Rodzicem być

Kiedy zostajesz rodzicem, nie mówią ci, że od tej pory twoje życie będzie pełne wyłącznie sprzecznych uczuć, doświadczanych jednocześnie.
Duma i przerażenie.
Tęsknota, kiedy go nie ma, i radość z możliwości odpoczynku.
Strach i zachwyt.
Pragnienie uchronienia przed całym groźnym światem, i pragnienie wychowania niezależnego człowieka.
Przekonanie, że bez względu na wszystko zawsze będę przy nim, i brutalna świadomość, że kiedyś zostanie sam.
Nie mówią ci, że będziesz już zawsze żyć w strachu przed pojawieniem się na twoim progu ponurych panów w czerni, którzy surowo zapytają, gdzie masz zdane egzaminy, świadectwa ukończenia kursów i szkoleń, i co sobie właściwie myślisz wychowując człowieka bez wymaganych licencji i zezwoleń.

Maltuzjanka

Kiedy koleżanka opowiedziała mi o przejawie agresji, jaki ją spotkał zupełnie przypadkiem, podzieliłam się z nią moją hipotezą, która głosi, że podświadomie jako gatunek czujemy, że zrobiło się nas za dużo, stąd narastająca w ludziach agresja i podziały. Koleżanka spojrzała na mnie kątem oka i rzekła „to ty taka maltuzjanka jesteś!”. W pierwszym odruchu się oburzyłam, że zaraz takie określenia – ale przeludnienie jest złe, i to jest fakt. Koleżanka oględnie stwierdziła, że to hipokryzja, bo mamy przecież dzieci (ona właśnie urodziła drugie, więc nie był to najlepszy moment na takie dywagacje), miałam jednak odpowiedź i na to – dopóki ograniczamy się do najwyżej dwójki, jest ok. Biorąc pod uwagę kobiety, które nie chcą lub nie mogą mieć potomstwa, ta cyfra zapewniłaby nam przedłużenie gatunku zmniejszając jednocześnie łagodnie jego liczebność.
Człowiek jest zwierzęciem stadnym, lecz przystosował się do życia w niewielkich grupach. Są badania mówiące, że ogarniamy umysłem około 500 znajomych, a 1500 jesteśmy w stanie rozpoznać z twarzy (to jest, jeśli nie mamy prozopagnozji – ja rozpoznaję po twarzy może ze cztery osoby, i to niekoniecznie znajome). Zwierzęta też żyją w stadach, których liczebność ulega zmianie z powodu naturalnych wrogów, więc w obrębie gatunku nie muszą już ze sobą walczyć – robią to tylko tak silne zwierzęta jak lwy. Problem homo sapiens polega na braku wrogów. Przez tysiąclecia utrzymywał więc swoją ekspansję w ryzach we własnym zakresie, tworząc zwalczające się grupy. W ostatnich czasach na świecie zapanował niespotykany pokój, gatunek ludzki rozmnaża się więc niepohamowanie. Uważam, że nasza podświadomość ostrzega nas przed płynącym z przeludnienia niebezpieczeństwem, stąd narastająca wrogość i wyraziste podziały na „my” i „oni”. Podświadomość szuka drogi do przetrzebienia homo sapiens. I znajdzie ją. Zawsze byliśmy swoim najskuteczniejszym wrogiem. Natura wiedziała co robi, wbudowując nam ograniczniki.

Rok 2018

minął o wiele za szybko, a może to tylko złudzenie. Byl to rok powrotów, ale i paru nowości, oraz mnóstwa książek.

Czytałam dużo, a zwłaszcza

Kolor

Gdyby jakieś osoby czarnoskóre przeczytały, co napisałam po „Amerykaanie„, byłyby wściekłe, ponieważ uważają, że my biali nie mamy prawa do takich porównań (co zresztą Ifemelu przynajmniej raz otwarcie zauważa). Z jednego, podstawowego powodu: ja akcent mogę poprawić, wkładając w to bardzo dużo pracy, czasu i być może pieniędzy, ale mam taką możliwość. Nie ma żadnej fizycznej bariery. Mogłabym również zmienić nazwisko i kłamać na temat pochodzenia. Czarnej skóry natomiast nie da się w żaden sposób zamaskować ani zmienić (przypadek Michaela Jacksona odrzucamy jako wyjątkowy). Stąd próby wprowadzenia powszechnego niezauważania tej różnicy, co prowadzi do absurdu opisanego przez Adichie: bohaterka próbuje w sklepie zidentyfikować jedną z dwóch sprzedawczyń po wyglądzie. Pytają ją o włosy i o inne szczegóły, obie panie mają to wszystko identyczne, nie udaje się ustalić, o którą chodzi, choć jedna z nich jest biała, a druga czarna, ale ta różnica oficjalnie nie istnieje. Udało mi się kiedyś wpaść na tę rafę, kiedy mój kongijski kolega oświadczył, że jedzie na urlop się opalać. „Opalać” po francusku to „bronzer”, dosłownie brązowieć. Wybuchnąwszy śmiechem rzekłam, że on nie może już zbrązowieć od słońca. Żartobliwie się obraził i oświadczył, że to chyba rasistowska uwaga. Wybroniłam się mówiąc, że ja też od słońca nie brązowieję, tylko czerwienieję, a w ogóle rasizm polega na dopisywaniu do koloru innych cech, a nie na samym zauważaniu barwy. Ale oczywiście mnie jako kolorystycznie uprzywilejowanej jest łatwo ten temat traktować lekko.

Kontrola drogowa

Jechałam sobie spokojnie, nie wadząc nikomu, Autostradą Wolności w kierunku Warszawy. Gdzieś koło Poznania zobaczyłam przed sobą ścianę deszczu, a potem w nią wjechałam, bo nie miałam wyjścia. Dostosowałam prędkość do warunków, przed sobą ujrzałam samochód policyjny, który zrobił to samo. Po paru minutach wyjechaliśmy spod chmury, ale policja nadal jechała 110 km/h. Po niedługim namyśle wyprzedziłam ich, bo w końcu nie po to płacę za autostradę, żeby na niej stać. Na to policja zrównała się ze mną i zamachała mi, żeby zjechać. Serce wywinęło mi koziołka w gardle, zrobiłam rachunek sumienia: światła są, pasy są, fotelik dziecka jest, nie dzwoniłam, nie jadłam, z całą pewnością nie przekroczyłam prędkości… przeciwnie, czyżby mieli się czepiać tego, że za wolno? Ale lało! Tak rozmyślając zjechałam, zatrzymałam się i na powitanie wrzasnęłam do policjanta
– Ale o co chodzi, co ja zrobiłam!?
– Podejrzewamy, że pojazd nie jest przystosowany do poruszania się po polskich drogach – z marsową miną odrzekł policjant. Zgłupiałam jeszcze bardziej, o ile to możliwe.
– Przecież to nowy samochód, przeglądy robię regularnie, klasa czystości 1, jak nieprzystosowany..?
– Dokumenciki proszę – nie odpowiedział policjant. Wręczyłam, poszedł sprawdzać, siedziałam czekając i usiłując się uspokoić. Po długim czasie wrócił, dokumenciki oddał, i rzekł, że to wszystko z ich strony. Pojechałam dalej na wschód zachodząc w głowę, co mnie właściwie spotkało, oraz mając nieokreśloną pretensję, że o dokumenciki nieletniego wcale nie poprosili.

Stanęłam przed Sądem Administracyjnym

Po bardzo starszym panu o kulach, który nie słyszał nic nawet przez mikrofon oraz pani, która nie mówiła po francusku i przyszła ze swoją sąsiadką, której prawa głosu nie można było jednak udzielić, sędzia o przedstawienie obserwacji w swojej sprawie poprosił kolejną panią. Ta stanęła przy barierce i zaczęła wyjaśniać, że nie otrzymała jakiegoś wezwania, nie mogła dostarczyć wszystkich papierów, i bardzo ją to wkurwia.
– Proszę używać poprawnego języka – upomniał ją sędzia.
– Przepraszam, jestem dzieckiem ulicy – odparła pani tonem bynajmniej nie sugerującym skruchy ani woli poprawy.

Potem było jeszcze ciekawiej: zgromadzeni dowiedzieć się mogli, że pani jest bezdomna, ma trójkę dzieci, których ojciec zmarł, z dziećmi nie pozwalają jej się widywać, a w ogóle to właśnie jest w srodku sprawy rozwodowej, choć nawet nie ma świadomości, że wyszła za mąż. Po tym ostatnim mocnym uderzeniu dumnie opuściła salę sądową, na pożegnanie informując wszystkich, że sala jest źle nagłośniona, a sąd ma burdel w papierach i ją wkurwia. Sędzia nie wyglądał, jakby to wszystko było dla niego jakąś nowością. Nie wyglądał również na specjalnie wypoczętego.

Poniedziałek

Poniedziałkiem oczywiście jest ten dzień, w którym klamka w drzwiach łazienki pozwala mi tam normalnie wejść, po czym się podstępnie psuje i wyjść już nie pozwala, znajduję się więc zablokowana we własnej łazience i cieszę się tylko, że przynajmniej mam dostęp do wody, umrę więc z głodu, nie z pragnienia. Obudzone dziecko lata po dozorcach, wraca z Jakimś Panem, powodując u mnie zawał na skutek wyobrażania sobie, co może zrobić Jakiś Pan, gdy pani domu tkwi beznadziejnie zamknięta w ciasnym pomieszczeniu. Jakiś Pan okazuje się jednak bardzo miłym i uczynnym sąsiadem, który z pomocą dozorcy pojawiającego się chwilę później sprawnie rozkręca cały zamek i mnie uwalnia. Nawet się nie spóźniam tak bardzo do pracy, a cała impreza kosztuje mnie tylko nową klamkę i fobię przejawiającą się zostawianiem otwartych drzwi do wszystkich pomieszczeń.

Jest to również ten sam dzień, w którym wpół do jedenastej wieczorem przed moimi drzwiami zjawia się policja w liczbie czterech rosłych i okamizelkowanych funkcjonariuszy, którzy twierdzą, że ich wzywałam, gdyż molestuje mnie były współlokator. Tłumaczenia, że nie dzwoniłam na komisariat, nie mam współlokatora, nigdy nie miałam, sąsiednie mieszkanie jest puste, i w ogóle nic nie rozumiem, przyjmują cierpliwie, ale z pewną nutą podejrzliwości.

Uważam, że na 2018 limit wydarzeń niecodziennych mam wyczerpany.