Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy

Dwa lata mi to zajęło, ale w końcu obejrzałam „Excentryków” i jestem zachwycona, to jest ekranizacja równie dobra co książka, która bardzo mi się podobała. Udało się zachować ten ciepły klimat, który wydawał się do tej pory niemożliwy w przypadku polskich lat 50-tych, a jednak. Dymna w roli Bayerowej jest cudowna (przy scenie w toalecie pauzowałam film dwa razy, żeby się móc wyśmiać), Pszoniak i Zborowski też rewelacyjnie dobrani do ról. Bardzo dobry jest Maciej Stuhr. Właściwie rozczarowała mnie tylko Modesta, którą wyobrażałam sobie nieco inaczej niż jako tanią szantrapę. Na pewno się w ten sposób odróżniała od przaśnej rzeczywistości polskiej, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby powracający z Londynu doświadczony Fabian faktycznie poleciał na taką sztuczną egzaltację. Ale poza tym wszystko tu jest świetne, scenariusz – współpisany przez Kowalewskiego – też jest bardzo dobry, zabawny i wzruszający. I oczywiście muzyka. NIe bardzo rozumiem, dlaczego ten film nie został szerzej rozreklamowany na świecie, powinien.

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

Nastoletnia córka Mildred Hayes została dziesięć miesięcy temu brutalnie zgwałcona i zamordowana. Sprawców do tej pory nie znaleziono, jej matka wykupuje więc trzy stare billboardy przy nieuczęszczanej drodze i umieszcza tam oskarżenie pod adresem lokalnego szefa policji Willoughby’ego. Ten ma raka, nie zostało mu wiele życia, ale to nie powstrzyma Mildred. A to dopiero początek całej plątaniny zdarzeń, strasznych, bolesnych, a miejscami śmiesznych. Zapomniałam już, jak to jest jednocześnie płakać i śmiać się. McDormand w roli Mildred jest obłędna w każdej sekundzie, absolutnie przekonująca, twarda, zrozpaczona, zdeterminowana. Rewelacyjnie – i oszczędnie – pokazana jest jej relacja z byłym mężem, bardzo trudna, rozstali się w złych okolicznościach, ale przecież nadal łączą ich dzieci i jakieś wspomnienia. To wszystko w może trzech scenach. Przerysowana jest natomiast postać Dixona, ale nie dziwię się, że twórcy chcieli zrównoważyć dramatyzm, poza tym potrzebny był jakiś zwrot akcji, jeśli nie miał powstać dramat polski z kategorii ciężkich*.

Nie obejrzałabym tego filmu, bo trailer mnie zupełnie nie zachęcił. Zrobiły to jednak dwie wzmianki na fejsie, w tym Zuzanki, która ma całkowitą rację pisząc, że to najlepszy ubiegłoroczny film. I w dodatku jest to pierwszy w moim życiu film amerykański, który skończył się dokładnie w tym momencie, w którym pomyślałam „o – i tu może być koniec”. No dobrze, brytyjsko-amerykański, więc pewnie się jednak nie liczy.

_______
*K.I. Gałczyński „Zielona Gęś”

The Post

Rok 1966, Wietnam. Dziennikarz Daniel Ellsberg obserwuje działania militarne, i nie podoba mu się to, co widzi. Ale sekretarz obrony Robert McNamara nie chce o niczym słyszeć, wie przecież lepiej. Pięć lat później Ellsberg wykrada tajne rządowe raporty, z których wynika, że władza niemal od początku zdawała sobie sprawę z daremności tej wojny, a jednak kontynuowała wysyłanie młodych ludzi do Wietnamu. Ellsberg przekazuje papiery do „The Times”. Wybucha afera, gazeta otrzymuje sądowy zakaz publikowania dalszych tekstów na ten temat. Równolegle na giełdę wchodzi „The Washington Post”, lokalny dziennik rządzony przez Katharine Graham, po samobójczej śmierci jej męża. Kay musi się liczyć z inwestorami, ale jednocześnie chciałaby, żeby gazeta stała się bardziej wpływowa.

Spielberg zrobił klasyczny film pełen amerykańskiego dramatyzmu, ale to wysokie c się tutaj broni. Trzyma w napięciu do końca, nawet jeśli doskonale wiemy, co się wydarzy. Meryl Streep jest oczywiście niezrównana, inni aktorzy też są bardzo dobrzy. Patetyczne pytania, komu ma służyć prasa, brzmią w tym kontekście naturalnie. Poboczne kwestie, jak przyjaźń dziennikarzy z politykami, też są tu ładnie pokazane. Scena finałowa urocza.

Downsizing

Jeśli się widziało trailer, to pierwsza połowa filmu jest jego rozwlekłym powtórzeniem, można by się na nią spóżnić, albo przedrzemać. Norweski naukowiec wynajduje metodę zmniejszania ludzi do 12 cm; równolegle widzimy naszego głównego bohatera, Paula Safranka z Omahy (Matt Damon) opiekującego się umierającą matką. Dziesięć lat później zmniejszeni ludzie żyją w luksusach i namawiają wszystkich na ten nieodwracalny krok, a Safranek razem z żoną się wahają. Właściwie byłam niesprawiedliwa z tym drzemaniem na początku: dużo tu przepięknych scen i fantastycznego zmysłu obserwacji, lekko satyrycznego, za który uwielbiam Payne’a nie od dziś. Mimochodem na przykład przewija się pogląd, że pomniejszeni nie powinni mieć normalnego prawa głosu: nie wytwarzają PKB. W końcu Paul decyduje się na zmniejszenie i zamieszkanie w Leisurelandzie. Tu zaprzyjaźnia się ze swoim sąsiadem Dušanem – absolutnie cudowny Christoph Waltz, którego żywiołowo nienawidziłam po „Big Eyes” Burtona. Poznaje również wietnamską dysydentkę, zmniejszoną przez swój rząd za karę, aktualnie sprzątającą mieszkania oraz niosącą pomoc, ponieważ Leisureland wbrew reklamom i nadziejom oczywiście wcale nie jest rajem na Ziemi.
Zmniejszanie ludzi ma być remedium na przeludnienie Ziemi i uratować ją przed katastrofą ekologiczną, która jednak i tak nastąpi. Postać szlachetnej twardzielki Ngoc Lan Tran jest straszliwie przesłodzona, ale zagrana tak uroczo, że nie miałam serca się czepiać. Wymowa filmu jest tutaj mocno tendencyjna, a sama końcówka oczywista, przegadana i płaska. Payne jednak dotyka naprawdę interesujących tematów. Przyznaję, że przez chwilę marzyłam o tym, żeby zmniejszenie było naprawdę możliwe, chociaż reżyser dość brutalnie pokazuje całą procedurę, i sugeruje, że w niektórych przypadkach kończyła się fatalnie. To te liczne szczegóły sprawiają, że mimo oczywistych wad nie do końca umiem się zgodzić z relatywnie słabymi ocenami filmu. Na pewno za dużo tu srok łapanych za ogon: i społeczna degrengolada, i altruizm, i ekologia, i durnawe dowcipy, i masa innych rzeczy. Zdecydowanie wolałabym inne zakończenie, i wolałabym innego aktora do roli Safranka, Damon jest męczący w charakterze amerykańskiego wioskowego głupka, natomiast doceniam odwagę i rozmach Payne’a. To mógł być genialny film. Nie jest – ale to był upadek z naprawdę wysokiego konia, nie pomniejszonego.

Filmy polskie

– Jesteś w Polsce, będziesz oglądać polskie filmy – oświadczył stanowczo szwagier, i włączył „Jestem mordercą” Macieja Pieprzycy. Fabuła oparta jest na autentycznym śledztwie w sprawie „wampira z Zagłębia”, mordującego kobiety na Śląsku od listopada 1964 do marca 1970, natomiast nazwiska postaci są zmienione. Do dziś nie jest jasne, czy skazany na karę śmierci Marchwicki (w filmie Kalicki, grany doskonale przez Arkadiusza Jakubika) rzeczywiście był mordercą, i o tym jest film Pieprzycy. Drugoplanową, ale świetną rolę ma tu Agata Kulesza, i w ogóle dobra rzecz.

Jakoś na fali rozmów o polskich aktorach zapytałam o Gajosa, szwagier więc zaproponował nam „Układ zamknięty” Bugajskiego, też na faktach, natomiast mimo roli Gajosa zdecydowanie słabszy. Trzech biznesmenów zakłada firmę, ale do szpiku kości zły prokurator Kostrzewa wraz z naczelnikiem Urzędu Skarbowego postanawiają ich zniszczyć. Nasyłają na niewinnych młodzieńców złych funkcjonariuszy CBŚ, którzy straszą dzieci, powodują poronienie, a gdyby tego było mało, to zamkniętego już w więzieniu bohatera się brutalnie gwałci. W tle 1968, w którym Kostrzewa był marnym studentem, za to zagorzałym członkiem ZSP. Jakby nie te przegięcia i nadmierna dosłowność, byłaby to niezła rzecz.

Następnie obejrzeliśmy kolejny film z Gajosem, „Konwój” Macieja Żaka, też mocno naciągany, chociaż zamysł był interesujący. Więzienni strażnicy transportują niebezpiecznego więźnia, ale po drodze dzieją się dziwne i dość makabryczne rzeczy. Interesujące jest to, jak zmienia się optyka odbioru przez widza: najpierw jesteśmy obojętni, potem zaczynamy współczuć więźniowi maltretowanemu przez strażników, następnie zaczynamy ich rozumieć, po czym fabuła wykonuje kolejny skręt. Zakończenie natomiast jest okrutnie melodramatycznie, i generalnie cały pomysł ma niewiele sensu. A rzecz miała być o tym, co robić z niebezpiecznymi osadzonymi, tylko nie zostało to wyraźniej pociągnięte.

„Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” Marii Sadowskiej ze znakomitą Boczarską w roli głównej jest dość dobra. Nie podobało mi się skakanie po wątkach w czasie, które jest dość męczące. Można było zrobić to dwuwątkowo, ale chrolologicznie, albo ilustrować współczesność, w której Wisłocka walczy o wydanie swojej książki, epizodami z przeszłości. A tak mam wrażenie zlepku scen. Szkoda, że nie zostało wyraźniej pokazane, jak Wisłocka olewała swoją córkę (oddawała ją na wychowanie różnym osobom, a potem odesłała na dwa lata do sanatorium, odwiedzając ją w tym czasie… raz). Ale cała reszta jest interesująca, ładnie pokazane i przyjemnie się ogląda. Muszę tę biografię w końcu przeczytać.

I w końcu obejrzeliśmy „Rzeź” Polańskiego. Znam sztukę Yasminy Rezy „Bóg mordu”, film jest jej dość wierny. Jest bardzo kameralny – tylko czterech aktorów, jedno wnętrze. Do pary rodziców jedenastolatka przychodzą rodzice jego kolegi, który uderzył tamtego kijem wybijając mu zęby. Na początku wszyscy są bardzo kulturalni, zachowują pozory, lecz w miarę rozwoju sytuacji wylezie z nich zupełnie co innego. Jest to dobrze pomyślane i dobrze zagrane. Irytuje mnie nieco nadmierna gładkość kompozycji: każda z postaci wystąpi przeciwko pozostałym i zawiąże koalicję z każdą inną, wydaje mi się to jakieś sztuczne. W teatrze by mi nie przeszkadzało, w filmie nagle zaczęło.

Le sens de la fête

Panowie Toledano i Nakache za młodu imali się różnych drobnych robótek, w tym kelnerowania na weselach. Przekuli swoje doświadczenia w film, który jest zabawny, świetnie nakręcony (jak zazwyczaj kręcę nosem na ruchomą kamerę, tak tu mi prawie nie przeszkadzała). Jest również dość przewidywalny, zwłaszcza pod koniec, za to jest świetnie zagrany. Poznajemy Maksa, który organizuje śluby, obejrzymy dzień z jego życia, oczywiście nic nie idzie zgodnie z planem. W tle imigranci, różnice kulturowe, praca na czarno, ale wszystko bardzo subtelnie, to w końcu komedia, a nie dramat. Nic na miarę „Nietykalnych„, ale bardzo przyzwoity film, oraz bardzo chcę tę muzykę.

Blade Runner 2049

Wiedziałam od dawna, że kręcą drugiego Blade Runnera, i po pierwszym przerażeniu wiedziałam rówież, że oczywiście muszę go zobaczyć, bez względu na możliwe (nieuchronne) rozczarowanie. Kiedy zaczęli mi pokazywać plakaty, hiperwentylowałam z wrażenia za każdym razem, nie mogąc się doczekać. 
Wizualnie nie byłam rozczarowana – wprost przeciwnie, tych prawie trzech godzin w kinie się zupełnie nie czuje, bo co chwila zachwyt odbiera dech. Kadry dopracowane do perfekcji, oraz udało się osiągnąć to, co lubię najbardziej: namacalność. Latające samochody wyglądają na od dawna używane, reklamy są lepsze niż prawdziwe, aktorzy są dobrani cudownie, oraz obdarci i brudni we właściwych chwilach; to się zresztą nie da opisać, tam się po prostu jest, a potem się wychodzi i „jak to, to świat tak nie wygląda?”. Fabularnie jest zupełnie dobrze: Tyrrella przejął niejaki Wallace, robi nowych replikantów, starych trzeba usuwać, czym się zajmuje Blade Runner agent K. Natomiast cała reszta to już stąpanie po cienkiej linie de gustibusa. Droga agenta K jest dość oczywista, prostolinijna i nie budzi wątpliwości. Motywacje Wallace’a mnie osobiście przekonały, aczkolwiek zrozumiałabym opinie, że jest przerysowany, i że jego pomysły są bez sensu. Moim zdaniem jest doskonale Dickowski. Natomiast moje wątpliwości wzbudziła Madame, która się miota, a potem radośnie akceptuje informację, że sprawa jest załatwiona, nie żądając żadnego dowodu. Wyszedłszy z kina i ochłonąwszy wzdychałam jednak z żalem, że to nie jest poziom oryginalnego filmu (nie jest to również poziom „Arrival”). Nie ma tu za bardzo co cytować, najlepsze kawałki to już są cytaty. 
Pierwotny Blade Runner opierał się na głębokim przekonaniu, że androidy nie są ludźmi, oraz na nienawiści do replikantów Deckarda twierdzącego, że tylko wykonuje swoją pracę. Zderzenie tego podejścia z tym, czego się dowiaduje i co przeżywa, tworzy oś filmu, i nadaje mu głęboki sens. Tutaj tego zabrakło (jak również Roya Batty’ego, choć na to już nic się nie poradzi). Oczywiście Villeneuve wpisuje się doskonale w aktualne walki rozmaitych ludzi z innymi ludźmi z powodu, że na przykład mieszkają w innym kawałku świata. Nie ma tu jednak jakiegoś wyraźnego akcentu. Wprost przeciwnie: zamiast powiedzieć wyraźnie agentowi K, że avr zn manpmravn, j wnxv fcbfóo cbwnjvł fvę an śjvrpvr, jvqmn mbfgnjvn fvę m cemrśjvnqpmravrz, żr wrqanx zh fvę avr cbfmpmęśpvłb. 
Mam ochotę się pożalić, że choć siedziałam ponad dwie godziny z otwartą buzią, to jednak zabrakło mi oryginalnej magii, ale to nie restauracja i nie wypada krzyczeć „hej, reżyser, w moim filmie nie ma magii!”. Sam Villeneuve przyznaje się do bycia hardkorowym fanem oryginału. Zupełnie się nie dziwię, że pokusa nakręcenia kontynuacji była silna, i zresztą wcale nie żałuję obejrzenia, ba – przewiduję jeszcze parę kolejnych razy. Nie wiem, co ten film musiałby mieć, żebym nie narzekała. Może jednak trochę lepszy scenariusz, bo niby co reżyser mógł bez tego zrobić. A i tak wszystko wygrywa pies Deckarda. 

Arrival („Nowy początek”)

Pamiętam do dziś, jak się strasznie zakochałam w opowiadaniach Chianga, przemyślanych, precyzyjnych naukowo i pełnych humanizmu. Czytałam ten zbiór potem jeszcze parę (jeśli nie paręnaście) razy, cały czas z tym samym zachwytem. Kiedy się dowiedziałam, że będzie film na podstawie „Historii twojego życia”, moja pierwsza reakcja była negatywna. Kolejne też. Uważałam, że to się nie da nakręcić, w żaden sposób. Nawet pozytywne opinie ludzi znających opowiadanie nie do końca mnie przekonały. A jednak, w kinie byłam oczarowana.

Udało się zachować duch opowiadania, co ważne. Udało się osiągnąć fantastyczny realizm. To rzeczywiście mogłoby dokładnie tak wyglądać: lądowanie Obcych i reakcje ludzkości. Zwroty akcji są oczywiście mocno filmowe, ale w końcu musiały być. Dwie sceny kulminacyjne są bez sensu, i niby rozumiem konieczność wprowadzenia takiego wyjaśnienia dla ludzi nieznających opowiadania, a jednak trochę żałuję. Ale summa summarum udało się nakręcić świetny film, zdecydowanie sf, a jednocześnie głęboko humanistyczny, i poruszający ciekawe tematy. Oraz Obcy są naprawdę obcy, to duża rzecz.

Wolałabym oryginalną przyczynę śmierci, miała więcej sensu. Z drugiej strony pamiętam, że przed filmem obawiałam się zmiany na happy end, więc i tak jest dobrze. Wolałabym, żeby powód przylotu siedmionogów nie został spłycony, i tu mnie dziwi, że Chiang nie zaprotestował. Te niby drobne zmiany wpływają jednak na całą filozofię: tam, gdzie u Chianga był nieuchronny determinizm, w filmie jest… chyba możliwość wyboru. Mówi się wręcz o implikacjach poznania języka jak o „darze”; tymczasem w opowiadaniu to raczej przekleństwo. Szkoda. Reżyser bał się niezrozumienia, czy że film będzie zbyt mroczny dla szerokiej publiczności?

Bridget Jones baby

Kwestia zawodnej antykoncepcji, ale jednak antykoncepcji użytej : bdb.
Demonizowanie amniopunkcji: nie bdb, bardzo nie.
Aktorstwo: bdb, tylko dlaczego Zellweger przez cały film chodzi jak Charlie Chaplin (niech zgadnę, miało być śmieszne).
Śmiałam się.

Miss Peregrine’s Home for Peculiar Children

Doskonały film, w którym Burton sprytnie połączył dobre pomysły Riggsa z własną wyobraźnią i znakami firmowymi. Wyszła historia całkiem oryginalna, przekonująco pokazana, i oczywiście śliczna wizualnie. Do tego stopnia, że żałowałam braku kolejnych części – ale gdyby były, to narzekałabym, że za długie, że znowu zmuszają do pójścia do kina, i że nic się nie dzieje. Lepiej mieć niedosyt niż przesyt, to jasne. Fabularnie jest to właściwie pierwsza część książki, z kilkoma pomysłami z kolejnych, z licznymi zmianami i z innym zakończeniem. Zachowany jest natomiast duch powieści i zasadniczy dylemat Jake’a, czy powinien zostać z miss Peregrine i jej dziećmi, czy jednak wracać do siebie. Na początku mnie zaskoczyły zamienione talenty Emmy i Oliwii, nawet się trochę przez chwilę pogubiłam, ale ostatecznie przyznaję, że to był dobry pomysł. Z ciekawostek: nie wiem, jak w oryginale Terence Stamp, ale aktora dubbingującego Abe’a nie nauczono wymawiać „tygrysku” po polsku. Z francuskim akcentem brzmiało to doprawdy specyficznie. A wśród pieniędzy pojawiających się na końcu w książce jest 20 złotych.