„Taśmy rodzinne” Maciej Marcisz

Tak, autor nazywa się Maciej Marcisz, a jego bohater Marcin Małys, i muszę korzystać z kopiuj-wklej, bo inaczej tego bez pomyłki się nie da napisać. Marcin ma 30 lat, jest artystą wizualnym, czyli nie pracuje, mieszka w wynajmowanym mieszkaniu w Warszawie, ma depresję i 63 tysiące długu, ale żyje oczekiwaniem na trzydzieste pierwsze urodziny, bo wtedy dostanie 300 tysięcy od swojego bardzo zamożnego ojca biznesmena. Tylko że ten zrywa umowę i pieniędzy potomka pozbawia.
To jest książka polecona mi przez osobę, której gust literacki bardzo szanuję, zabrałam się więc za lekturę ze sporymi oczekiwaniami, i na początku nieco się krzywiłam. Opowieści o kupowaniu w Biedrze robiły wrażenie wysilonych i stereotypowych, bohater też nie wzbudzał mojego uznania. Nie wykluczam, że przemknęło mi przez myśl coś w rodzaju „czy ten rozwydrzony gówniarz nie mógłby się raczej wziąć do roboty?” Te odczucia uległy zmianie, kiedy Marcin wraca do miasteczka rodzinnego na Śląsku, gdzie w wielkim opuszczonym domu żyje tylko jego matka w depresji. Relacja tych dwojga opisana jest zaskakująco – wnikliwie, subtelnie, i w sposób zupełnie nieoczywisty. W powietrzu nadal wisi pytanie, jak to się stało, że ta rodzina, która paręnaście lat wcześniej miała wszystko, teraz jest najwyraźniej tak kompletnie rozbita? Co stało się z ciężko pracującym ojcem?
Po czym nadciąga druga część, w której poznajemy tegoż ojca, Jana Małysa. Urodzony około połowy lat 60 był synem bijącego go pijaka i ciężko pracującej na kopalni kobiety, która rodziców straciła za młodu i wychowywana była przez wujenkę. Nie miała wiele zrozumienia dla syna, który miał tak dużo więcej niż ona. Nie widziała, że jest w szkole dręczony, a dla Janka to stało się katalizatorem do zarobienia wielkich pieniędzy, żeby pokazać im wszystkim. Zaczyna od zbierania butelek, potem handluje jeszcze w czasach Pewexów, a potem to już szalony kapitalizm lat dziewięćdziesiątych i biznes na łóżkach polowych. Równolegle pojawia się rodzina. Miałam wrażenie, że z każdą stroną narracja jest coraz lepsza. Nawet jeśli trudno te losy nazwać oryginalnymi, nawet jeśli widzieliśmy to już parę razy, to Marcisz potrafi skonstruować postaci pełnowymiarowe. Pisze dość sucho, konkretnie, krótkimi zdaniami, i to też przyczynia się do plastyczności tego świata.
Pochodzę z rodziny, w której mamy ujemne umiejętności w dziedzinie handlu. Już po przyjechaniu do Francji kupiłam pewną rzecz na brocante za 10€, a następnie sprzedałam ją za 20€. Co prawda przypadkowy, ale jest to mój największy życiowy sukces w handlu, w tym wcieleniu na pewno już go nie pobiję. Wychowana zostałam przez idealistyczną matkę, która wierzyła w „być, a nie mieć”. Byłam na tyle młoda, że transformację ustrojową lat dziewięćdziesiątych przyjęłam jak coś normalnego, a dzięki wychowaniu oraz chyba wrodzonej abnegacji nigdy nie zachłysnęłam się obfitością. Z drugiej strony bazar na Stadionie Dziesięciolecia pamiętam wyraźnie do dzisiaj. Robił wrażenie. Marcisz pokazuje natomiast rodzinę, dla której ta przemiana stała się centrum życia. Możliwość kupowania – właśnie kupowania, nawet nie posiadania rzeczy – zastąpiła im wszystkie inne życiowe wrażenia. To stanowi centrum książki i opisane jest stylem niemal reportażowym.
To bardzo męskocentryczna powieść. Kobiety są tu słabe. Ani matka Jana Jadzia, ani jego żona Alicja nie umieją się przeciwstawić ojcowskiemu biciu synów. W przypadku Jadzi wiemy, że boi się męża pijaka, że sama nie dostała w dzieciństwie miłości, że ciężko pracuje, właściwie trochę zazdrości synowi, który ma tak dużo lepsze życie niż ona, dziecko wojenne. U Alicji takiego tła zabrakło. Dlaczego ogranicza się do łagodnych wyrzutów wobec męża, że siniaki dziecka nazbyt fioletowe? Można się tylko domyślać, że uważa to za normę, oraz nie chce stracić dóbr materialnych. Ale nie tylko kobiety – wszyscy bohaterowie tutaj przegrywają. Świat Marcisza jest paskudnym miejscem, mamiącym obietnicami finansowego raju, potem otwiera jednak piekło przed niczego niespodziewającymi się urzeczonymi ludźmi.

„Niezwyciężony” Stanisław Lem

Niezwyciężonego czytałam może ze dwa razy, i pamiętam go jako „ten drugi Eden”. Od dawna chciałam zaspokoić ciekawość, dlaczego właściwie nie wzbudzał mojej sympatii.

Zaczyna się wspaniale technicznym opisem pobudki z hibernacji i lądowania „Niezwyciężonego” na planecie Regis III. „W kajutach kartograficznych upakowane szczelnie mapy zatrzęsły się niespokojnie na rolkach” – papierowe mapy oczywiście. Jak to zabawnie brzmi ledwie 55 lat później… Planeta jest pustynna, ale „Kondor” z niej nie wrócił. Astrogator Horpach zamierza zbadać sytuację. Jego oficer Rohan (tak – pierwsze tłumaczenie „Władcy pierścieni” ukazało się dokładnie wtedy, kiedy Lem pisał tę powieść) wychodzi na powierzchnię z gołą głową, tylko w masce tlenowej, i dopiero po wyjściu pyta o skład atmosfery. Następnie bardzo się dziwią, że nie wybuchli razem z całą atmosferą, bo przy tym składzie powinni. Bardzo mądrze i ostrożnie.

Lem rzuca też lekką ręką o hamowaniu trwającym 300 godzin. Otóż hamowanie z przyświetlnej przy jednym g trwa prawie rok. Powiedzmy, że załoga w hibernacji i zabezpieczona, mają przyspieszenie 3 g – to są 4 miesiące, plus to samo na rozpęd, to już daje 8. Według Lema cała podróż miała trwać 7 miesięcy. Ale powiedzmy, że trwa w sumie 15, to jest niewielka różnica; zresztą mogliby w cieczy ludzi umieścić, dać 20 g – jak w „Fiasku”  – i wtedy faktycznie 300 godzin można. Pytanie, skąd oni właściwie lecieli te 7 miesięcy z przyświetlną. Mowa jest o jakiejś bazie w tym układzie – tyle, że w Układzie Słonecznym orbita Plutona ma promień rzędu 5 godzin świetlnych. Naprawdę trudno sobie wyobrazić jakąkolwiek bazę w odległości 7 miesięcy świetlnych…

To oczywiście są zupełne drobiazgi w porównaniu z piramidalnym idiotyzmem z pierwszego zdania, mianowicie znajdujemy się „w konstelacji Liry”. Nie jestem w stanie uwierzyć w Lema brak wiedzy, że gwiazdozbiór to ziemskie widoki gwiazd, w rzeczywistości od siebie odległych o tysiące lat świetlnych. Olał tę wiedzę, uznając, że nikt przecież nie sprawdzi, a dobrze brzmi? Olał ją z pogardy dla czytelników, którzy lubią fantastykę? Olał, bo w rzeczywistości nie pisał o tym, tylko o ludziach?

Jednocześnie musiałabym być ślepa i bezrozumna, żeby nie podziwiać namacalności i szczegółowości wizji. Osmalony w atmosferze kadłub „Niezwyciężonego”, drgnięcie pokładu, kiedy wystrzeliwany jest kolejny satelita, roboty i maszyny wracające sznurkiem, stopiony pod miejscem lądowania piasek, i tak dalej, to wszystko nadal robi wrażenie. Kiedy odnajdują „Kondora”, czytelnik porzuca wszelkie uprzedzenia i daje się porwać lekturze, nawet znając rozwiązanie zagadki. Reakcje ludzi są opisane nadzwyczaj plastycznie. Walka z chmurą, rozważanie za i przeciw, przyjmowanie porażek, bicie się z myślami – to literatura wyjątkowej jakości. Wspaniała jest końcowa rozmowa Horpacha z oficerem „Rohan wiedział jak gdyby, że astrogator już od szeregu dni jest tak samo bezradny jak oni wszyscy, ale w tym momencie uświadomił sobie, że nie była to wiedza prawdziwa, bo w gruncie rzeczy wierzył, że astrogator widzi na kilka posunięć dalej niż każdy inny człowiek, ponieważ tak musi być.” (Wiem, stylistycznie jest to nawet jak na Lema wyjątkowo paskudne zdanie, ale spostrzeżenie jest bardzo dobre.) Poza tym jest to wciąż oryginalna wizja człowieka jako najeźdźcy na inny rodzaj życia. Człowieka, który ze wszystkimi swoimi miotaczami antymaterii i plazmy, z całą fantastyczną techniką, staje jednak bezradny wobec innego.

„Budowniczy ruin” Herbert Rosendorfer

Rozrywkowa, oniryczno-fantastyczno-satyryczna powieść dygresyjna z roku 1969, łagodna kpina z „Dekameronu”. Miejscami właściwie nudnawa, ale akurat miałam atak bezsenności. Bohater napotyka w w pociągu człowieka, który mu opowiada historię swego życia, potem przenosi się na parowiec, gdzie czwórka przyjaciół, w tym tytułowy budowniczy ruin, gra w karty i każdy snuje jakąś opowieść, przerywaną wydarzeniami bieżącymi. Wybucha wojna – prawdopodobnie atomowa – bohaterowie kryją się w gigantycznym podziemnym schronie rządzonym własnymi prawami, tam narrator ma sen, który następnie opowiada swojemu ordynansowi, a w tym śnie siedem siostrzenic włoskiego księcia snuje swoje z kolei opowieści, i tak dalej. Jedna z wyśnionych siostrzenic opowiada historię związaną z fabułą „Don Giovanniego” Mozarta – dowiadujemy się skąd, zdaniem Rosendorfera, wziął się kamienny posąg Komandora. Poszczególne wątki, zazwyczaj łagodnie absurdalne, wciągają, i czytelnik odczuwa drobną irytację, że mu się je nieustannie przerywa.

„Będzie bolało” Adam Kay

Bardzo rzeczowe, miejscami makabryczne, miejscami zabawne, wspomnienia młodego lekarza pracującego jako ginekolog-położnik. Uroczo tłumaczy wybór tego zawodu „w położnictwie podobało mi się to, że efektem działań lekarza jest podwojenie liczby pacjentów”. Przeważnie jest cyniczny, ale bywa i wzruszający. Jest tu parę rzeczy, których nikt nie chciał wiedzieć, ale te najbardziej przerażające są o pomyłkach lekarzy, chociaż Kay na szczęście opisuje tylko te, które skończyły się dobrze. Jest tu również ta opowieść, którą usłyszałam osobiście od położnej, co jest o tyle ciekawe, że książka Kaya wyszła w roku 2017. Albo zatem jest to urban legend, co stawiałoby pod znakiem zapytania prawdziwość wielu innych przytaczanych przez autora anegdot, albo jednak zdarza się to częściej, niż można było przypuścić. Ale nawet jeśli sporo opowieści jest tu podkoloryzowanych, to obraz ciężkiej pracy lekarza musi być prawdziwy – i budzi szacunek pomieszany z przerażeniem. Epilog jest bardzo przejmujący.

Jest i akcent polski: „Drobniutka, mająca nie więcej niż metr pięćdziesiąt centymetrów wzrostu, ale za to niezwykle zadziorna i wygadana staruszka z Polski o jasnych, błyszczących zawadiacko oczach; uwielbiała snuć długie, strasznie zawiłe opowieści z czasów, gdy mieszkała w swoim rodzinnym kraju – za każdym razem przerywała historię dokładnie w tym momencie, w którym zaczynała się robić interesująca. Niemal każda jej opowieść kończyła się „ple, ple, ple” i lekceważącym machnięciem ręki.”

„27 śmierci Toby’ego Obeda” Joanna Gierak-Onoszko

Powinnam była najpierw dokładnie sprawdzić o czym to jest, zanim się rzuciłam na lekturę, ponieważ wszyscy mówili, że to dobre. Z moim doświadczeniem naprawdę człowiek powinien już wiedzieć, że jak wszyscy mówią, że dobre, to albo Paweł Królik, albo sensacyjny temat. Tu mamy do czynienia z tym ostatnim przypadkiem, mowa bowiem o molestowaniu i dręczeniu dzieci w Kanadzie pod koniec wieku XX, i dlaczegoś autorka wielokrotnie podkreśla fakt, że to Kanada, jakby tam mieli nie występować źli ludzie. Natomiast jest to rzeczywiście książka znakomita, chociaż długo odchorowywałam jej lekturę.

W pierwszym tytułowym rozdziale Toby Obed, urodzony w 1971, odebrany zostaje rodzicom mając 4 lata – to pierwsza z jego śmierci. Jest Inuitą, rodzice piją. Dziecko trafia do domu opieki, a potem do dwudziestu (tak!) rodzin zastępczych. Biją go wszyscy. Za każdym razem myśli jednak, że może tym razem znalazł prawdziwy dom. Niestety nie. Dwudziestodwuletni Toby, przeżywszy to wszystko, wychodzi po pijaku na trzydziestostopniowy mróz, zasypia. Znajdują go rano, ku zaskoczeniu wszystkich – żywego. Amputują mu obie stopy, lewą rękę, i palce prawej.

To jednak tylko sympatyczny wstęp. W dwóch następnych rozdziałach kolejni bohaterowie opowiadają ze szczegółami, jak byli maltretowani w domach opieki przez księży i zakonnice katolickie, i na tej liście jest wszystko, przynajmniej tak sądzę z tego, co widziałam kątem oka, nie zamierzam bowiem w temat się zagłębiać. Przeraża mnie skala tych działań: to nie były jakieś odosobnione przypadki, tylko cały zorganizowany przemysł dręczenia bezbronnych. Nie umiem w ogóle przyjąć do wiadomości istnienia bytów, którym takie działanie sprawia radość, a najwyraźniej są liczniejsze, niż chciałabym to wiedzieć. I nikt z widzów nie protestował (jeden Francuz raz kiedyś). Mowa tu o czasach współczesnych, nie o mrokach średniowiecza.

Dalej jest bardziej znośnie. Autorka przypomina historię Kanady, w której Pierwszymi Narodami są Indianie (tej nazwy nie należy już używać jako pogardliwej) oraz Inuici. Szkoły z internatem powstały, żeby ich dzieci można było ucywilizować w oderwaniu od rodziców. W 1833 wieku pierwszy premier John A. Macdonald wyrażał się o tym bez ogródek: „Kiedy szkoła jest w rezerwacie, dziecko nadal przebywa z rodzicami, którzy są dzikusami; jest otoczone przez dzikusów i jeśli nawet nauczy się czytać i pisać, jego zwyczaje, umiejętności i sposób myślenia nadal pozostaną indiańskie. Takie dziecko będzie po prostu dzikusem wyuczonym czytania i pisania. (…) Dzieci Indian powinny być całkowicie pozbawione wpływu rodziców, jedynym na to sposobem jest umieszczenie ich w szkołach zawodowych, przygotowawczych, w których nabędą zwyczajów i sposobów postępowania wedle ludzi białych”. Dzisiejsze na to oburzenie jest niewątpliwie słuszne, ale nie bardzo da się to oceniać dzisiejszą miarą, nie pamiętając o dziewiętnastowiecznej wierze w postęp i cywilizację białego człowieka (choć tenże premier został oceniony i ostatnio zniknął z banknotu dziesięciodolarowego). W każdym razie współczesna Kanada stanęła na wysokości zadania, przyznała się do błędów, wypłaciła miliardy odszkodowań, premier Justin Trudeau uścisnął rękę Toby’ego Obeda i przytulił go do piersi. Czy to wystarczy? Zdecydowanie nie wszystkim. Rdzenni mieszkańcy twierdzą, że byli tu już 1500 lat temu, że nie zamierzają świętować 150-lecia państwa (w 2017) roku. Autorka opisuje rozmowę z pewnym tatuażystą, który powiedział jej, że ma oddzielną księgę wzorów dla rdzennych i dla turystów, nie wytatuuje tym drugim znaków plemiennych, bo to nie jest część ich spuścizny. Podobnie z artystką malarką wzorującą się na indiańskim malarzu Norvalu Morrisseau – odmówiono jej prawa do takiej twórczości, ponieważ nie pochodzi z odpowiedniej kultury. Autorce zarzucono, że jest białą Europejką, jest więc siostrą i spadkobierczynią kolonizatorów. Mam problem z tym podejściem, a poza wszystkim nie bardzo rozumiem, co chcą osiągnąć Rdzenni. Nie bardzo wierzę, że chcieliby, żeby biali potomkowie najeźdźców się na amen wynieśli, bo do czasów polowania na bizony się już nie da wrócić bez względu na chęci. Poza tym nie wiem, dlaczego ktoś urodzony w Toronto i tam mieszkający całe życie miałby się nie czuć u siebie, nawet jeśli ma biały kolor skóry. A różnicowanie ze względu ten ostatni to rasizm.

Jednym z najbardziej przejmujących tutaj motywów jest ten o dzieciach ocaleńców, tych którzy przeżyli szkoły z internatem. Nie potrafili swojemu potomstwu stworzyć domu i rodziny, bo niby skąd. Podobne brzmienie ma opowieść o siostrze Immaculacie, wymienianej przez licznych świadków jako dręczycielki. Okazało się, że ona sama była rdzenną po szkole z internatem. Robiła dzieciom „tylko” to, co zrobiono jej. Oczywiście zeznając po latach twierdziła, że to wszystko było nie tak, że opiekowała się dziećmi. Gierak-Onoszko robi tu rzecz, nad którą się nikt zazwyczaj nie zastanawia: pokazuje sytuację z punktu widzenia tej złej. Była młodą dziewczyną, złamaną przez szkołę, pozbawioną rodziny, uważaną za gorszą z powodu urodzenia, której dano pracę ponad siły (opiekę nad setką dzieci), żadnego wsparcia – i władzę. Najgorsze możliwe połączenie. Niczego ani nikogo to nie usprawiedliwia, ale tłumaczy tę samonakręcającą się spiralę przemocy i zwyrodnialstwa. Taki mechanizm musi też stać za skalą pedofilii w KK. Właśnie. To jest kolejny tutaj temat. Papież odmówił przeproszenia ofiar kanadyjskich szkół z internatem. Stoi na stanowisku, że instytucja jest w porządku, zawinili ludzie. Co jest absurdalne, bo to właśnie instytucja jest zbrodnicza, a niektórzy ludzie są w porządku (szkoda tylko, że nadal w niej tkwią).

Wnikliwa, rzetelna, strasznie ciężka, bardzo ważna lektura.

„Świąteczny dyżur” Adam Kay

Spis migawek, które łączy to, że działy się w okresie świątecznym w szpitalu brytyjskim, gdzie autor pracował jako lekarz na oddziale ginekologicznym (potem zrezygnował i wybrał karierę pisarza i komika). Pełno tu zjadliwego angielskiego humoru, i można się dowiedzieć, jak się kończy stosowanie kupionych przez net maści na powiększenie siusiaka (po pierwsze nie sądziłam, że w XXI wieku ktoś to faktycznie kupuje, a po drugie nie spodziewałam się, że zawierają cokolwiek poza odrobiną tłuszczu i barwnika – a jednak) oraz czym na pewno nie należy zastępować antykoncepcji. I dlaczego nie należy nosić do tej pracy świątecznego krawata z reniferem Rudolfem, wygrywającego wesołą świąteczną melodyjkę. Dowiemy się, dlaczego nie urodziły się bliźniaki, z których każdy miałby datę urodzenia w innym roku, do czego mało brakowało. Ale w Spirydiona jednak nie wierzę. Autor nieustannie powtarza, że znowu ma w tym okresie dyżur, że rodzina się go wyrzekła, ale czyta się to w całości zupełnie nieźle, a przy tym nabiera wielkiego szacunku dla lekarzy. Nie umiem pojąć, dlaczego w ogóle ktoś miałby chcieć uprawiać ten zawód. Oczywiście wiem, że opisane sytuacje zostały wybrane tendencyjnie – w większości pewnie ma się jednak do czynienia z poważnie chorymi ludźmi i odczuwa się satysfakcję, że można im było pomóc. Lub, że pomogło się przyjść na świat dzieciom.

„Gra na wielu bębenkach” Olga Tokarczuk

Bohaterka pierwszego opowiadania kupuje kryminał i czyta go w każdej wolnej chwili. Śledzimy akcję razem z nią. W pałacyku we Flandrii spotykają się pisarze kryminałów. C. jest jednak coraz bardziej rozczarowana, bo postaci tylko rozmawiają i grają w grę „Morderca”, a żadnego trupa nie ma. Czytelniczka będzie musiała wziąć sprawy w swoje ręce. Przepiękny realizm magiczny, a poza tym jest to rzecz o miłości do czytania, o stwarzaniu światów w głowie odbiorcy, o nieodzowności aktywnego udziału czytelnika w literaturze. Skojarzył mi się ten tekst z „Gniazdem światów” Huberatha, i to jest drugi raz, kiedy Tokarczuk mi się z nim kojarzy. Podobnej tematyki dotyka trzecie opowiadanie, „Podmiot”, w którym pisarz spotyka bohatera swojej książki. Te dwa teksty przedziela osobiste wspomnienie alter ego pisarki, z pobytu u dystyngowanej damy w Szkocji. „Z jakichś powodów nigdy nie jest tak, jak sobie wyobrażę wcześniej. Dzieje się w ten sposób dlatego, myślę, że w świecie jest za dużo zmiennych, dużo więcej, niż zdoła pomieścić moja wyobraźnia. Żadna wyobraźnia tego nie zrobi, chyba że jest natchniona, chyba że to będzie wizja.

Kolejna jest „Wyspa„, którą czytałam rok temu. Natępne opowiadanie traktuje o ruchomej szopce w Bardzie Śląskim; przez tę miejscowość przejeżdżałam wielokrotnie, ale tej atrakcji nigdy nie widziałam. To znaczy, szopka opisana przez Tokarczuk nie istniała naprawdę, autorka ją niszczy w roku 1957, natomiast ta istniejąca rzeczywiście powstała w roku 1970. „W końcu trzeba tu ściągnąć także wszystko inne, co istnieje na świecie, bez względu na to, czy jest to dobre, czy złe — jedynym powodem niech będzie sam fakt istnienia — a więc wojny oraz wydobywanie węgla, mecze piłkarskie i powodzie, banki i dworce, demokratyczne wybory, inflację, przemoc w rodzinie, demonstracje pierwszomajowe, haute couture, wczasy w siodle, kolekcjonowanie starych samochodów, psychoanalizę i fizykę jądrową, literaturę i sztuki nowoczesne — wszystko trzeba pokazać szopce i wierzyć, że jej zapierający dech porządek scali to w jeden obraz, połączy w jeden mechanizm, utuli w powtarzalnym ruchu, który zwiąże na zawsze wszystko ze wszystkim.

Zupełnie osobne serce wyhodowałam dla opowiadania „Che Guevara”, które dzieje się w moim kawałku Warszawy. Narratorka (tak samo jak autorka) studiuje psychologię na Stawkach, mieszka na Zamenhofa, jeździ moim autobusem 111 na Krakowskie Przedmieście (moja matka jeździła nim regularnie do pracy; absurdalnie pielęgnuję myśl, że musiały się tam kiedyś spotkać), i wzruszyło mnie to tak, że mogłoby już nic więcej w tym tekście nie być napisane – ale jest. Studentka psychologii uczestniczy w strajku na uniwersytecie, śpi na stole, oraz opiekuje się wariatami („M. mówił także „wariaci”, „szaleńcy”, co podobało mi się najbardziej, brzmiało bowiem rustykalnie i swojsko, jakby się tym słowem wracało do samych źródeł, do lnu, bawełny i czarnego prostego chleba; nie pobrzmiewało w nich oszustwo, nie było w nich czczego wymądrzania się, żadnych „psychoz maniakalno-depresyjnych”, żadnych „schizofrenii paranoidalnych” ani „borderline”. Prostym słowom można było ufać„). Nie pada tu data, ale polski czytelnik doskonale wie, że jest grudzień 1981. Kontrapunktem dla tego opowiadania jest „Profesor Andrews w Warszawie„, dziejący się dokładnie w tym samym szczególnym momencie, pokazanym z innego, zaskakującego punktu widzenia.

Tu w ogóle opowiadań występujących parami jest więcej. O związkach małżeńskich mówią „Próba generalna” (właścwie fantastyka katastroficzna, w tym przyziemnym realistycznym ujęciu Tokarczuk) i „Skoczek”. W „Ariadnie na Naksos” i w „Glicynii” sąsiadka podsłuchuje drugą. W tym pierwszym w bloku młoda matka śpiewaczkę, w tym drugim matka swoją córkę mieszkającą piętro wyżej z mężem. To jest najbardziej tutaj poetyczny, liryczny, niedopowiedziany tekst, choć dorównuje mu zamykające zbiór opowiadanie tytułowe. „Żurek” jest natomiast na drugim końcu skali, jest przyziemną, zwięzłą, realistyczną obserwacją polskiej wsi, z bardzo konkretnymi postaciami. A jednak jakimś cudem dokładnie widać, że to ta sama autorka.

Tokarczuk jest nadzwyczajną pisarką i nie piszę tego z powodu żadnych nagród. Oczywiście uwielbiam ją od dawna,  i oczywiście sporą rolę w moim zachwycie odgrywa jej polskość, ale ten zbiór dowodzi wszechstronności jej zainteresowań, spójności postrzegania świata, wyjątkowych umiejętności budowania klimatu, wnikliwości i głębokiego humanizmu. Tu jest dziewiętnaście opowiadań, z których nie potrafię wybrać najsłabszego; wszystkie trzymają ten sam wysoki poziom. Bez względu na to, czy historia dzieje się w konkretnym miejscu, określonym czasem, adresem i wspomnieniami, czy w jakiejś przestrzeni umownej, ledwie naszkicowanej, autorka potrafi ten świat zbudować, pokazać i zamknąć w swoim opowiadaniu. Robi się jej krzywdę, przy okazji Nobla podkreślając nieustannie feminizm i lewicowość, ponieważ te teksty nie mają żadnego związku z jakkolwiek pojmowaną aktywnością polityczną. Są wyrazem ogromnej wrażliwości na świat tworzony przez ludzi, na sposób, w jaki nasze działania – lub powstrzymywanie się od nich – tworzą naszą tożsamość. Nigdy do końca jej nie definując, zresztą. Komisja noblowska trafiła w sedno wspominając o „crossing of boundaries” oraz „cultural transitions”. Jeśli jest jakiś podstawowy mianownik dla tych opowiadań, to nieustanne zadziwienie płynnością świata, tylko pozornie solidnego.