„Żuławski. Szaman” Aleksandra Szarłat

Nazwisko autorki kojarzę od czasów przedpotopowych: bardzo lubiłam czytać jej reportaże w bodaj Sztandarze Młodych. Pamiętam rzetelność bez szukania sensacji. Czytałam też jakieś sf, którego była współautorką. Sięgnęłam po tę biografię bardziej dla niej niż dla Żuławskiego, i zaiste się nie rozczarowałam. Ta książka zawiera oczywiście mnóstwo życia osobistego bohatera, czego zazwyczaj nie lubię, upierając się, że istotne jest dzieło, dzieło – a nie jakieś przelotne miłostki i inne awantury świata tego, ale Aleksandra Szarłat jest tu tak rzeczowa, że wyjątkowo mi ta tematyka nie przeszkadzała. Poza tym w przypadku akurat tego bohatera jest rzeczywiście istotna, nie mówiąc o możliwości odmalowania barwnego świata lat 60, kontrastującego z siermiężnością PRL-u: udało się to znakomicie.

Zaczynamy od Mirosława, który we Lwowie w roku 1940 decyduje się na dziecko… to znaczy czort wie, jak to z tą decyzją było w tamtych latach. Pewnie nie była taka znów świadoma i przemyślana. Jakoś przeżyją wszyscy, on oczywiście będzie pracował jako karmiciel wszy u Weigla, a potem historia będzie nimi rzucać: Polska, Praga (dzięki przyjaciółce Czesławy, osławionej Lunie Brystygierowej), a potem Paryż, gdzie Mirosław intensywnie podrywał Irenę Krzywicką, albo ona jego, gdzie urodzą się bracia Andrzeja, i gdzie on sam będzie potem swobodnie jeździł do ojca, attaché kulturalnego. Nic dziwnego, że panny będą doń ciągnąć tłumnie, choć wiele lat później wszystkie właściwie jednomyślnie odmówią wspominania byłego ukochanego czy męża. Pierwszą, jeszcze nastoletnią, wielką miłością Andrzeja była Ewa, adoptowana córka Tuwimów. Nie miałam o tym pojęcia, jak i o tym, że swoją pierwszą żonę odbił Adolfowi Rudnickiemu. Następnie tę samą Barbarę odebrał mu niejaki Christian Ferry, który będzie się w życiorysie przewijał, ponieważ wielokrotnie był dobroczyńcą Andrzeja, i to jest tak intrygujące, że chętnie przeczytałabym coś więcej i o nim. Albo czuł się winny – ale tyle lat? Albo rzeczywiście był zafascynowany Andrzejem, o co zdaje się nietrudno było.

Następnie nadciągają plejady kobiet życia, i ta lista jest rzeczywiście imponująca. Bohater nie obniżał sobie poprzeczki. Wszystkie były bardzo piękne, wszystkie były aktorkami lub artystkami. I oczywiście Żuławskiemu nigdy nie chodziło o wspólne życie, a wiele pań tego nie rozumiało. Od Małgorzaty Braunek poczynając, która mu urodziła pierwszego syna, i czego bym nie myślała trzeźwo o portretowanym, to jednak dziwić się trudno: on tu barwny ptak z przemyśleniami filozoficznymi, fascynacjami literackimi, kolorowymi wizjami, Paryżem, oryginalnymi pomysłami, i to wszystko autentyczne, a nie tylko poza; a tu codzienność skrzeczy i jakieś brudne pieluchy wzywają. Braunek zresztą mu ostatecznie nie ustępowała w niczym, skoro pięcioletnie dziecko wysłali samo (!) do Afryki (do dziadków) na półtora roku (!!), odwiedzając je w tym czasie raptem raz (!!!). (Sam Xawery ten pobyt wspomina doskonale). Kochający ojciec sporządził zresztą na tę okazję wielostronicową instrukcję obsługi dziecka, czyli typowo: zajmować się nie będę, bo to poniżej mej osobowości, inteligencji i wykształcenia, ale przecież wiem lepiej i wam powiem, nie zważając na to, że starzy Żuławscy jakoś wychowali trzech synów.

Wracając do kobiet, wyciągał ze swoich młodych aktorek wszystko co się dało, albo i więcej, prawdopodobnie celowo rozkochiwał je w sobie, żeby pokazały emocje, a potem spokojnie szedł dalej, wyśmiewając się z głupich dziewczyn w swojej prozie. Na tej liście jest i Isabelle Adjani, która podobno po ukończeniu „Opętania” próbowała popełnić samobójstwo. I o ile to wszystko dałoby się jakoś wytłumaczyć, o tyle nigdy nie pojmowałam, po co potem je wszystkie tak wrednie obsmarowywał w licznych dziełach pisanych. Miał dostatecznie dużo tematów bez tego. Chyba tylko jakiś rys psychopatyczny to tłumaczy. Jedyną kobietą, która wspomina Andrzeja relatywnie dobrze, jest Maria Konwicka (córka Tadeusza, też zresztą napisała niedawno książkę wspomnieniową, leży u mnie na dysku i czeka na swoją kolej), która przytomnie zdążyła uciec za ocean, zanim Żuławski zaczął psuć jej psychikę. Do pozostałych byłych ukochanych Szarłat usiłowała dotrzeć, niektóre odmawiały wprost, niektóre wymijająco. Wspomnień odmówiła również Sophie Marceau, przez swoją agentkę. Xawery potem napomknął biografce, że ona ma przecież syna, ze względu na niego nie chce wspominać – w podtekście, że musiałaby wyłącznie źle? Po 17 latach, zawdzięczając mu jednak wykształcenie, obycie, i sporą część kariery?

Są tu rozmaite pyszne anegdoty, Rostropowicz podał Żuławskiego do sądu o „obrazę duszy rosyjskiej”, za „Borysa Godunowa”. Zgodnie z kontraktem sąd był francuski i prześlicznie wybrnął z sytuacji. Olejniczak przed przyjęciem roli Chopina pytał o radę wiele znamienitych osób, w tym Aleksandra Bardiniego, który udzielił mu porady pragmatycznej „zależy, ile płacą”. Pewna francuska powieściopisarka, której drobnomieszczańską książkę reżyser sfilmował po swojemu, oburzyła się „Żuławski nasikał na moje ciasteczko!” na co ten rzeczowo odparł „to właśnie zrobiłem”.

Pod koniec książki Aleksandra Szarłat po prostu przytacza opinie bliskich o Żuławskim, a uzupełniają ją trzy rozmowy z synami Andrzeja. Niektóre z tych spostrzeżeń są bardzo wnikliwe, a razem składają się na wielowymiarowy portret niezwykłej postaci. Chylę czoła przed autorką, której udało się uniknąć naciskania na sensacyjki, obwiniania – a z drugiej strony stawiania na piedestale i usprawiedliwiania. Zachowała obiektywność przez cały czas. Wyłania się z tej znakomitej biografii obraz człowieka męczonego przez rozliczne talenty, wiecznie poszukującego, przeraźliwie sfrustrowanego. Potworny histeryk, czuły i opiekuńczy partner, wredny mizogin, niewiarygodnie inteligentny twórca wyrastający nad swoją epokę, grafoman, alkoholik i podlec, tytan pracy intelektualnej, reżyser rzeczywistości: który z tych epitetów jest prawdziwszy? Łatwo byłoby się skupić na niektórych tylko aspektach tej skomplikowanej osobowości. Szarłat na szczęście nie uległa tej pokusie. Jedno jest jasne, Żuławskiego nie mogło uszczęśliwić nic ani nikt, na czele z nim samym. A jednocześnie pozostał wierny przez całe życie sobie samemu, co jest wielkim osiągnięciem. Rozpaczliwie poszukiwał wolności, nie widząc, że jedynym, który go zniewala, jest on sam.

„Inna” Max Czornyj

Muszę przestać się uważać za osobę, która nie czyta thrillerów, bo jak na osobę nieczytającą thrillerów to czytam ich chyba całkiem dużo. Trafiłam jakoś zupełnym przypadkiem na tę pozycję nowego polskiego autora, wydał bodaj cztery książki tylko w tym roku, co nigdy nie brzmi dobrze. Zamierzałam tylko ot tak rzucić okiem, ale mnie nagle wciągnęło.
Mikołaj Popławski mieszka w willi nad Bałtykiem… to znaczy nie, budzi się w willi nad Bałtykiem, i nie ma pojęcia kim jest i czyj to dom. Opisuje na bieżąco wszystko, co mu się przydarza, a wcale nie są to rzeczy fajne, poczynając od tego, że w piwnicy ma nagą związaną zakneblowaną dziewczynę imieniem Izabel. I informację na ekranie laptopa, że co 48 godzin traci pamięć. Musi się spieszyć, żeby się dowiedzieć kim jest i o co chodzi. W równoległym wątku Gabriela przyjmuje wizytę policji, która zareagowała na alarmujące wiadomości wysyłane przez jej trzydziestoletnią córkę Izę, podejrzewając ją o chęć popełnienia samobójstwa. Iza znikła bez śladu. A jej ojciec rzeczywiście przed laty się zabił.
Zazwyczaj w thrillerach zakończenie jest dość przewidywalne, zły ponosi karę, dobrzy odzyskują spokój. Tutaj natomiast rozwój akcji zaskoczył mnie całkowicie i bardzo mi się to podoba.

„The Best Science Fiction of the Year 4” red. Neil Clarke (opowiadania z roku 2018)

W ubiegłym roku zabrakło Dozoisa, musiałam więc sięgnąć po inny zbiór najlepszych opowiadań z roku 2018. Clarke daje krótkie notki o autorach, ale nie pisze ani słowa o opowiadaniach, co mnie bardzo cieszy, bo u Dozoisa musiałam starannie omijać wzrokiem wprowadzenia, żeby uniknąć spojlowania. Ten zbiór jest natomiast sporo mniejszy objętościowo.

Simone HellerWhen We Were Starless„. Nominacja do Hugo (novelette). Narratorka poluje na duchy w świecie, w którym są pozostałości cywilizacji ludzkiej. Nie wiemy, kim jest narratorka, natomiast ma ogon. Oczywiście doskonale wiemy, kim są duchy i co tu się wydarzyło, to nie jest nowy sposób narracji ani pomysł na fabułę, lecz jest to zrobione znakomicie.

Kelly Robson „Intervention”. Narrator po tragicznej śmierci ukochanej osoby postanawia zajmować się dziećmi, ale na Lunie, gdzie mieszka, to jest bardzo źle widziane, tam się nie lubi dzieci. Wyśmiewają się z niego, więc przenosi się do habitatu na asteroidzie podróżującej przez Układ Słoneczny, i tam zajmuje się dziećmi do woli, ale nigdy nie zapomniał o Lunie. Bardzo konkretna narracja, bardzo namacalny świat. Jeden znajomy stwierdził, że W deszczowy dzień w Nowym Jorku jest o tęsknocie za utraconymi możliwościami, jakie ma młodość. Ciekawe, co by powiedział w takim razie o tym opowiadaniu.

Alyssa WongAll the Time We’ve Left to Spend„. Yume Ito była popularną piosenkarką, ale zginęła kilkanaście lat temu, now all that was left was an algorithm of her mannerisms and vocal patterns, downloaded into an artificial skin and frame. Jej dawna dziewczyna Ruriko odwiedza ją w tej postaci. Obsesyjnie. Wieloznaczne, brutalne, smutne.

Madeline AshbyDomestic Violence„. Bliska przyszłość, w której wszystko jest inteligentne, łącznie z drzwiami do domów, co powoduje rozmaite problemy, gdyż można to wykorzystać w zły sposób. Parę ciekawych spostrzeżeń, bardzo zwięzłe.

Ian McDonald „Ten Landscapes of Nili Fossae”. Nili Fossae jest na Marsie, jest tam też pierwsza ekspedycja ludzka, w tym narrator, który maluje marsjańskie widoki. Typowa dla tego autora niepraktyczność – kto miałby na to czas w tych okolicznościach? Za to wizja prześliczna, kompozycja też. Powinno być nominowane do nagród.

Naomi Kritzer „Prophet of the Roads”. Są teleporty, które podobno nie zabijają oryginału i nie tworzą repliki w miejscu docelowym, tylko naprawdę teleportują, ale narrator powiada „I don’t understand the explanation and I believe that every time I am teleported, I am killed, and a new person is created in my place.
This is, in fact, part of why I travel this way.

Właśnie wylądował na Amphitrite. A satellite city orbiting Triton, which orbits Neptune. Dalej jest ciekawiej: ludzie podbili Układ Słoneczny sterowani przez the Engineer, wielką AI, ale się zbuntowali. Narator nosi ze sobą jego fragment i chce odbudować. Śliczne, na pewno nie gorsze od nominowanych do nagród, choć z drugiej strony nie umiałabym wybrać.

Vanessa FoggTraces of Us„. W odległej przyszłości spotykają się dwa pochodzące ze Starej Ziemi inteligentne statki, natomiast w wątku równoległym w naszej teraźniejszości Daniel spotyka Kathy. Zawodowo oboje zajmują się pamięcią ludzką. Oczywiste, wtórne, przegadane, sentymentalne, jestem bardzo rozczarowana.

Linda NagataTheories of Flight„. Wygląda jak fantasy, ale być może jest to bardzo odległa przyszłość, lub inna planeta, lub świat równoległy, lub jeszcze coś innego. W świecie opisanym pojawia się silver, coś w rodzaju mgły, ludzie są od tego odgrodzeni wysokim murem, ponieważ dotyk silver jest śmiertelnie niebezpieczny, poza tym zmienia rzeczy w coś innego. Są też srebrne chmury i dlatego nie wolno konstruować maszyn latających. Ale młody bohater bardzo chciałby. Świat jest opisany w powieści „Memory” z 2003, a opowiadanie wygląda jak urwany początek kolejnej książki.

Nick WolvenLab B-15„. Technik laboratoryjny jest przerażony czymś, co się dzieje w laboratorium B-15. Doktor Jerry nic tam nie widzi. The Baxter-Clade Medical Center was funded with big donor money. It focused, consequently, on big-donor interests. Late-life therapies. Antiaging boondoggles. Artificial organs. A sample platter of rare cancers. Na początku wygląda to jak horror, ale dalej jest dokładnie „Fall” Stephensona, a musiało być pisane niezależnie. Zastanawiam się, czy Stephenson tego przypadkiem nie czytał w kwietniu 2018.

Vandana Singh „Requiem”. Bliska przyszłość. Bohaterka dowiaduje się z opóźnieniem, że jej ciotka zginęła rok wcześniej na Alasce, gdzie pracowała, badając pieśni wielorybów grenlandzkich. Warsha leci tam odebrać rzeczy ciotki. Bardzo ładne, praktycznie niefantastyczne, subtelne, głębokie. I fascynujący mnie od dawna temat: dlaczego uważamy, że bylibyśmy w stanie zrozumieć język ewentualnych alienów, skoro delfinów i wielorybów, od dawna dzielących z nami planetę, nadal nie rozumiemy.

Erin RobertsSour Milk Girls„. Narratorka jest nastolatką mieszkającą w the Agency, gdzie właśnie pojawia się nowa dziewczyna. Pachnąca kwaśnym mlekiem – not that I could really smell her from three floors up through the mesh and bars, but there’s only three types of girls here, and she was definitely the sour milk kind. Dziewczyny czekają na znalezienie nowego domu, ale w tej narracji jest coś, co od początku jeży włosy na karku. Bohaterki z całą pewnością nie są najgrzeczniejsze na świecie, even though Flash hadn’t really tried to kill anyone for at least a year. Ale to nie dziewczyny są tu najgorsze. Ishiguro mógłby to przeczytać. Przejmujące.

S. Qiouyi LuMother Tongues„. Drugoosobowa narracja, co prawie zawsze powoduje u mnie instynktowny opór i na każde „you” reaguję „nie, nie robię niczego takiego. Nie”. Rzecz jest o sprzedawaniu znajomości języków oraz imigrantach w kolejnych pokoleniach, bardzo kameralna, nieco zbyt oczywista.

Samantha Murray „Singles’ Day”. Singles’ Day, or Guanggun Jie, “Bare Sticks Holiday,” originated in China, and had become a global phenomenon, with the exception of most of the NoGoZo countries, by the mid 2030s. Singles’ Day is now unrivalled as the world’s largest shopping festival, with revenue and purchasing records continuing to be smashed every year, by billions upon billions of dollars. Singles’ Day is held on the eleventh of November annually, the so-called “Double 11” date, where the 1 represents an individual who is alone. Tak wygląda początek tego opowiadania, ale Guanggun Jie istotnie jest w Chinach świętowane. Następnie oglądamy krótkie obrazki z życia różnych kobiet, które łączy wygrana miejsca na statku na inną planetę, nową Ziemię obiecaną – dzięki temu, że dokonały jakiegoś zakupu w Singles’ Day. Niby wszystko oczywiste, ale to jedno z tych opowiadań, gdzie jest więcej emocji, niż słowa mogą przekazać.

Daryl GregoryNine Last Days on Planet Earth„. Przeczytałam tytuł i jęknąłam „nie, nie znowu umierająca Ziemia, nie!” oraz poważnie rozważyłam możliwość nieczytania. Na szczęście nie uległam pokusie, bo miałabym czego żałować. W 1975 dziesięcioletni LT obserwuje deszcze meteorytów, ale to są nasiona obcych roślin, które rozsiewają się na Ziemi i przez następne lata wyrastają z nich nowe inwazyjne gatunki. LT tymczasem dojrzewa, zostaje naukowcem, zakłada rodzinę. Kończymy w 2062, kiedy nic już nie wygląda jak poprzednio, choć przemiany dokonywały się powoli, niemal niedostrzegalnie. Niesłychanie przyziemna narracja, wnikliwy obraz świata, element fantastyczny absolutnie niezbędny i jednocześnie uniwersalny; zadziwiająco dobre opowiadanie, cała fantastyka powinna tak wyglądać. Nominacja do Hugo novelette, to jest ten przypadek, kiedy nawet nie mam ochoty sprawdzać, co wygrało, przecież nie mogło być lepsze…

Lavie Tidhar „The Buried Giant”. Przedziwny, niezwykle literacki wstęp zupełnie nie wyjaśnia, kim jest narrator i gdzie się rzecz dzieje, natomiast dalej mamy strukturę szkatułkową, jedna z postaci opowiada bowiem o chłopcu Olim, którzy był wychowywany przez androidy w sztucznym mieście. Coś z Wolfe’a (przepraszam, nic nie poradzę na to skojarzenie), coś z „Truman Show”, coś z…
– „There was a 56.998 percent chance of Oli dying if he left the town”.
– Tidhar, chyba czytałeś murderbota – wymamrotałam pod nosem. Czytał oczywiście również „Pinokia” i parę innych rzeczy. To nadal jest niezwykle ciekawy pisarz i nadal czekam, co z niego wyrośnie.
“But… but we can think,” said Mowgai.
Old Grandma Toffle snorted again. “Think!” she said. “And where did that ever get you?”

R.S.A. GarciaThe Anchorite Wakes„. Dziwne opowiadanie i dziwny świat przedstawiony. Siostra Nadine siedzi w kościele, do którego jest przytwierdzona, i ma moce, oraz tylko z rzadka miewa prawdziwe myśli. Odwiedza ją dziewczynka Louisa. Kto jest kim, o co tu chodzi – na początku można mieć tylko przeczucia, które pod koniec się konkretyzują, może nieco za bardzo. Nieprzypadkowo zapewne umieszczone zaraz po Tidharze, z którym koresponduje tematycznie.

Yoon Ha Lee „Entropy War”. Dziwniej i dziwniej. To są materiały dla studentów, raczej nie rasy ludzkiej, w formie opisu gry, z pytaniami pomocniczymi. Gra polega na entropy war i rozgrywa się ją cywilizacjami. Entropy is a necessary by-product of change. Change leads eventually to death; but without change there is no life.

Robert Reed „An Equation of State”. Znowu wojna kosmiczna. Pierwszoosobowy narrator jest żołnierzem armii pojawiającej się w obcym układzie słonecznym. Tylko wroga nie ma, trzeba się więc zaczaić, a w oczekiwaniu badać żyjące tu istoty oparte na wodzie. Zdaje się że cokolwiek zainspirowane przez „The Things” Wattsa, typowy dla Reeda bezosobowy styl bardzo pasuje do tego narratora, ale w sumie dość banalne.

John Chu „Quantifying Trust”. Maya pracuje nad AI algorytmami Machine Learning do rozpoznawania danych godnych zaufania. Nie idzie jej to, a jej nowy kolega Jake zachowuje się dość dziwnie. Fajne jest to, że nic nie wiemy na pewno, ale trochę irytujące, że donikąd to nie zmierza.

Sofia Samatar „Hard Mary”. Na wiejskiej farmie w Wigilię grupka dziewcząt się zbiera, żeby obejść stodołę siedem razy i ujrzeć swoich przyszłych mężów, w środku konie i krowy gadają ludzkim głosem, a bohaterkom nie udaje sie dotrzeć do celu, bo jedna z nich potyka się o metalową panią. Zabierają ją i nazywają Hard Mary. To jedno z tych opowiadań, które nie jest podobne absolutnie do niczego („T. Kingfisher” powiedziała mózgownica, „ale zupełnie inny” kontynuowała) i które potrafią wyciągnąć czytelnika z jego tu i teraz wkładając w całkiem inny świat, bo może jest i nieokreślony, ale realniejszy. Miejsce, w którym żyje narratorka, to wioska właściwie XIX-wieczna, religijni ludzie odrzucający wszelką technologię, coś w stylu Amiszów. Jak i dlaczego zaakceptują androida, oto interesujący temat. Fascynujący pomysł, świetnie napisane, choć nieco przegadane.

L.X. BeckettFreezing Rain, a Chance of Falling„. Toronto zasypał śnieg, a Woodrow Whiting lost all his social capital, i teraz gorliwie odśnieża, żeby zebrać punkty – wszystko się teraz dzieje w realu – bo bez nich nie dostanie pracy. Odśnieżanie jednak nie wystarczy i trzeba się porwać na bardzo ryzykowny czyn. Bardzo sprawnie napisane, fantastyczne językowo. Tu są w bardzo naturalny sposób pokazane skutki pomysłu, który brzmiał dla mnie kusząco, ten kapitał społeczny: w teorii może fajne, w praktyce jakież pole do nadużyć. Dalej tekst strasznie długo się rozwija, mnóstwo męczących szczegółów, czekałam na puentę.

Elizabeth BearOkay, Glory„. Jeśli jest się ekscentrycznym bilionerem, życie w inteligentnym domu na kompletnym odludziu jest bardzo fajne, chyba że dom ten zostanie akurat zhakowany przez ransomware i nie będzie można z niego wyjść. Bardzo zabawne. Nieco inne podejście do tematyki poruszonej tu wcześniej przez Ashby.

A.T. GreenblattHeavy Lifting„. Bohaterowie muszą powstrzymać kradzież robota, jedyny sposób jest manualny – złapać go i wyłączyć kluczem, robot ma 4 metry wzrostu, a wydarza się to piąty raz w ciągu dwóch tygodni. Sprawnie napisane, bardzo klasyczne.

Hannu RajaniemiLions and Gazelles„. Modyfikowani atleci biegną w wyścigu, a Jyri szuka klientów dla swojego startupu neurotechowego. Clue nie leży bowiem w modyfikacjach biologicznych, tylko sztucznym zwiększeniu motywacji… być może.

Alastair Reynolds „Different Seas”. Lilith żegluje samotnie po Pacyfiku w stronę Valparaíso, za chwilę tam będzie, kiedy ma awarię. Blokada steru, i nie tylko. Dostaje pomoc. Dość techniczne, nie całkiem oryginalne, puenty się domyśliłam błyskawicznie, ale nadal, napisane dobrze (i zauważyłam tę aluzję do gvzr gb qvr).

Aliette de Bodard „Among the Water Buffaloes, a Tiger’s Steps”. Dozois czy nie, de Bodard najwyraźniej jest obowiązkowa i tylko ja uważam, że mogłaby nie być. Nie jest to w każdym razie to jej universum Xuya. Tym razem the girls huddle together in the remnants of a house by the sea — every screen, every scrap of metal since long scavenged to keep their own bodies going — and tell each other stories. Of animals, and plants, and of the world before and after the Catastrophe. Może być, jak już naprawdę musi.

Ken LiuByzantine Empathy„. Drugoosobowa narracja, jesteś małą dziewczynką uciekającą przez błoto, wszyscy wokół ciebie giną łącznie z matką i małą siostrą… na szczęście za chwilę okazuje się, że to bohaterka doświadczała tych przeżyć w immersion suit. Chce pomagać uchodźcom kreując Empathium, natomiast jej oponentka Sophia przemawia do rozsądku i zbiera pieniądze używając kryptowalut. Które podejście jest lepsze, oto pytanie. Strasznie sucha narracja, dużo szczegółów.

Rich LarsonMeat and Salt and Sparks„. Huxley i Cu mają w pokoju przesłuchań młodą kobietę, która zastrzeliła przypadkowego przechodnia, a za uchem ma wszczepkę wifi. Cu natomiast jest szympansicą. Interesujący jest tu bardzo realistyczny sposób „wynajmowania” ciał osobom, które obserwują przez kamerę i słuchają przez mikrofon, oraz mówią „marionetce” co ma mówić i robić, do zrealizowania z dzisiejszą technologią. Do tego ta nietypowa bohaterka, której tożsamość jest tu absolutnie niezbędna. Elementy znajome, ale emocje we właściwym miejscu, bardzo ładne opowiadanie.

Carolyn Ives GilmanUmbernight„. I have been too angry at her whole generation, those brave colonists who settled on Dust and left us here to pay the price. Narratorka właśnie wraca do osady z wyprawy badawczej („All I ever brought back was more evidence of how unsuited this planet is for human habitation„). Jest jesień, a za chwilę będzie Umbernight, kiedy na niebie pojawi się bliźniacza gwiazda układu, która emituje śmiertelne promieniowanie i trzeba się zamknąć w jaskiniach. Michiko przeżyła tak młodość, teraz już posiwiała, ale w jaskini zamknąć się nie może, bo trzeba jechać odebrać przesyłkę. Kompletnie nie rozumiem pomysłu wysyłania w ciemno rzeczy na odległą planetę po wielu latach życia tam osadników, to jest tu najsłabszy pomysł. Drugi to te betnavmzl cbpułnavnwąpr śjvngłb m jvqmvnyartb fcrxgehz – avr glyr olłlol avrjvqbpmar, pb pnłxvrz pmnear an gyr emrpml jvqbpmalpu. Mimo sztafażu sf jest to jednak horror, i trochę szkoda niewykorzystanego pomysłu, że kolonizatorzy pragnęli świata opartego na racjonalizmie.

„Pozwolę ci odejść” Clare Mackintosh

Matka odbiera ze szkoły pięciolatka, idą do domu, dziecko się wyrywa i biegnie, potrąca je samochód, ze skutkiem śmiertelnym, kierowca ucieka. To prolog. Normalnie unikam takich tematów, ale Zuzanka obiecała twist, poza tym tu złe wydarza się od razu na wejściu. Dalej jest pierwszoosobowa relacja zdruzgotanej tym wypadkiem Jenny, która ucieka ze swojego domu, zaczyna nowe życie na odludziu, a przynajmniej próbuje, bo co noc śnią się jej koszmary. Ten wątek przeplatany jest standardowym dochodzeniem policyjnym: Ray i Kate próbują odnaleźć kierowcę, który potrącił Jacoba. On ma żonę, córkę i nastoletniego syna mającego kłopoty w szkole, ona jest młoda i ambitna, punktów zaczepienia brak, śledztwo należy odłożyć ad acta… do czasu.

Twist jest rzeczywiście na miarę „Zaginionej dziewczyny„, po nim natomiast jest już banalniej. Wiedziałam od początku, kim się okaże ząż obungrexv, oraz o co chodzi z Gbzrz v m bwprz obungrexv, scena kulminacyjna też nie ma w sobie niczego zaskakującego. Jest tu akcent polski: rodaczką okazuje się postać trzecioplanowa, ale istotna dla fabuły. Oczywiście jest polską sprzątaczką, co nieco mnie dziwi, mam kilkunastu znajomych, którzy wyjechali do Wielkiej Brytanii, nikt z nich nigdy nie pracował jako sprzątacz, a we wszystkich współczesnych książkach jak nie sprzątaczka, to robotnik. Ale tu akurat potrzebna była młoda, zagubiona imigrantka, więc trudno się czepiać. Z ciekawostek: autorka faktycznie przez 12 lat pracowała jako policjantka, a pomysł na książkę poddała jej prawdziwa historia dziewięciolatka zabitego przez samochód, którego kierowca uciekł z miejsca zdarzenia.

„Nekrosytuacje. Perełki z życia grabarza” Guillaume Bailly

Grabarz (tym mianem autor określa każdego pracownika zakładu pogrzebowego): zawód niezbędny, każdy ma z nim kiedyś do czynienia, a jednak starannie unika się rozmyślania o tym fakcie. Kiedy już musimy się z nim zetknąć, nie w głowie nam anegdoty. Pewnie stąd taka popularność na polskim fejsie Zakładu Pogrzebowego Bytom, i stąd najpierw we Francji, a potem w Polsce licznych wielbicieli znalazły niniejsze historie spisane przez grabarza, przeżyte przez niego osobiście lub opowiedziane przez kolegów.
Zaczyna się licznymi wstępami, pierwsze opowieści są natomiast dość błahe i bez puent, ale potem się rozkręca i faktycznie wciąga. Jak w każdej pracy, gdzie ma się do czynienia z jednostkami ludzkimi, również pracownik pogrzebowy napotyka osoby dziwne i zachowujące się nietypowo, i nawet jeśli część tego można łatwo wyjaśnić niecodziennymi okolicznościami, to jednak nie wszystko. Są tu na przykład trzy panie, matka staruszka i dwie córki, które żądają wystawnej ceremonii pogrzebowej dla… ulubionego pieska. Jeśli wierzyć Bailly’emu, pochówek się odbył według życzeń. Pojawia się tu również pracownica społeczna domu dla starszych osób, która nie chce poinformować rodziny o zgonie osoby będącej pod jej opieką. Trudno się jej dziwić, bo pracuje w tym zawodzie dopiero od tygodnia, niestety grabarz nie chce jej zastąpić. Jest tu też pani, która zmarła tak dawno, że dokonał się proces mumifikacji, i zaskakuje tylko, że jej kurator cały czas brał pieniądze za opiekę nad nią. Są oczywiście  trumny zamienione w rozmaitych okolicznościach, a nawet pomyłki dotyczące zmarłych.
Zdumiewająca jest mnogość sposobów, w jakie klienci narratora dokonali żywota. Niektóre wydają się pomyślane przez scenarzystę z nadmiarem wyobraźni i brakiem wszelkich zahamowań, a przecież jak w życiu tak w śmierci: wydarzyć się może naprawdę wszystko.

„Małe Licho i anioł z kamienia” Marta Kisiel

Wbrew tytułowi Licha, małego aniołka z katarem i zamiłowaniem do gruntownych porządków, znanego z „Tajemnicy niebożątka” i poprzednich książek Marty Kisiel, jest tu mało. Zaczynamy wprawdzie od świąt Bożego Narodzenia spędzanych w komplecie: dziesięcioletni Bożydar zwany Bożkiem, jego mama, dwaj wujkowie, dwa anioły (jeden mały, drugi duży), dwa potwory z mackami (podobnie zróżnicowane), utopce, widma, różowe króliki; krótko mówiąc zupełnie zwykła rodzina, która lubi piec pierniczki na choinkę, a na kolację wigilijną serwuje barszczyk, i problemem jest tylko reakcja Tsadkiela na wręczony mu przez Bożka prezent. Kolejnym problemem jest wybuchająca w domostwie epidemia ospy. Żeby uniknąć zwiększania chaosu i pozarażania wszystkich, Bożek wraz z Guciem i Tsadkielem wyjeżdżają do ciotki Ody. Tu jest pierwszy moment, w którym domyślamy się, że autorka nie ma do czynienia z dziećmi. Wywiezienie dziesięciolatka na ferie do obcej osoby, bez tłumaczenia mu, gdzie i do kogo jedzie: nie bardzo jest to dobry pomysł. Ale ciotka Oda jest fajna, ma Kuleczkę, ma Bazyla… i tego Tsadkiel doprawdy znieść nie może, alleluja. A to dopiero wierzchołek góry lodowej.
Cieszę się, że jest kolejna z upragnionych przeze mnie ze dwudziestu części tego cyklu, w przyszłym roku ma być następna, i mam nadzieję, że będzie dłuższa. Ta jest za krótka. Ma też być kolejna z serii wrocławskiej, będę wypatrywać.

„Soif” Amélie Nothomb

Opowiada Jezus w noc przed ukrzyżowaniem, najpierw wspomina swój proces. Zeznawali przeciwko niemu nowożeńcy z Kany Galilejskiej – dlaczego zamienił wodę w wino dopiero, jak już tego ostatniego zabrakło, dlaczego musieli się wstydzić za ten brak, i dlaczego w ten sposób pili lepsze wino po gorszym? Przecież mógł wcześniej się o nich odpowiednio zatroszczyć, skoro ma moc. Łazarz z kolei się skarżył, że z winy Jezusa śmierdzi teraz trupem, matka uzdrowionego dziecka narzeka, że bachor teraz nie daje jej spokoju, i tak dalej. Jezus zresztą od początku wie, jak to się skończy, choć nie spodziewa się ukrzyżowania, i bardzo boi się bólu.

Wspomina Judasza. Był on „chodzącym problemem, twórcą zamieszania, upierdliwcem”. Wspomina Marię Magdalenę, którą kochał. I rozważa tytułowe pragnienie, rozwodząc się nad tym, że przeciwieństwem głodu jest sytość, cierpienia ukojenie, zmęczenia wypoczynek, a nie ma słowa przeciwnego do pragnienia (po polsku można od biedy użyć słowa napojony, ale też nie brzmi naturalnie). Pierwszy łyk wody dla spragnionego człowieka jest Bogiem – i pisząc to, zdaję sobie sprawę, jak idiotycznie i mistycznie to brzmi, ale u Nothomb takie nie jest. Nie sprawia tego wrażenia również opisywane dalej cierpienie na krzyżu, bardzo przejmująco. Jakkolwiek zaskakująco by to nie brzmiało, pisarka wraca do początków mitu leżącego u podstaw chrześcijaństwa, i jest w tym przekonująca. Być może w ogóle istota człowieństwa leży w poświęcaniu się dla innego dobra. Chociaż jeśli decyzję o tym poświęceniu podjął ktoś inny, chyba nie jest to już takie oczywiste.

Ten Jezus został wykreowany na obraz i podobieństwo swojej stwórczyni; jak ona jest logiczny, ironiczny i filozoficzny. A także pełen erudycji, odwołuje się do Prousta (określonego tu jako największy pisarz), Teresy z Avili, Seneki i François de Malherbe. Jest również niesłychanie cielesny, nadal typowo dla tej autorki. Cała ta książka jest o zaletach posiadania ciała, narrator wielokrotnie powtarza, że ojciec nic o tym nie wie, nie ma przecież substancji cielesnej. On zaś z ciała korzystał i jest mu przykro je porzucać. Gdyby miał wybór…

Bardzo cenię Nothomb za jej właściwie przerażającą konsekwencję – ta książka znowu ma 150 stron, znowu wychodzi na początku września, jak co roku, znowu zawiera słowo „pneu”; i za jej wyjątkową osobność. Właściwie nigdy nie wiadomo, czego się po niej spodziewać, poza tą szczególną zwięzłością, pozorną prostotą i klarownością obserwacji oraz narracji. Uwielbiam poza tym sposób, w jaki stawia słowa obok siebie: wydaje się, że takie było ich przeznaczenie, że właśnie tak należało ująć sprawę, że to było oczywiste od zawsze. Jak w 2016 i 2015 mamy tu do czynienia z rozwinięciem istniejącej fabuły, choć i tu żadnej reguły nie da się dojrzeć: był Wilde, był Perrault, parę lat wcześniej Sinobrody, teraz jest Biblia. Trudno sobie wyobrazić, co Nothomb napisze po tym.