Moulin Rouge

Zawze chciałam się wybrać do Moulin Rouge. Głupio trochę mieszkać w Paryżu i nigdy tam nie być. Z drugiej strony jak się mieszka w Paryżu, to Moulin Rouge jest na końcu listy priorytetów, a spontanicznie z ulicy (jak kiedyś weszłam na wieżę Eiffla, bo tak akurat stała na drodze) się tam wejść nie da, i okazja się nigdy nie napatoczyła. Dopóki nie zjechała do miasta koleżanka niegdyś na blogach znana jako spt i miałam już motywację i towarzystwo.

Pierwsze zaskoczenie: na biletach napisane, że wpuszczają od 20, co na ogół w tym mieście oznacza tylko, że przedtem na pewno nie warto być w pobliżu, bo nie będzie absolutnie żywej duszy; tymczasem rzeczywiście o tej godzinie nas wpuścili, a w środku już było całkiem sporo ludzi. Szybka kontrola bezpieczeństwa na wejściu, i przeszliśmy do foyer, gdzie powitał nas przeuroczy sprzedawca programów (10€). Umiał po polsku „dzień dobry”, kazał się nauczyć „miłego wieczoru” i oświadczył, że za miesiąc leci do Warszawy. Potem zaprowadzono nas do stolika. Pod sceną na dole są stoliki z kolacją, my na górze mieliśmy butelkę szampana na parę, a karta okazała się zawierać wyłącznie przekąski (najdroższą jest kawior za 120€). Co w sumie nie jest głupie, bo przynoszą już po zgaszeniu świateł, nic większego i tak nie dałoby się zjeść.

Drugie, naprawdę olbrzymie zaskoczenie: przedstawienie zaczęło się punktualnie! W tym kraju, a już zwłaszcza w tym mieście, nic nigdy nie zaczyna się punktualnie, czy to egzamin państwowy, czy otwarcie urzędu, czy wyjazd dziecka na kolonie. Zawsze jest jeszcze co najmniej kwadransik na wymianę opinii. Teraz już wiem, że wyjątkiem jest przedstawienie w Moulin Rouge. Migotliwa kurtyna idzie w górę, na scenę wychodzą tancerki w spodniach, których się pod koniec pozbywają i zostają w migotliwych stringach oraz równie błyszczących naszyjnikach na górze. Potem właściwie cały czas będą podobnie rozebrane, większość jest topless, nadrabiają za to butami, nakryciami głowy i dodatkami, których fantazyjność zachwyca i każe się zastanawiać, co zażywają projektanci. Wiem, rozwijają twórczo wizje Mistinguett.

Numery następują po sobie błyskawicznie, często wygasza się światła na tej części sceny, z której zbierają się wykonawcy pierwszego kawałka, a już kawałek dalej wchodzi drugi. Nie ma nawet czasu na oklaskiwanie. Czego pożałowałam przy pierwszym numerze akrobatycznym: na scenie ustawione jest nieduże okrągłe podium, po którym jeździ w kółko para na wrotkach i wykonuje rozmaite podnoszenia. W pewnym momencie on zakłada sobie pasek na szyję, drugą pętlę partnerce na głowę, i tak nią kręci za głowę. To była chwila, w której bardzo się ucieszyłam, że siedzimy na górze. Wizja, jak ten pasek pęka i ona leci przez całą salę, nie należała do przyjemnych. Nic takiego się oczywiście nie stało, a pokaz jest obłędny, oraz kompletnie się go nie spodziewałam, sądząc, że zobaczymy tylko tańce i piosenki.

Zastanawiałam się, czym będą w stanie przebić tych wrotkarzy, i dość szybko się dowiedziałam. Scena się otwiera i spod niej wyjeżdża szklany basen z wodą, w wodzie pływają węże boa, jedna z tancerek wchodzi do wody, przez chwilę tańczy z wężem, wychodzi z nim na ramionach. Największe wrażenie zrobił na mnie ten basen z wodą, do węży nie żywię bowiem żadnych negatywnych uczuć, ale strach przed nimi jest dość powszechny i na pewno licznym widzom dostarcza to wielkich emocji. We mnie takie wzbudziło wyjście na estradę miniaturowych kucyków. Przechodzą tam raptem ze dwa razy, nie są tresowane, ale i tak uważam, że to nie jest dla nich miejsce w wieku XXI.

Są jeszcze dwa nie mniej wspaniałe pokazy akrobatyczne: jeden to para w dwumetrowym kole, które wprawiają w ruch wirowy i wykonują tam akrobacje. To się zdaje przeczyć prawom fizyki, tak samo zresztą, jak dwóch panów (w ubraniach roboczych) w przeuroczym spektaklu, w którym jeden drugiego podnosi na przykład na jednej ręce pionowo na głowie (no właśnie, nawet gramatyka za tym nie nadąża). Nie jestem w stanie sobie wcale wyobrazić, jak straszliwej pracy to wymaga, a spektakl jest dopracowany co do ćwierci sekundy, oni to bowiem wszystko robią w rytm muzyki, w dodatku z uśmiechem oraz lekkością każącą wierzyć, że przychodzi im to tak ot, całkiem naturalnie.

Tempo nie słabnie ani na chwilę, pod koniec jest klasyczny kankan w wykonaniu tancerek i tancerzy w kolorach bleu blanc rouge, a potem jeszcze ze dwa numery. Na samo zakończenie wszyscy artyści przechodzą przez scenę i można ich chwilę pooklaskiwać, a potem już trzeba się sprawnie zbierać: o 23 kolejne widowisko. Właściwie poszłabym jeszcze raz.

Kataklizm

Z opóźnieniem odnotowuję kataklizm, jaki mieliśmy w Paryżu i okolicach od 7 lutego, kiedy to spadł śnieg. Padał już poprzedniego dnia, ale się roztapiał, w nocy jednak był mrozek i obudziliśmy się z widokiem na biały świat, co jest tu relatywnie rzadkie i zawsze krótkotrwałe. Natychmiast przestały jeździć wszelkie autobusy, media stanowczo prosiły o niewyjeżdżanie na drogę, a transport szkolny został odwołany. Śniegu były mniej więcej dwa centymetry, ale obśmiawszy się z tego należycie stanęłam jednak przed konstatacją, że dziecko do szkoły nie pójdzie, bo nie ma jak. Na letnich oponach nie wyjadę na lód, rowerem tym bardziej, transportu miejskiego nie ma, transportu szkolnego też nie. Uświadomiłam sobie przy okazji, że dziecko nie posiada również odpowiednich na okoliczność butów, całą zimę kalendarzową przechodziło bowiem odpowiednio do aury w adidaskach.

Śniegu jeszcze nam dopadało do jakichś 5 cm, czyli mniej niż poprzednio. Radio powiedziało, że tysiąc osób spędziło noc w samochodach na autostradzie. W dzień opad się topił, w nocy zamarzał, transportu szkolnego nie było do końca tygodnia, ale w piątek obejrzawszy ulicę, którą zdążyli odśnieżyć, wyciągnęłam samochód z garażu i dojechałam do szkoły. Niedługo się cieszyłam tym sukcesem. W samo południe zadzwonili z prośbą, żeby przyjechać po dziecko niezwłocznie, gdyż pada śnieg. Padał istotnie, dokładnie w czasie kiedy jechałam i wracałam. Przestał, gdy tylko dojechałam do domu. W weekend natomiast temperatura wzrosła i w poniedziałek trudno już było uwierzyć, że dopiero co mieliśmy jakieś problemy z powodu odrobiny zamarzniętej wody.

Vélib’

System rowerów miejskich Vélib’ (od vélo – rower i libre – wolny) wprowadzony został w Paryżu dziesięć lat temu, przyjął się znakomicie. Widok cyklisty na szarym rowerze stał się częścią codziennego krajobrazu, samej parokrotnie zdarzyło mi się skorzystać z usługi. W ubiegłym roku stołeczni włodarze postanowili ulepszyć dobre i ogłosili przetarg na Vélib’ drugiej generacji. Dotychczas zajmująca się tym firma przegrała, przyszło nowe. Miało być 600 stacji na 1 stycznia, 26 stycznia jest ich… 107. Mer Paryża Anne Hidalgo wyraża niezadowolenie i straszy karami finansowymi, Smovengo tłumaczy się złą jakością podłoża i obiecuje poprawę.

Tymczasem z okazji skorzystali inni gracze, w grudniu pojawiły się w mieście rowery trzech marek, które nie mają stacji, bierze się je prosto z ulicy korzystając z geolokalizacji i tamże  zostawia. Brzmi świetnie. W praktyce dwie z tych firm już zbankrutowały z powodu kradzieży i zniszczeń sprzętu. Władze Paryża krytykują pomysł, ponieważ zostawianie rowerów byle gdzie zaśmieca ulice i chodniki. Przedwczoraj jednak przeczytałam, że na ulicach pojawią się kolejne rowery chińskiego operatora Mobike. Mają być odporniejsze na zniszczenia.

Wracając przez Lasek Buloński

Tym razem byłam przygotowana na widoki w Lasku Bulońskim, chociaż ta jedna w obcisłym (to nie jest do końca właściwe słowo, ale nie znajduję lepszego) kusym czerwonym lateksie to mi się kiedyś przyśni, i obudzę się z wrzaskiem. Zaskoczył mnie więc kto inny. Wracałam sobie spokojnie rowerem, a tu nagle zatrzymała mnie taksówka jadąca z przeciwka. Na ogół to człowiek zatrzymuje taksówki, ale wiadomo, ja muszę mieć na odwrót. „Ki czort, TAKSÓWKARZ będzie mnie o drogę pytał?!”, zdążyłam pomyśleć z niedowierzaniem, kiedy kierowca wychylił się przez okno.
– S’il vous plaît Madame, gdzie tu można wypożyczyć rower? – zapytał uprzejmie.
– Yyyyy uuuuuuuu mmmmmmm hmmmmmm – odparłam. – Eeeeeeee – dorzuciłam. – No, Vélib przecież jest, i na pewno gdzieś w pobliżu będzie – odzyskałam zdolność myślenia, chociaż tylko częściowo, bo w tyle głowy miałam „TAKSÓWKARZ paryski niby nie wie, że są Véliby? To ukryta kamera jest czy co?!”
– Nie, nie – odrzekł taksówkarz. – Nie Vélib, taki rower jak ten – wskazał na mój pojazd.
– Bardzo mi przykro, ale to mój osobisty rower – uniosłam się nieco dumą – i nie mam pojęcia, gdzie można wypożyczyć podobny…
Zasmucony taksówkarz odjechał, a mnie oczywiście dręczy pytanie, co takiego ma w sobie mój pojazd, że wygląda na wypożyczony. Właściwie to nie wiem, czy chcę znać odpowiedź.

Chciałabym pancerną dętkę

Jeśli się wybierzecie do paryskiego pubu James Joyce, to nie dziwcie się, gdy po pierwszym mojito okaże się, że drugiego nie będzie. Uroczy irlandzki barman (i przeraźliwie młody, czy oni teraz dzieci zatrudniają?) wytłumaczy w języku frangielskim, że urządzenie do kruszenia lodu „ça… c’est… broken!”. No cóż. Do tequila sunrise kruszony lód nie jest na szczęście wymagany. Ale i tak moim ukochanym drinkiem (nie licząc ponadczasowej żubrówki z sokiem jabłkowym, ale tej w ofercie pubu nie było) pozostaje mojito. Już jedno wystarczy, żeby przejąć władzę nad moim mózgiem. I tak, gdy wyszłam z pubu i odkryłam, że mój środek transportu ma beznadziejnego flaka (pięć dni po zmianie dętki), mojito zupełnie się nie przejęło.
– I co z tego, pojedziemy autobusem – oświadczyło radośnie.
– Nie wpuszczą mnie z rowerem, to przecież Francja – zaoponowałam nieśmiało autonomiczną resztką mózgu.
– E tam, nie wpuszczą! – prychnęło mojito, zaprowadziło mnie na przystanek (wiedziało, gdzie jest, w przeciwieństwie do mnie), a kiedy autobus przyjechał, uśmiechnęło się do kierowcy i uprzejmie poprosiło o wpuszczenie z rowerem, gdyż flak. Kierowca bez słowa otworzył środkowe drzwi, i tak ku swemu zdumieniu dojechałam prawie pod dom. Zastanawiam się czy dałoby się moją firmę przekonać, że jeśli zasponsorują mi codzienną dawkę mojito, to będę znacznie lepszym pracownikiem: błyskotliwym, nieustraszonym i twórczym.

O obwodnicy

W Polsce było bardzo fajnie, ale nie będzie o tym. Będzie o obwodnicy. Obwodnica paryska jaka jest, każdy widzi… może nie każdy, ale jak nie
widzi, to się domyśla. Kształtem zbliżona do okręgu, zbudowana na
miejscu osiemnastowiecznych murów obronnych, zdrobniale zwana periphem,
przeważnie zakorkowana. Długości całkowitej ma 40 km, i obowiązuje na
niej ograniczenie prędkości do 80 kmh, surowo egzekwowane przez liczne
fotoradary. Bywa, że dwa pod rząd, co już uważam za czystą złośliwość.
Nie bardzo da się jechać szybciej, nawet jeśli akurat nie ma korka
(czyli być może o trzeciej rano, a i to tylko przy dobrej pogodzie) jeśli nie
chce się za to płacić, zresztą osobiście wątpię w sens. Maksymalnie
obwodnicą jedzie się 20 km, chyba że ktoś w trakcie zmienił zdanie lub
pomylił kierunek, ale przypadkami beznadziejnymi nie będziemy się tu
zajmować. Przy zachowaniu obowiązującej prędkości zajmie to kwadrans.
Przy hipotetycznej setce na liczniku – minut dziesięć, czyli zysku mamy całe pięć
minut, i albo byłoby to nader kosztowne pięć minut, albo trzeba znać na
na pamięć rozkład wszystkich radarów, i odpowiednio przyspieszać i
zwalniać.

Pewnego dnia napotkałam na tejże obwodnicy prośbę, żeby z powodu
zanieczyszczenia powietrza ograniczyć prędkość do 60 na godzinę. 
Dostosowałam się, bo nie miałam żadnego dobrego powodu, żeby tego nie
zrobić. Niestety otoczenie najwyraźniej miało. A Państwo by się
dostosowali?

Paris

Z gośćmi ten problem, że pewnego dnia sobie jadą, a człowiek zostaje i musi jakoś wrócić do pospolitej codzienności, co niełatwe. Ochłonąwszy uzmysławia sobie, ilu rzeczy nie pokazał: a to placu Vendôme (chociaż pamiętałam o nim, cały czas pamiętałam… dopóki nie zapomniałam w ostatnim momencie), a to Villette, kościoła St. Eustache, centrum Pompidou, a to wreszcie szczytu Montmartre, gdzie wtem przy drugim podejściu się okazało, że dojazd na wzgórze został całkowicie zamknięty dla samochodów w dni weekendowe. Wróciłam tam 1 maja, już rozsądnie nie autem, i znalazłam się w zbitym tłumie złożonym prawie wyłącznie z rodaków. Zresztą wyraźnie jednak nie mam na twarzy wypisanej narodowości, bo pan pod Sacré Coeur robiący za biało pomalowany posąg zwrócił się do mnie po angielsku. Uśmiechnęłam się doń i uprzejmie rzekłam „dzień dobry”. Nie żebym prorokinią była: 10 metrów wcześniej podsłuchałam, w jakim języku mówi do innych spacerowiczów. Karuzela pod Bazyliką lipna strasznie, ta pod Eifflicą znacznie fajniejsza, i zabawne rowery stacjonarne są. Rozmaite zdjęcia zobaczyć można u Zuzanki, dzięki której udałam się w końcu na Tour Montparnasse. Jest to 200-metrowy punkt widokowy na wieżę Eiffla, którą obejrzeć można nawet przy fatalnej pogodzie, gdy kasjerki na dole lojalnie uprzedzają, że na górze nie widać niczego. Ale ja tam jeszcze wrócę przy lepszej pogodzie.

1 maja pod Moulin Rouge wypiłam piwo w towarzystwie mych bardzo dawno niewidzianych starych znajomych, który zdążyli obrosnąć w dzieci niewiele niższe od mnie. Przyglądałam im się z ogromną radością, ale i niedowierzaniem, usiłując pojąć, jakim cudem mój stary znajomy poważnie planuje już swoje pięćdziesiąte urodziny. Pięćdziesiąte. Nie żebym cokolwiek miała przeciw pięćdziesięciolatkom, ale kiedy go poznałam, nie miał jeszcze trzydziestki. A jeśli on ma 50, to ja żadną miarą nie mam już dwudziestu. Jedyną zaletą upływu czasu jest to, że człowiek w tym wieku (dwudziestym pierwszym) po prostu siada pod Moulin Rouge i zamawia sobie, na co akurat ma ochotę. Kiedy byłam w Paryżu pierwszy raz, nie było o tym mowy i chyba w ogóle nie wyobrażałam sobie, że kiedyś będzie.