zamkniętego już w więzieniu bohatera się brutalnie gwałci. W tle 1968, w którym Kostrzewa był marnym studentem, za to zagorzałym członkiem ZSP. Jakby nie te przegięcia i nadmierna dosłowność, byłaby to niezła rzecz.

Następnie obejrzeliśmy kolejny film z Gajosem, „Konwój” Macieja Żaka, też mocno naciągany, chociaż zamysł był interesujący. Więzienni strażnicy transportują niebezpiecznego więźnia, ale po drodze dzieją się dziwne i dość makabryczne rzeczy. Interesujące jest to, jak zmienia się optyka odbioru przez widza: najpierw jesteśmy obojętni, potem zaczynamy współczuć więźniowi maltretowanemu przez strażników, następnie zaczynamy ich rozumieć, po czym fabuła wykonuje kolejny skręt. Zakończenie natomiast jest okrutnie melodramatycznie, i generalnie cały pomysł ma niewiele sensu. A rzecz miała być o tym, co robić z niebezpiecznymi osadzonymi, tylko nie zostało to wyraźniej pociągnięte.

„Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” Marii Sadowskiej ze znakomitą Boczarską w roli głównej jest dość dobra. Nie podobało mi się skakanie po wątkach w czasie, które jest dość męczące. Można było zrobić to dwuwątkowo, ale chrolologicznie, albo ilustrować współczesność, w której Wisłocka walczy o wydanie swojej książki, epizodami z przeszłości. A tak mam wrażenie zlepku scen. Szkoda, że nie zostało wyraźniej pokazane, jak Wisłocka olewała swoją córkę (oddawała ją na wychowanie różnym osobom, a potem odesłała na dwa lata do sanatorium, odwiedzając ją w tym czasie… raz). Ale cała reszta jest interesująca, ładnie pokazane i przyjemnie się ogląda. Muszę tę biografię w końcu przeczytać.

I w końcu obejrzeliśmy „Rzeź” Polańskiego. Znam sztukę Yasminy Rezy „Bóg mordu”, film jest jej dość wierny. Jest bardzo kameralny – tylko czterech aktorów, jedno wnętrze. Do pary rodziców jedenastolatka przychodzą rodzice jego kolegi, który uderzył tamtego kijem wybijając mu zęby. Na początku wszyscy są bardzo kulturalni, zachowują pozory, lecz w miarę rozwoju sytuacji wylezie z nich zupełnie co innego. Jest to dobrze pomyślane i dobrze zagrane. Irytuje mnie nieco nadmierna gładkość kompozycji: każda z postaci wystąpi przeciwko pozostałym i zawiąże koalicję z każdą inną, wydaje mi się to jakieś sztuczne. W teatrze by mi nie przeszkadzało, w filmie nagle zaczęło.

Le sens de la fête

Panowie Toledano i Nakache za młodu imali się różnych drobnych robótek, w tym kelnerowania na weselach. Przekuli swoje doświadczenia w film, który jest zabawny, świetnie nakręcony (jak zazwyczaj kręcę nosem na ruchomą kamerę, tak tu mi prawie nie przeszkadzała). Jest również dość przewidywalny, zwłaszcza pod koniec, za to jest świetnie zagrany. Poznajemy Maksa, który organizuje śluby, obejrzymy dzień z jego życia, oczywiście nic nie idzie zgodnie z planem. W tle imigranci, różnice kulturowe, praca na czarno, ale wszystko bardzo subtelnie, to w końcu komedia, a nie dramat. Nic na miarę „Nietykalnych„, ale bardzo przyzwoity film, oraz bardzo chcę tę muzykę.