„Gwiazdor” Piotr C.

Styczeń, Warszawa. Narratorem jest niemal czterdziestoletni warszawiak, scenarzysta, cyniczny i znudzony („Pięć lat temu to ja miałem trzydzieści cztery lata. Teraz mam sto trzydzieści cztery”). Poznajemy go, kiedy staje przed zadaniem przepchania zlewu, lecz odrywa go od tego kobieta przysłana przez znajomego rapera. Kobieta owszem, otrzymuje zadanie do wykonania, a Benek wieczorem odwiedza Rygla, któremu, poproszony o pieniądze (w domyśle: banknot do wciągnięcia działki) wręcza pięciozłotówkę. Muszę przyznać, że pokochałam narratora błyskawicznie. U Rygla kokaina wciągana jest z… nie zdradzę, ale to przezabawna scena, a nadesłana wcześniej kobieta była łapówką, żeby Benek zgodził się zająć kuzynką rapera. Uniosłam lewą brew na milimetr i rzekłam do kindla „ale to chyba nie będzie TAKA książka..?” na co kindle tylko uśmiechnął się znacząco. Bohater ma wbrew pozorom miękkie serce, oraz się nudzi, więc się godzi, i tak w jego życie wkracza Ślązaczka Paulina z swoim synkiem, ale to dopiero wstęp do dalszych wydarzeń. Rygiel znika, a to bardzo źle, podejrzany jest bowiem w sprawie kryminalnej.

Jest tu bardzo przyzwoita akcja i świetni bohaterowie, zwłaszcza Benek, przegrany, zrezygnowany, pijący za dużo, rodem z kryminału noir okraszonego bardzo cierpkim poczuciem humoru. Przepięknie opisana jest historia z Martą, zwięźle i dojrzale. Dowcip miesza się tu z brutalnością, barwne dygresje z trafnymi obserwacjami, a życie celebryckiego światka z poważnymi tematami, wszystko odmierzone w idealnych proporcjach i podane specyficznym stylem autora, pełnym ironii. Żałowałam tylko oenxh qbzxavępvn jągxh Cnhyval v wrw zężn.

Duży szacunek należy się autorowi za odważne podjęcie tematyki kobiet pracujących swoim ciałem. Nadal jest to temat tabu, spychany do podziemia. Przemilczaniem i wyśmiewaniem sprawy się jednak nie załatwi, najstarszy zawód świata jest i będzie wykonywany, a tym dziewczynom jak każdemu należy się poczucie bezpieczeństwa. Potrzebna jest edukacja oraz pokazywanie blasków i cieni takiego wyboru.

„Jak nakarmić dyktatora „Witold Szabłowski

Zdążyłam się skrzywić nad egzaltacją w pierwszym akapicie „Przystawki”, bo tak właśnie są tu ponazywane rozdziały – że niby siedzimy w restauracji ze sztućcami w dłoni – i po chwili uświadomiłam sobie, że jeszcze się nie zdążyłam odkrzywić, a tu już połowa książki minęła. Ponieważ: kucharze. Każdy człowiek umie jeść, przeważnie też umie sobie przygotować jakieś jedzenie, każdy ma wizję na temat tego, jak pewne potrawy powinny smakować, prawie każdy pragnie od czasu do czasu nakarmić innych, żeby jego wizję poznali i docenili, i niech rzuca kamieniem ten, kto nigdy sobie nie zamarzył, że może by restaurację otworzyć. A nawet jak nie, to w sztuce kulinarnej każdy się czuje świetnie i od czasu do czasu chce wiedzieć, jak to robią zawodowcy. Tutaj zaś są zawodowi kucharze oraz równie zawodowi dyktaktorzy, połączenie samograj.

Abu Ali, kucharz Saddama Husajna, musiał pewnego dnia zjeść upieczoną przez szefa köftę, którą ten dla dowcipu obficie doprawił sosem tabasco. Mimo to twierdzi „Z całej rodziny Al-Tikritich jedyną dobrą osobą był Saddam. Nie wiem, jak on się między nimi uchował.” Od żony dyktatora Ali nauczył się gotować złodziejską zupę rybną z Tikritu. Są tu przepisy, wyróżnione kursywą, nie bardzo szczegółowe, ale wystarczające, żeby sobie wyobrazić smak. I jest cała otoczka, którą czyta się jak jakąś bardzo przesadzoną fantastykę: wszyscy pracownicy Saddama co roku otrzymywali nowe samochody. Pewnego dnia syn Saddama zabił kijem jego ochroniarza, który po pijaku strzelał w powietrze i nie chciał przestać. Saddam w tajemnicy przed pierwszą żoną poślubił drugą, i tak dalej. Odwiedzamy również liczne pałace, które kazał zbudować, a w nich kazał sobie gotować, nawet jeśli pałacu nie zamierzał odwiedzać. Jedzenie potem było wyrzucane, a biedacy, którzy próbowali je zabrać, bici.

Przenosimy się do Ugandy. Kucharz Idiego Amina pochodzi z plemienia Luo, tego samego, z którego wywodzi się Barack Obama. Wcześniej gotował dla premiera Miltona Obote, ale to dyktator podniósł mu pensję trzykrotnie, podarował mercedesa i zmuszał do poślubiania kolejnych kobiet. Nakazał również wszystkim obrzezanie (dobrze w sumie, że nie ucięcie języka na przykład, albo i kastrację). W końcu podejrzewając go o chęć otrucia wyrzucił go z pałacu i z kraju. Odera cudem uniknął śmierci.

Opowieść kucharza Envera Hodży (zmuszonego do pracy dla dyktatora przez partię, odmowa nie wchodziła w grę) przeplata historia Jovana, który poświęcił całe życie poszukiwaniom śladów swojego ojca, zamordowanego przez reżim, kiedy syn miał 6 miesięcy, ponieważ rzekomo był szpiegiem. Jovan odnalazł wykonawcę wyroku, który strzelił ojcu w tył głowy, co pamiętał, ale nic więcej. „A na koniec rozmowy, jakby chciał rozmówcę pocieszyć, dodał: „Panie Jovanie, wszyscy jesteśmy ofiarami tego strasznego systemu”.” Kucharz Hodży natomiast musiał ściśle dbać o dietę cukrzycową dyktatora, ze świadomością, że w każdej chwili grozi mu śmierć, gdyby przywódcy cokolwiek dolegało.

Kucharzy Fidela Castro jest dwóch, w tym jeden obłąkany, ale najwyraźniej pamięta wszystko, i jego opowieść jest bardzo malownicza, nawet jeśli nieco chaotyczna. A zaczyna się tak samo, jak w przypadku kucharki Pol Pota, której zwierzenia przeplatają kolejne rozdziały, a potem wieńczą całość: zaczyna się entuzjastycznym przyłączeniem do Rewolucji mianowicie. Jest więcej podobieństw. Kucharze Fidela, tak jak kucharka Pol Pota nadal twierdzą, że ich przywódcy byli dobrzy i nikogo by nie skrzywdzili. Ta ostatnia w ogóle kończy książkę dramatycznym i najwyraźniej absolutnie szczerym „Po tym wszystkim, co ode mnie usłyszałeś, sam sobie odpowiedz: czy można go było nie kochać?”

„Topiel” Jakub Ćwiek

Początek lipca 1997. Trzynastoletni Józek przyjechał z Chorzowa na wakacje do Głuchołazów, do swojego kuzyna. Razem z nim i jego kolegami idą do zakładów papierniczych kraść, to znaczy ratować komiksy przeznaczone na przemiał. Bez ustanku leje deszcz, my oczywiście wiemy, jak to się za chwilę skończy, bohaterowie jeszcze nie. Szybko jednak nadchodzi kataklizm. Punkt widzenia przesuwa się między przyjezdnym Józkiem, jego kuzynem Darkiem zakochanym pierwszą szczenięcą miłością, Grześkiem – synem ociemniałego ojca, oraz Kacprem, który ma fantastycznego dziadka czytającego Wiedźmina. Mamy też co pewien czas „luźne kartki”, zawierające tajemnicze sceny, mające uzupełnić całość obrazu. Z pierwszej z nich wiemy, że w Głuchołazach odnaleziono ciało nastolatka, ale jego tożsamość pozostanie tajemnicą niemal do końca. Powódź odmalowana jest bardzo realistycznie, bohaterowie przeżywają swoje nastoletnie rozterki, a do tego pojawia się motyw rodem z thrillera, kiedy chłopcy dokonują makabrycznego odkrycia. Pierwsza połowa książki rozkręca się dość powoli, ale końcówka lat 90 przedstawiona jest bardzo plastycznie, a akcja jest wciągająca, nawet jeśli ostatecznie raczej gorzka.

Autor w posłowiu wyznaje, że wzdraga się (korekta pozostawiła co prawda „wzdryga”, ale moje oczekiwania ostatnio spadły tak, że wystarcza mi brak rażących błędów ortograficznych) przed określeniem „na faktach”, przyznaje jednak, że to osobista książka. W 1997 był w wieku nastoletnich bohaterów, i jak oni pracował w Głuchołazach podczas powodzi jako wolontariusz, roznosząc po mieście dary z Caritasu. Obdarował niektóre postaci zawodami wykonywanymi wtedy przez swoich rodziców i krewnych oraz posiłkował się ich wspomnieniami.

„Historie podniebne” Jakub Małecki

Słyszałam już o Małeckim (jest również tłumaczem, między innymi Jemisin), który zaczynał od fantastyki, ale do tej pory jakoś się z jego twórczością mijałam. Sięgnęłam więc po ten ubiegłoroczny zbiór opowiadań, i okazało się, że to proza minimalistyczna i niezwykle klarowna, a to cenię najbardziej. Narracja wydaje się płynąć sama, wartkim potokiem bez żadnych potknięć, autor dokładnie wie, co chce powiedzieć, i jak ma to zrobić.

W pierwszym tekście opowiada syn Felicjana Taranowicza, najwybitniejszego polskiego prozaika, mającego pewne rysy Lema: uwielbienie dla słodyczy co najmniej. Akcja dzieje się już po śmierci pisarza, i jest to wspomnienie, dojrzałe rozliczenie syna z własnym nietypowym dzieciństwem, portret niezwykłego i niełatwego człowieka oraz rzecz o starzeniu się, odchodzeniu i radzeniu sobie z utratą. Wszystko to skondensowane do paru stron, na koniec których miałam być może jakąś wilgoć w oczach.

Drugie opowiadanie to fantastyka. Dawno temu przez wieś przeszły Pająki, niektórzy ze spotkania z nimi nie wrócili, inni postradali zmysły. Nikt już nie wie, czy to była prawda, ale narrator ma brata zamkniętego w pokoju i wyjącego po nocach. Puenta oczywista, pomysł nienowy, lecz to kolejna znakomicie naszkicowana wizja świata.

„Projekt z dziedziny fizyki kwantowej” oraz „Dom z czekolady” są rozpisane na scenariusze, obydwa niefantastyczne, ten drugi właściwie nadający się do sfilmowania od ręki. Przejmujący, niezwykle precyzyjny tekst, złożony niemal wyłącznie z dialogu. „Utracone światy Niño Sandovala” to opowieść o życiu nierozerwalnie splecionym z wierzeniami w potwory. Jest w tym opowiadaniu dużo więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. „Niedaleko” ma monotonny rytm horroru: szóstka ludzi idzie przez opustoszały świat, w którym nie daje się otworzyć żadnych drzwi ani okien. Po nocy spędzonej przy ognisku ze zdumieniem odkrywają szczątki jakiegoś zwierzaka i idą dalej w piątkę. To przeplatane wspomnieniami narratora, ponieważ Małeckiego najbardziej interesują ludzkie życia i ich punkty zwrotne. Tak jest i w tytułowym „M. Historia podniebna”, opartym znowu na banalnym pomyśle. Mała dziewczynka (rocznik ’81) pisze króciutkie liściki do ojca, i wysyła je, przywiązując do baloników. A potem dorasta. Nie wiem, co tu jest najlepsze: konsekwentny minimalizm, wnikliwy i subtelny futuryzm, czy po prostu humanizm.

Zaopatrzyłam się już w inne książki autora.

„Prince Polonia” Max Cegielski

Indie, Delhi, 1987, przyjeżdżają tu po raz pierwszy Jan i Radek, ale to nie jest opowieść podróżnicza. Chłopcy niczego nie zwiedzają: będą handlować. Zainwestowali oszczędności w lot, z międzylądowaniem w Dubaju, gdzie kupili whisky. W plecakach przywieźli elektronikę z Polski (oczywiście nielegalnie), sprzedadzą wszystko z trzy-, czterokrotnym przebiciem. W Polsce oczywiście jeszcze bieda po stanie wojennym, lata dzikiego kapitalizmu są jeszcze przed nami, ciągle przecież są kartki, ale już można kupić wystarczająco wiele rzeczy, żeby było co sprzedawać w Indiach, gdzie chłonie się wszystko. Za zarobek można kupić tanie bawełniane ciuchy i wysłać paczką do kraju; sama jeszcze doskonale pamiętam te indyjskie sklepy, a nawet parę ubrań w nich kupionych.

Bohaterowie są ze Szczecina, poznali się w 83 na obozie w NRD, szli do klasy maturalnej. Nieco zagubionego, nieżyciowego Radka wciągnął na swoją orbitę przystojny, przebojowy Jan, nauczył go handlu i obchodzenia się z dziewczynami. W następnym roku szkolnym będą razem wzdychać do nowej uczennicy w szkole, Magdy, przybyłej z Zachodu, obytej, atrakcyjnej i niedostępnej. Oglądamy to wszystko oczami raz Radka, raz Janka, raz obserwatora zewnętrznego, który spisuje opowieść o nich, potem komentowaną w pierwszej osobie przez samych bohaterów. Na początku trudno się w tym połapać, a narratorzy nie różnią się tak bardzo, żeby te ciągłe przeskoki miały sens, ale potem historia łapie rytm. A poza tym wciąga. Tę handlową rzeczywistość lat 80-tych pamiętam z opowieści, moja Matka była bodaj w Baku, oczywiście ona ze swoim ujemnym zmysłem handlowym nie miała pojęcia, że można, a nawet należy tak postępować. Podobno była zaskoczona, kiedy panie z wycieczki powyciągały jakieś dobra z walizek, a etażne się na to rzuciły.

Wracając do książki, Janek się rozkręca, opracowuje własną pętelkę Singapur–Berlin–Moskwa–Delhi, dorabia na boku, sprzedaje przywiezione dobra na Stadionie, wysyła polskie dżinsy do Związku Radzieckiego. Oczywiście to wszystko nielegalnie, chłopakom trzeba podrasować paszporty. Lecąc przez Moskwę, cudem unikają wielkiej wpadki w Delhi. Ich boss będzie musiał zmienić strategię.

Odrobinę żałowałam, że to nie reportaż, ale niewątpliwie jest tu wystarczająco dużo prawdy. Cegielski wkłada w usta Jankowi wypowiedź na ten temat: „zresztą jakie to ma znaczenie, ludzie chcą wciągającej opowieści, a czy to się wydarzyło naprawdę, czy nie, co to kogo obchodzi.
Ty może uważasz, że to różnica? Masz z tym problem?
Macie jakieś tam zasady i kodeksy honorowe dziennikarstwa, że wolno albo nie wolno?
Mnie, jako czytelnika, to nie interesuje
.”

Czytając o polskich dyplomatach w Indiach, natychmiast pomyślałam o „Kamiennych tablicach”, choć czytałam je niemal dosłownie wieki temu. Otóż Cegielski w posłowiu wymienia tę właśnie książkę jako inspirację. Czasem przeraża mnie własna mózgownica i jej skojarzenia.

„Królowa głodu” Wojciech Chmielarz

Ależ się dałam nabrać! Przekonana, że po dziewięciu kryminałach to z absolutną pewnością musi być kolejny, wcale nie sprawdziłam, o czym to jest. A tam żlebodźwiedź, Nowa Holandia, bohater na koniu i z szablą z żywmetalu. Przez chwilę jeszcze sądziłam, że to jakaś wstawka typu postać czyta książkę lub gra w grę, ale rzecz się przedłużała, i część mojej mózgownicy zakrzyknęła dramatycznie:
– Sprawdź to natychmiast! To na pewno jest jakiś inny autor z tym samym nazwiskiem! To niemożliwe! Chciałam kryminał! Nienawidzę fantasy! Zwrot pieniędzy!
– Po stylu jego poznacie go – odparła na to trzeźwo ta bardziej racjonalna część mózgownicy.

Autor oczywiście ten sam, a moje zdziwienie byłoby mniejsze, gdyby Chmielarz pisywał horror, od tego łatwiej w jedną stronę przejść do thrillera i kryminału, a w drugą do fantasy. Jego powieści były jednak tak solidnie osadzone w realiach Polski współczesnej, tak namacalna topografia Gliwic czy Warszawy, że przejście do fantasy naprawdę mnie zaskoczyło. Przy czym jest tu, jako się rzekło, Nowa Holandia, której żołnierza przed żlebodźwiedziem ratuje Polak – ten własnego kraju nie ma. Za to podejmuje się zaprowadzić bohatera do osady zwanej Kaźń. W prologu poznajemy również niejakiego Sirena, do którego zwracają się per „szeryfie”, i natychmiast zyskujemy pewność, że nie jest to osobnik cofający się przed czymkolwiek. Dowiadujemy się też, że dopiero co były dwie wojny, że czasy i okolice najwyraźniej są trudne, a teraz, po odkryciu zasobów żywmetalu, łatwiej nie będzie.

Chmielarz oczywiście czytał „Wiedźmina” – rytuały z żywmetalem i treningi, kobieta z paskudną blizną na twarzy, walki z potworami, twardzi mężczyźni, skomplikowana polityka, krajobraz po wojnie, nawet kąpiele w balii. Nie mam za złe, z najlepszych wzorców należy czerpać, a cała osnowa i stylistyka jest całkiem inna. No właśnie, gdzie my w ogóle jesteśmy? Są Anglicy, Holendrzy, Polacy oraz Rumuni, wszyscy najwyraźniej porozumiewający się tym samym językiem; Francuzi w swojej osadzie mają symbol ażurowej wieży: czyli albo jesteśmy na skolonizowanej innej planecie, czemu przeczy dziewiętnastowieczna technika bez śladów bardziej nowoczesnej. Albo jest to historia alternatywna, różniąca się od naszej gdzieś na etapie… meteorytu tunguskiego? Który mógłby być źródłem żywmetalu i innych zmian w przyrodzie? Pojawiają się dalej w tekście bodaj trzy jednowyrazowe napomknięcia potwierdzające pierwszą hipotezę. Burczałam pod nosem, że skoro mieli cywilizację i technologię międzygwiezdną, to jakieś jej ślady powinny jednak pozostać, nawet po wojnie globalnej.

Poza tym czyta się to świetnie, a wyjątkowo zachwycającym pomysłem jest boks i jego rola w Nowej Holandii – jest to w Lunie, która jednak wyszła rok po „Królowej Głodu”. McDonald być może pomysł sygnalizował we wcześniejszych opowiadaniach z tego świata, ale nawet jeśli Chmielarz jest aż tak zapalonym czytelnikiem sf w oryginale, to jest ten motyw wykorzystany znakomicie. Doceniam minimalizm w użyciu atrybutów fantastycznych. Na żywmetalu każdy początkujący pisarz zbudowałby całą akcję, tu natomiast jest on w dużej mierze ozdobnikiem, rzecz opiera się na ludziach. A ci są świetni – Siren twardy, lecz starzejący się i w głębi duszy przerażony; Bram niby pewny siebie, a jednak napotykający na przeszkody i komplikacje, których się nie spodziewał; Piotr Lisiecki, którego łatwo byłoby postawić na piedestale wszechmocnego wojownika, ale autor uniknął tego błędu; i last but not least Ellen. Oraz owszem, jest tu i typowy dla Chmielarza zwrot akcji.

Dramatyczna część mojej mózgownicy na pytanie, jak jej się podobało, każe napisać „to nie jest fantasy. A poza tym Chmielarz może pisać i fantasy. Czytałabym!”.

„Na plaży Chesil” Ian McEwan

Południowa Anglia, lipiec 1962 (książka jest z 2007, miała nominację do Bookera). Edward i Florence, student i skrzypaczka, mają po dwadzieścia dwa lata, właśnie się pobrali, są w podróży poślubnej w nadmorskim hoteliku. On będzie pracował u jej zamożnego ojca, ona zamierza odnosić sukcesy ze swoim kwartetem skrzypcowym, mają pieniądze na dom, kochają się, są pierwszym pokoleniem, które nie pamięta wojny, przyszłość jest świetlana. Stoi jednak przed nimi wyzwanie pod nazwą noc poślubna, i o tę rafę wszystko się rozbije. Żadne z nich nie ma doświadczenia w seksie z płcią przeciwną, ich dotychczasowe kontakty ograniczały się do nieszczególnie namiętnych pocałunków, Edward błędnie zakłada, że Flo odczuwa to samo pragnienie co on, dziewczyna zaś co prawda przeczytała odpowiednią książkę, ale ta lektura raczej tylko zwiększyła jej przerażenie. Nie rozmawiali o tym z nikim, nie rozmawiają też ze sobą, bo nawet nie wiedzą, jak zacząć. McEwan opisuje to wszystko szczegółowo i jednocześnie subtelnie. W retrospektywie widzimy przeszłość bohaterów, w zakończeniu zaś dalszy ciąg, przy czym proporcja między tą jedną dobą a resztą ich żyć jest celowo zachwiana. Czy rzeczywiście przemilczane emocje mogą mieć taki wpływ na całe życie – autor nie ma tu wątpliwości.

„Interlibrary Loan” Gene Wolfe

Ostatnia książka Gene’a Wolfe’a, wydana pośmiertnie w czerwcu. Jest to ciąg dalszy „A Borrowed Man” i jak to Wolfe, nie bawi się w żadne próby streszczeń ani objaśniania świata. Narrator powiada po prostu „jak chcecie wiedzieć, o co chodzi, sięgnijcie do mojej poprzedniej książki”. Ern A. Smithe jest klonem znanego XXI-wiecznego pisarza, z jego wspomnieniami, mieszka na stałe w bibliotece. Wraz z dwiema innymi klonkami (nie mam pojęcia, jaki jest feminatyw od „klon”, ale jest potrzebny) zostaje wypożyczony i przewieziony do biblioteki na drugim końcu świata. Tam trafia do domu niejakiej pani Fevre, która posiada tajemniczą książkę z jeszcze bardziej tajemniczą mapą, nie posiada natomiast męża, który podobno tajemniczo zaginął siedem lat temu. Następnie sprawy się komplikują znacznie bardziej.

Jest tu uzasadnione, dlaczego pani Fevre nie wynajmie sobie raczej prywatnego detektywa, podobno dlatego, że jest to za drogie, znacznie taniej wychodzi wypożyczyć klona pisarza powieści detektywistycznych. To wyjaśnienie na miarę Wolfe’a: wszędzie jest podkreślane, że wypożyczenie klona wymaga wniesienia bardzo wysokiego depozytu, na co mało kogo stać w tej małej miejscowości. Pani Fevre najwyraźniej ma więc dość pieniędzy, a jednak detektywa nie chce. Widocznie coś ukrywa, co żadną niespodzianką nie jest. To Wolfe: jfmlfpl xłnzvą. Narrator regularnie nas informuje, że rozmawiali jeszcze o innych sprawach, które jednak nie były interesujące. Inne postaci zapominają, udają, że zapomniały, snują dziwaczne dygresje, Smithe znienacka wyskakuje z rozwiązaniami albo opisuje coś tak nieprawdopodobnego, że czytelnik wybałusza oczy, ale zamiast rzucić książką w kąt czyta nadal z nadzieją na wyjaśnienia, których po tym autorze zazwyczaj nie należy sie spodziewać, ale w tym wypadku jest ich jeszcze mniej niż zwykle, a cała akcja coraz bardziej traci spójność i osuwa się w jakąś halucynację, w której postaci pojawiają się i znikają. Mam wrażenie, że ta książka nie została dokończona. Cała końcówka nawet jak na tę poetykę jest chyba po prostu niedopracowana. Szkoda, że wydawca nie poinformował, że to zaledwie pierwszy szkic powieści, jeśli tak było, a na to wygląda.

Bez względu na niedociągnięcia, nadal najmocniej – tym mocniej, że wydaje się wrzucone mimochodem – tu rezonuje ten pomysł, że ludzie, najnormalniejsi w świecie ludzie, z osobowością, świadomością, wspomnieniami, są rzeczą bez żadnych praw, którą można zabić i spalić, gdy już niepotrzebna. Tym straszniejsze, że inne istoty najwyraźniej nie wiedzą na pierwszy rzut oka, z kim mają do czynienia. Smithe musi się sam przyznawać do swojego statusu, i nie widzi w tym niczego niepokojącego (czy widzi, ale nie może się do tego przyznać?).

Zawsze miałam problem z metaforycznym kołkiem do odwieszania niewiary. Żądam od dzieła przynajmniej wewnętrznej spójności. Jestem święcie przekonana, że nawet autor fantastyki – zwłaszcza autor fantastyki – musi przestrzegać opracowanych przez siebie reguł, inaczej tworzy śmieć. Wolfe jest jednym z bardzo nielicznych pisarzy, od których się tego nie domagam. Choć może inaczej: jego światy z pewnością mają solidne podłoże i zasady, tylko ani postaci ani czytelnik nigdy ich do końca (a może nawet i do połowy) nie poznają. To właśnie jest fascynujące, jak żyć w świecie, którego się nie rozumie (wszyscy wszak w takim żyjemy). Jak wierzyć, komu wierzyć, dlaczego wierzyć, czy wierzyć, na ile wierzyć. Dlaczego w ogóle oczekiwać jakiejś spójnej opowieści od ułomnego uczestnika wydarzeń, mającego swoje narzucone ograniczenia, nabyte doświadczenia, wiedząc, że przefiltrowujemy to przez nasze własne poglądy i przeżycia. Najbardziej intrygujący autor fantastyczny pożegnał się z czytelnikami we własnym stylu. Szkoda, że nie dowiemy się, jaki ta powieść miałaby ostateczny kształt.

„Trzeci etap” Katarzyna Ryrych

Jak zwykle u tej autorki, bohaterka jest na „trzecim etapie” życia, czyli emeryturze, mieszka na uboczu małego miasteczka w ponadstuletnim domu po dziadku, mieszkanko w mieście wynajęła dwóm młodym chłopakom. Jedyny syn wyjechał za granicę, w tle dawno miniony rozwód i romans. Dom chciałby kupić jej kuzyn, ale Zuzanna nie zamierza się na to zgodzić. Rozważa, kto może mieszkać w domu na bezimiennym wzgórzu. Oczywiście przyplątuje się do niej pies oraz odwiedza ją dawny znajomy. Z pewnym miejscowym zaś odnawia datującą się jeszcze na ich dzieciństwo wrogość graniczącą z nienawiścią.

Jest tu życie w całej swojej pełni i krasie, jest tu odrobina śmierci, jest tu głębokie przekonanie, że warto szukać własnej drogi, wbrew dobrym radom, opiniom i pouczeniom innych. Lubię to, że u Ryrych nie ma cudownych nawróceń i przemian: ale jeśli nawet syn się nadal nie odzywa (ma w końcu prawo do własnego życia), to może znajdą się inni bliscy ludzie. Podoba mi się, że w przeciwieństwie do powieści amerykańskich bohaterka nie ma przekonania, że jej się od życia należy coś ekstra. Przyjmuje to, co życie przynosi, z łagodną akceptacją i z wdzięcznością za przyjemne niespodzianki. A na koniec ryknęłam śmiechem.

Katarzyna Ryrych i jej bohaterki to zdecydowanie moje bratnie dusze, co wiem po cytacie następującym:

Następnego dnia, rankiem, wybrała się do M., gdzie od lat działały dwie konkurujące ze sobą firmy pogrzebowe. Do pierwszej nie miała zaufania z racji błędu ortograficznego w nazwie. „Haron, kompleksowe usługi pogrzebowe, transport zwłok, stypy”.

I jeszcze ten:
Tego samego roku ksiądz nie przyszedł po kolędzie. Napotkany na jednej z górskich ścieżek tłumaczył się śniegiem.
– Chrystus chodził po wodzie – przypomniał Ojcowaty.

„Seks w wielkich miastach” Aleksandra Gumowska

W roku 2007 reporterka podążyła śladami niezapomnianego Fileasa Fogga, 135 lat po nim odwiedzając wielkie metropolie. I zupełnie odmiennie od tego powściągliwego Anglika, wypytując ich mieszkańców o sprawy intymne. W tamtym roku po raz pierwszy w dziejach ludzkości więcej osobników naszego gatunku mieszkało w miastach niż poza nimi. Gumowska postanowiła się dowiedzieć, jak to skupienie ludzi w jednym miejscu plus postęp technologiczny zmieniło podejście do seksu i związków. Pociągnęła ten temat dziesięć lat później, sprawdzając, co stało się z jej bohaterami. Powstał fascynujący kalejdoskop pokazujący, w jak ciekawych czasach przemian żyjemy.

Zaczynamy z grubej rury, bo opowieścią o pani, która w Londynie organizowała eleganckie imprezy dla swingerów. Wiadomo, temat samograj, można się rozmarzyć, jak to barman trzy godziny harcuje z jedną panną; ja się nieco krzywiłam, bo co to niby ma wspólnego z przeciętnością mieszkańców stolicy? Druga opisywana londynianka też ma niewiele, gdyż to striptizerka pochodzenia wenezuelskiego, aktualnie myśląca o zmianie pracy i miasta. W suchym przerywniku dowiadujemy się, że u Brytyjczyków wzrasta sprzedaż akcesoriów erotycznych, oglądalność porno i czytelnictwo erotyki, spada natomiast zadowolenie z seksu oraz libido.

Następnie przenosimy się do Paryża, gdzie jest już nieco zwyczajniej, czyli autorka spotyka w miarę normalnych ludzi, rozwodzących się nad tym, jak to dzięki aplikacjom wyrywają partnerów na tony, a przynajmniej na dziesiątki. Zasady są proste: nie tracić czasu, nie spodoba się, to odłożyć na półkę i sięgnąć po następną/następnego. I niesłychanie trafne spostrzeżenie „Nigdy nie czuł, że przynależy do Paryża. Paryż, uważa, należy do tych szczęśliwców, którzy się w nim urodzili, mają rodzinę i odziedziczone nieruchomości. Nie ma ich wielu.

Całkowita zmiana tonu, czyli Kair. Skupiamy się na poszukiwaniu męża lub żony, tu bowiem relacje damsko-męskie się do tego ograniczają. Dobrze sytuowane panny z wielkich miast życzą sobie mieszkania co najmniej 150-metrowego i oczywiście zaręczynowego pierścionka z diamentem. Powszechny jest hidżab, autorka opisuje również kobietę, pracownicę naukową, noszącą nikab. Kobiety i mężczyźni nie mogą iść razem do domu pod żadnym pozorem. To wszystko ciekawe, ale mam jednak pretensję, że autorka nie dotarła głębiej. Mam uwierzyć, że w gigantycznym mieście, bez względu na obowiązujące prawo i obyczajowość, nikt nie uprawia seksu pozamałżeńskiego? Co z tymi młodymi Egipcjanami uwodzącymi białe turystki: czy to działalność ograniczona do kurortów? Zapewne samotnej białej kobiecie było trudno dotrzeć do tych informacji, szkoda.

Bombaj: tu podobnie, oglądamy szczegółowe przygotowania do ślubu. Wesela w Indiach to gigantyczny przemysł. Kasty nadal się liczą, choć nieoficjalnie, małżeństwa są aranżowane, kobieta musi mieć posag, mężczyzna posag otrzymuje, dlatego przerywa się ciąże z dziewczynkami. Wszystko wiadomo. A potem kompletna zmiana tonu, ten sam kraj, inny temat: Kalkuta, i zamordowany pan młody, który ośmielił się popełnić mezalians. On biedny, choć wykształcony, ona bogata, jej ojciec nie zniósł tego nieposłuszeństwa. Przejmujące.

Niespełna 3 tysiące km dalej Singapur i nadzór państwa nad wszystkim. Mieszkania od państwa, a wszystkie są tegoż własnością, mogą kupić wyłącznie małżeństwa oraz teraz już single po trzydziestce. Homoseksualizm karany jest dwoma latami więzienia. Parlament dyskutował o zniesieniu tej kary, premier oświadczył, że to spowoduje bunt konserwatystów, trzeba zapis zostawić, ale obiecał, że będzie on martwy. Ten sam premier ponawia prośby o rozmnażanie się, współczynnik dzietności w roku 2017 wynosił 1,2.

Hongkong. Tu podobno wszyscy mają oficjalne kochanki, co słyszymy od słynnego seksuologa, głoszącego, że powinno się zalegalizować małżeństwa poligamiczne (ponownie – zostały zakazane w roku 1971), po co ludziom narzucać, ilu mają mieć partnerów. Monogamia na dłuższą metę się nie sprawdza: choć tenże profesor żyje w takim właśnie związku od 45 lat.

W Szanghaju liczą się pieniądze – mężczyzna kocha, to płaci. Jeśli nie zarabia dostatecznie dużo, na żaden związek nie ma szansy. Obcokrajowcy są mile widziani, w przeciwieństwie oczywiście do Tokio, gdzie seks uprawia się właściwie całkiem otwarcie, w hotelach miłości (mających obłożenie 400%). O ile się uprawia: ponad 40% Japończyków w wieku 18-34 nigdy tego nie robiło. Za to mają lalki. Ale podobno nie aż tyle, ile sądzą cudzoziemcy.

Kończymy tę wyprawę w Stanach. San Francisco, gdzie smutno. W lutym 2004 burmistrz postanowił udzielać ślubów parom tej samej płci. Chętni stali w kolejce całymi dniami, ale te małżeństwa zostały wkrótce sądownie anulowane. Jednak w 2008 wprowadzono tam możliwość takich ślubów, a parę lat później w całych Stanach. Pojawiają się tutaj również przeprosiny premiera Kanady, o których pisała też Joanna Gierak-Onoszko. Ostatecznie więc nie jest tak całkiem beznadziejnie. I w końcu Nowy Jork, gdzie panują single i domagają się zaprzestania finansowego wspierania wyłącznie małżeństw (słusznie).