Beauval

Kolejna wizyta w zoo Beauval dostarczyła równie dużo wrażeń jak pierwsza. Zaczęliśmy oczywiście od pand wielkich (jedyne zoo we Francji i jedne z tylko 23 na świecie poza Chinami), które rok temu doczekały się potomka. Obejrzeliśmy o tym film: maluch ważył po urodzeniu 142 gramy i wyglądał jak mały różowy ochłapek. Matka nie miała pokarmu i trzeba go było początkowo sprowadzić z Chin. Rok później pandziątko waży ponad 30 kg, a podobno bambus jest mało kaloryczny… Nigdy nie rozumiałam, jakim cudem z niedźwiedzi zrobiono poczciwe misie, to są wielkie paskudne drapieżne zwierzaki, tymczasem pandy (i koale) w przeciwieństwie do niedźwiedzi rzeczywiście wyglądają jak wielkie pluszaki, zwłaszcza że kiedy nie jedzą, to śpią.

Potem poszliśmy na pokaz uchatek, który widziany raz jest już mało zaskakujący, chociaż nieodmiennie mnie zachwyca szybkość i łatwość, z jaką pływają, a potem na tych płetwach się przemieszczają po stałym lądzie. Natomiast do tej pory sądziłam, że numer ze znajdowaniem kształtów jest nieco oszukany – że trenerzy wskazują zwierzakowi, gdzie ma znaleźć, albo że po prostu pamięta lokalizację. Otóż nie. Młodsza uchatka miała spore problemy ze znalezieniem zadanego trefla, przepływała trzy razy wzdłuż brzegu, ewidentnie szukając właściwego konturu, w końcu jej się udało i została nagrodzona wielkimi brawami.

Tegoroczną nowością w Beauval są wilki polarne, które moim zdaniem wyglądają po prostu jak spore psy. Taki husky jest bardziej imponujący. Zapewne mówiłabym inaczej spotykając się z nimi oko w oko. Widzieliśmy również białe tygrysy, jest wśród nich jeden mały. Dwie pantery, cętkowana i czarna, się tłukły, a jeden z serwali miauczał jak mały rozkapryszony kotek. Poza tym w zoo są dwie rodziny nosorożców, jedna mieszka na bardzo fajnym wybiegu afrykańskim, gdzie są również żyrafy, antylopy (w tym gnu), zebry i strusie. Struś uprawiał przedziwną gimnastykę, lub może taniec godowy. Oglądaliśmy też oczywiście pingwiny, które można przez szybę podglądać, jak pływają.

Nieodmiennie wspaniały jest pokaz ptaków. Sokolnicy demonstrują imponujące umiejętności łowieckie sokołów, przylatują i latają nad głowami publiczności jastrzębie, orły, marabuty i masa mniejszego ptactwa. Na koniec to wszystko lata nad sceną i nad nami, niebo wydaje się ruszać, wrażenie jest obłędne, niektóre ptaki są egzotyczne i niewiarygodnie kolorowe.

Bazylea i okolice

W poprzedni czwartek rano pojechaliśmy do Szwajcarii. Pamiętałam, że występują tam całoroczne winietki na autostrady i byłam przygotowana, żeby taką kupić, ale na granicy celniczka poinformowana, że jadę tylko do Bazylei, rzekła, że mogę nie kupować, muszę tylko jechać za niebieskimi strzałkami. Tak uczyniwszy dotarłam na miejsce przeznaczenia i poszliśmy zwiedzać to niezwykłe miasto leżące na trzech granicach: szwajcarskiej, francuskiej i niemieckiej. Bazylea ma w herbie i na ulicach miasta bazyliszki, ale dopiero od XV wieku, podczas gdy nazwa miasta (odnotowana jako Basilia) pochodzi z IV wieku.

Zachwycił mnie zabawny czerwony ratusz, zakochałam się natomiast w niezwykle sprytnym promie wożącym ludzi z jednego brzegu Renu na drugi: między brzegami rozciągnięty jest sznurek, po sznurku jeździ rolka, do niej linką uczepiony prom, któremu ustawia się ster, resztę załatwia dość żwawy prąd wody przesuwający łódź na drugą stronę, gdzie ster się przestawia i można wrócić. Nie wymaga to żadnego napędu prócz naturalnego, jest cudownie wymyślone w swojej prostocie, i nie pojmuję, dlaczego takiego rozwiązania nie stosuje się w innych miejscach.

W Bazylei jest również fontanna z wodnymi ruchomymi rzeźbami Jeana Tinguely’ego, podobna do tej pod paryskim Centre Pompidou, przy której Tinguely współpracował ze swoją żoną Niki de Saint Phalle. Fontanna w Bazylei jest nieco wcześniejsza (1977, a paryska 1983). Różowa katedra jest gigantyczna, jej rodowód sięga wieku IX, i ma bardzo malownicze krużganki. Podczas spaceru wytknęłam palcem aż dwa papierki walające się po ulicy, miejscowi orzekli, że to z powodu święta i jutro ich już nie będzie. W każdym razie miasto jest znacznie czyściejsze niż Paryż, co nie jest trudne do uzyskania. Jest też zielone, bardzo sympatyczne, i w wielkiej przebudowie. Ren jest tam tak czysty, że w lecie wyznacza się specjalny tor dla pływaków, którym wydaje się wodoszczelny worek na ubrania i z nim spływają kilka kilometrów w dół rzeki. Muszę się kiedyś tam wybrać specjalnie w tym celu.

Następnego dnia pojechaliśmy do Niemiec oglądać malownicze i świetnie utrzymane ruiny zamków, co jest o tyle warte odnotowania, że to mój pierwszy raz w życiu, kiedy zwiedzałam coś w Niemczech, nie licząc Berlina wiele lat temu. W zamku w Rötteln w średniowieczu urzędował margrabia Hochberg-Sausenberg, a zniszczyła go armia francuska. W Badenweiler natomiast są ruiny rozległych term rzymskich wykorzystujących gorące źródła i film wyjaśniający, jak ówcześni używali łaźni. Termy były niezwykłe, bo symetryczne, tyle samo miejsca dla kobiet co mężczyzn. Eleganckie rzymianki na przykład farbowały tam włosy, kryjąc się przed spojrzeniem męża. Obok są współczesne baseny termalne, ale te odwiedzę innym razem. Na górze znajdują się ruiny kolejnego dwunastowiecznego zamku obronnego, stamtąd widok na Schwarzwald, co mnie absolutnie zachwyciło, nigdy nie planowałam bowiem się tam wybierać piastując tylko tę baśniową nazwę w umyśle, a tu proszę. Jest tak malowniczy, jak go sobie wyobrażałam.

Nazajutrz wybraliśmy się na włóczęgę po Alpach. Dzień był przepiękny jak z obrazka, bardzo ciepło, błękitne niebo, a alpejskie łąki wyglądały jak z reklamy wiadomej czekolady. Głos krowich dzwonków niósł się w czystym powietrzy, z góry mieliśmy widok na zielone jezioro w dole i ośnieżone szczyty wyżej, i było idyllicznie. Nad nami latała kania, a czarny wieszczek z żółtym dziobem jadł nam z ręki banany. Tęsknię za górami. Powrót odbył się natomiast w ulewnym deszczu i podparyskich korkach, co tylko wzmogło moją chęć natychmiastowej przeprowadzki do Bazylei.

Poul-Fétan cz. 2

Nadeszła pora karmienia zwierząt. W Poul Fetan mają owce, kury, krowy i konia, oraz prześmieszne świnie z uszami zasłaniającymi oczy. Najpierw udaliśmy się do kur, które dostały ziarno (do jego rozrzucania wykorzystano oczywiście obecne przy tym dzieci) oraz resztę kaszy. Przewodniczka poszła z dziećmi wybrać jajka, które następnie w wiaderku wyłożonym słomą niósł dumnie mój syn. Zrobiliśmy przystanej przy owcach karmionych ziarnem z ręki, a potem gotowane ziemniaki dostały świnie. Koło zwierząt jest teren poświęcony grom bretońskim, wszystko takie jak w XIX wieku, drewniane kręgle i metalowe krążki do rzucania. Następnie poszliśmy tańczyć tańce bretońskie, w kółeczku. Taniec był wtedy bardzo istotną formą rozrywki (bo innych nie było). Tańczyło się na przykład przy okazji pardon, typowo bretońskiego święta, czegoś w rodzaju polskiego odpustu połączonego z procesją, poświęconego konkretnemu świętemu.

Wytańczywszy się pognaliśmy oglądać pranie. To pamiętałam z poprzedniego pobytu, wtedy byłam zachwycona, nadal jestem. Dziewczyny klękają przy kamieniach w specjalnych skrzynkach wyściełanych słomą i piorąc (nacieranie mydłem, klepanie drewnianym klepadłem, płukanie w naturalnym baseniku) i prowadzą pogawędkę o teściowych oraz swoich mężach przesiadujących w karczmie. Po skończeniu prania stwierdziliśmy, że widzieliśmy już chyba wszystko… a nie, zostało mielenie kolcolistu. W tym celu jedna z mieszkanek wioski przyprowadziła klacz (rasy postier breton, rodzaj konia pociągowego), i zaprzęgła ją do kieratu, który obracał żarnami miażdżącymi kolcolist. Jak sama nazwa wskazuje, jest to roślina kłująca, czyli bez zmielenia nie można jej podać zwierzętom, ale po pierwsze spożywana przez krowy nadaje ładny żółty kolor masłu, a po drugie zawiera azot, który po przejściu przez układ pokarmowy bydlęcia wychodzi jako znakomity nawóz (skąd oni to wiedzieli?). Kolcolist rośnie powszechnie w lasach i nad morzem, wąchaliśmy go na naszych spacerach z zachwytem i niedowierzaniem, ma bowiem żółte kwiaty, które pachną dość surrealistycznie wanilią i orzechem kokosowym.

Na sam koniec jest opowieść o zabawkach robionych przez dzieci, kiedy nie pasały bydła, nie wyczesywały wełny i nie robiły świeczek. Animatorka nauczyła nas robić z sitowia łódeczki z żaglem z liścia, które następnie puściliśmy na stawek służący do prania. Pływały doskonale, bo sitowie jest gąbczaste w środku i świetnie się unosi na wodzie. A potem naprawdę był już koniec tego dnia pełnego wrażeń. Wioska jest doskonale zorganizowana, animacje są tak rozłożone w czasie, żeby z jednej od razu przechodzić na następną, i w większości są dwie jednego dnia (z wyjątkiem zwierząt), wszystko było punktualnie. Są też dwie animacje równolegle, żeby trochę rozdzielić turystów, którzy tym razem nie przybyli tłumnie, dzięki czemu mogliśmy wszystko dokładnie obejrzeć, sami zrobić, dotknąć i zadać milion dociekliwych pytań.

Poul-Fétan cz. 1

Wracając z Bretanii zatrzymaliśmy się w Poul-Fétan, ożywionym skansenie przedstawiającym dziewiętnastowieczną wioskę bretońską, który zwiedzaliśmy trzy lata temu. Podobało mi się tam szalenie, i z radością odkryłam, że nadal jest to cudowne miejsce. Dość powiedzieć, że spędziliśmy tam cały dzień nie nudząc się ani chwili. Wizyta zaczyna się od baśni snutej przez panią odzianą oczywiście w ówczesny strój chłopki, z obowiązkowymi drewnianymi chodakami (po bretońsku botoù koat) na nogach. Baśń jest prosta: Pierrick spotyka złotowłosą Roséanne, ale ojciec wcale nie chce jej wydawać za mąż, i stawia pretendentowi do ręki wymagania. Najpierw ma przynieść chleb złoty jak włosy córki. Pierrick jest zrozpaczony, ale pomaga mu lokalny skrzat, korrigan – tu udajemy się do miejscowej piekarni i oglądamy, jak bajarka szybko zagniata ciasto chlebowe. Ojciec panny nie jest wystarczająco zadowolony z koloru chleba i żąda tym razem liny złotej jak włosy panny. Przeszliśmy do domu, w którym przędzie się konopie, a następnie z konopnego sznurka należało zrobić linę. Tu bajarka zażądała pomocy. O dziwo zgłosił się mój syn, który na ogół nie jest taki wyrywny. Musiał stanąć na platformie z kółkami i korbką, przy korbie stacjonarnej z drugiej strony stanęłam ja, bajarka porozciągała sznurek na haczykach, a potem należało kręcić. W miarę skręcania liny dziecko podjechało do mnie na plaformie, a wykonaną linę dostało w prezencie. Nie wystarczyła jednak Pierrickowi do zdobycia ręki panny, i przeszliśmy do hali, gdzie pokazano nam wyrób koszyczka ze słomy (tej samej, z której robili strzechy, w ówczesnej biednej Bretanii niczego się nie marnowało). Pierrick w końcu mógł poślubić ukochaną, a my udać się na obiad do miejscowej restauracji, co okazało się doskonałym pomysłem, je się tam bowiem jak w epoce: wyłącznie łyżką i nożem, widelców jeszcze nie znali. Zjedzenie łyżką sałaty i przepysznego skądinąd farz, rodzaju omletu z warzywami, okazało się niełatwe, ale wykonalne (dziecko przemyślnie zamówiło zupę, też pyszną). Na deser ciasto jaglane.

Po tym przerywniku udaliśmy się do domu Louise, która najpierw pokazywała wyrób świeczek. Zacząć należy właściwie od ula, który ówcześnie był rodzajem sporego kosza stawianego do góry dnem, z zostawionym otworem dla pszczół przy dnie. Gdy się już osiedliły i wyprodukowały miód, zabijano je, co dzisiaj wydaje nam się barbarzyństwem, ale wtedy ludziom się zdawało, że jest ich masa i nie ubędzie. Zabierało się miód na chouchen, lecz głównie chodziło o wosk. Z roztopionego nad ogniem robiło się świeczki z konopnym knotem, metodą odlewania, albo zanurzania, wyciągania, ponownego zanurzania i tak dalej. Produkcją tą zajmowały się dzieci. Te obecne też mogły sobie zrobić świeczkę, z prawdziwego wosku, z knotem natomiast już współczesnym, bawełnianym. Ten pokaz odbywa się na strychu u Louise, gdzie są też wystawione różne rodzaje ziarna, na dole natomiast smaży galettes, naleśniki. W bretońskich wioskach jadło się na śniadanie zupę warzywną, na obiad kaszę, a na kolację resztki, czyli zupę z kaszą, z wyjątkiem piątku, kiedy smażyło się galettes i spożywało je z masłem, a potem ich resztki zjadało przez następne dni. Ludzie mieszkali razem z kurami, dla których w ścianach były zagłębienia w charakterze grzęd, ale jajek się nie jadło, tylko sprzedawało na targu. Zadałam pytanie o owoce, ale w Bretanii były głównie jabłka, przerabiane oczywiście na cydr. Nieco śliwek, stąd klasyczne ciasto far breton aux pruneaux.

Następnie udaliśmy się na pokaz wyrobu masła, szczególnie wyczekiwany przez moje dziecko, które parę miesięcy temu bardzo mnie zaskoczyło znienacka samodzielnie wykonując masło metodą potrząsania słoikiem. Kolejna Bretonka przywiozła na taczkach zupełnie zwykłą maselnicę – taką, jakie znam z historii, a nawet wsi polskiej – oraz dzbanki ze śmietaną (musiała odstać 48 godzin w chłodzie, nie może być świeża), i przystąpiła do ubijania. Masło zostało zrobione, obmyte z maślanki, i zadano nam pytanie: co teraz się z nim robi przed odciśnięciem w foremce. Tu dziecko zaskoczyło mnie kolejny raz zgłaszając się jako jedyne do odpowiedzi i odpowiadając poprawnie, że się je soli. Jesteśmy w Bretanii, jedyny rejon, gdzie nie ma (słonego…) podatku od soli, masło jest domyślnie solone. Posolone masło, odciśnięte w foremce z kwiatkiem na wierzchu, okazało się bardzo smaczne. Po wyrobie masła było pieczenie chleba, a potem przerabianie konopi na nić. Namoczone i wysuszone konopie się miażdży w specjalnej prasce, grępluje, następnie przędzie sznurek na zwykłym kołowrotku. Można go przerobić na linę, co już zrobiliśmy rano, więc obejrzeliśmy tkanie materiału z uzyskanych nici konopnych. Nadal mnie fascynuje, jak można z nici zrobić materiał i jak w ogóle można było wymyślić taką technologię.

Finistère

Wróciliśmy do Bretanii, do tego samego miejsca, co w ubiegłym roku, ponieważ jest to miejsce cudowne, ze świetną ekipą, masą zajęć na miejscu i w okolicy, oraz kranikami z winem. Tym razem polowanie na couteaux nam się zupełnie nie udało, prawdopodobnie dlatego, że było po deszczu i nie było widać dziurek w piasku, choć kilka widziałam, ale nic z nich nie wyszło. Udało nam się natomiast popłynąć pontonem z silnikiem. Pontony przeznaczone są dla 4-6 osób. Początkowo zebrałam taką ekipę, która, gdy przyszło co do czego, jakoś się w ostatniej chwili wykruszyła. Zostałam sama z dzieckiem. Wydano nam kapoki, wiosło i bosak, róg mgłowy na wszelki wypadek oraz kanister z benzyną i udaliśmy się na pomost, gdzie najpierw trzeba było wybrać wodę z pontonu, bowiem padało. Następnie zostaliśmy poinstruowani jak działa silnik. Podłączyć kanister, wyciągnąć starter, tu luz, tu bieg do przodu, tu wsteczny, tu pokrętło prędkości i sterowanie w jednym, zielone boje po lewej ręce, na ocean nie wypływać, bo duża fala.

Po tym wszystkim zwątpiłam. Sama z dzieckiem w takim pływadle? Czy to na pewno rozsądne? A jak silnik zgaśnie? A jak dziecko wypadnie? A jak się zrobi dziura? A jak się pojawi rekin? Rzekłam, że ja może jednak innym razem, na co dziecko oczywiście zawrzasło, że nie ma mowy, płyniemy. Instruktor powiedział, że daje słowo, mogę płynąć sama, nic trudnego. To popłynęliśmy, bo w końcu co, ja nie popłynę? Sterować statkiem umiem, chociaż nie przewidziałam, że jak będę ciągnąć za ten rumpel, to będę sobie jednocześnie zwiększać lub zmniejszać prędkość. Opanowanie tego zajęło mi chwilę, potem już było prosto, choć przeżyłam chwilę grozy, kiedy przepływaliśmy przez port, skąd akurat wychodziła żaglówka. Żaglówka ma pierwszeństwo, ale na żaglach, ta jest na silniku, to chyba nie ma, a jak wychodzi z portu, to też raczej nie ma, lecz wolałabym jednak się z nią nie zderzyć – tę gonitwę myśli przerwał mi człowiek z jachtu machając, żebym przeszła za nim, co posłusznie uczyniłam. Potem już tylko pilnowałam bojek i rzeczywiście dotarliśmy aż do zatoki z widokiem na ocean, gdzie były fale. Wrzuciłam luz, pokołysaliśmy się na falach, i zawróciłam. Powrót był szybszy, bo z prądem. Dobijając do pomostu zastanawiałam się nerwowo, co teraz i jak ja sobie niby mam poradzić, ale instruktor czekał na miejscu i udzielił mi wskazówek.

Darowaliśmy sobie zwiedzanie pobliskich miast, widzieliśmy je bowiem w zeszłym roku, pojechaliśmy natomiast do Concarneau do Musée de la Pêche (Muzeum Rybołóstwa), które okazało się znacznie ciekawsze, niż może to sugerować nazwa. Jest tam mnóstwo fajnych makiet pokazujących historyczne sposoby połowu ryb, oraz zwiedza się autentyczny kuter rybacki zacumowany tuż obok. Są też ryby i inne poławiane stworzenia morskie, parę gablot poświęconych przetwórstwu, zwiedzanie kutra w VR, filmy z połowów i gigantyczna maszyna do szycia żagli.

Chodziliśmy na długie spacery po lasach i brzegu morza, oglądaliśmy okoliczną florę i faunę (szczególnie rybitwy i rybołówki, są fascynujące, kiedy błyskawicznie spadają jak kamień z nieba i nurkują, żeby złapać rybę), siedzieliśmy na plaży, oglądaliśmy strzechy ze słomy z irysami na dachu w celu irygacji, oraz architekturę z granitu. Łupali te kamienie używając drewna polewanego wodą, pod jej wpływem pęczniało, rozsadzając kamień. Byliśmy nawet w ośrodkowej saunie, ku mojemu przyjemnemu zdziwieniu naprawdę porządnie nagrzanej. Był to pierwszy raz mojego dziecka, które okazało się być fanem wygrzewania się w ciepełku. Że jest fanem ostryg, już wiedziałam, zamówiłam więc na degustację dwa talerze, słusznie. Na wieczorek zapoznawczo-powitalny przywiozłam natomiast polskie ptasie mleczko (każdy miał przywieźć jakiś specjał ze swoich lokalnych stron), wiele osób mi potem mówiło, jak bardzo im smakowało. A jeśli chodzi o ośrodkową stołówkę, to zaskoczył mnie bufet bałtycki. Nie jakością pożywienia, to było pyszne (kawior, łosoś, śledzie…), lecz dekoracją. Jej głównym elementem były biały niedźwiedź i pingwin.

Thoiry

Tegoroczną nowością w Thoiry jest tyrolka nad wybiegiem dla lwów. Jako realistka przyjęłam, że to dobrze brzmiąca reklama, i że jedzie się nad jakimś fragmentem krzaków, a lwy są na pewno pochowane gdzie indziej, ale i tak się tam wybraliśmy. Atrakcja jest dostępna dla osób od lat 8 i 120 cm wzrostu, do wagi niepodanej, trzeba się zważyć na chytrym urządzeniu, które nie ma cyfr, tylko pasek zielony i czerwony, bardzo uprzejmie. Mieściłam się w zielonym ze sporym zapasem, więc nie było możliwości odwrotu z honorem. Wydano nam uprzęże, całkiem klasyczne Petzle samozaciskowe, z dwoma karabinkami, oraz jednorazowe czepki i kaski. To mnie bardzo rozbawiło, bo tyrolka jest na wysokości 15 metrów, kask w niczym tu nie pomoże, ale możliwe, że to dyrektywa UE albo zwyczajnie na odczepnego, żeby umyć ręce od wszelkiej ewentualnej odpowiedzialności. Uprzęż i kask dociska obsługa. Następnie idzie się na krótkie szkolenie, na którym mówią, jak wczepiać karabinki w rolkę, ale dodają, że nic nie będziemy sami robić, od wszystkiego są instruktorzy.

Z rolką w garści idzie się kawałek wyżej na platformę. Linki są dwie równolegle, instruktor wczepia poszukiwaczy wrażeń w rolkę, przyczepia dodatkową linkę zabezpieczającą do równoległej liny wyżej, i jazda. Tu się okazało, jak się myliłam: przejazd jest rzeczywiście nad dwoma lwami rozwalonymi centralnie pod liną; oczywiście nie spodziewam się, że leżą tam cały czas, ale pewnie wystarczy mieć trochę szczęścia. 250 metrów dalej wyłapuje człowieka kolejny obsługant, przeczepia na drugą parę lin, i przejeżdża się nad kawałkiem safari samochodowego, ze strusiami i antylopami, oraz nad stawkiem z wodą. Z impetem przelatuje się również nad końcową platformą, o czym na szczęście poprzedni obsługujący uprzedził, miałabym bowiem chyba zawał, przekonana, że coś się zepsuło. Hamulec jest za nią, człowiek się od niego odbija, przefruwa nad platformą z powrotem, wyłapuje go drugi hamulec i dopiero się staje na platformie. Na miękkich nogach w moim wypadku, ale i tak zdecydowanie wolę tyrolki niż wszystkie te rollercoastery i inne huśtawki w parkach atrakcji. Syn miękkich nóg nie miał i radośnie zaliczył jeszcze jeden przejazd.
Przy końcowej stacji tyrolki jest kolejna nowość – małpi gaj dla dzieci i dorosłych, wielkie miękkie siatki porozpinane między drzewami, można się wspinać, skakać i fikać koziołki. Poza tym nadal jedną z największych atrakcji jest karmienie lwów i tygrysów oglądane ze szklanego tunelu, na który lwy wskakują. W tym roku są trzy dość młode lwie podlotki, a dorosły samiec już się zrobił za stary na takie rozrywki. Nie ma już niestety natomiast gepardów. W enklawie australijskiej (gdzie są moje ulubione wallaby) zrobiono wolierę z rozmaitymi papugami, a najbardziej widoczne lorysy górskie, przepięknie ubarwione, strasznie wrzaskliwe, i jak się okazało po krótkiej chwili, niezwykle przyjacielskie. Weszły dziecku memu do kaptura, na głowę, usiłowały mu zdjąć okulary i próbowały, czy jego ucho nadaje się do schrupania.
Na samym wejściu jest natomiast nadal wybieg surykatek. Za nim wyskoczyła na mnie uśmiechnięta para ludzi, czy mogą zadać mi parę pytań. Zezwoliłam. Okazało się, że pytania dotyczyły oglądanych właśnie surykatek: gdzie żyją. Odparłam w pierwszym odruchu, że nie wiem, bo wprawdzie spojrzałam na nową (dwujęzyczną) planszę informacyjną z uznaniem i przeczytałam z niej fragment, ale akurat bez zwracania uwagi na te szczegóły po lewej stronie. Po czym przed oczami stanęły mi nory w piasku i poprawiłam się, że oczywiście wiem, że w Afryce. Dalej już było łatwo.
Część safari (słonie, rozmaite antylopy – już pamiętam, które to gnu – zebry, strusie, żyrafy, hipopotamy, nosorożce, wielbłądy, i w specjalnie wydzielonej części niedźwiedzie) się nie zmieniła, nadal jeździ się tam swoim autem, chociaż można też teraz wykupić przejazd specjalnie dostosowaną ciężarówką, ale kosztuje to bodaj 8€ od osoby, co jest zupełnie nieopłacalne. Siedzi się też wyżej, tracąc zapewne trochę przyjemności z ocierania się zebr i strusi o samochód. Zaobserwowałam stadko żyraf spożywających obiad z paśnika umieszczonego na odpowiedniej wysokości, pod spodem zaś stały zebry i czekały, aż coś im spadnie z pańskiego stołu.
-> Thoiry w 2013
-> Thoiry w 2012
-> Thoiry w 2011

Le MoMA à Paris

Wahałam się nad wystawą „Le MoMA à Paris”, bo opinie były podzielone, niektórzy mówili, że za skromna. W końcu ciekawość zwyciężyła, i nie żałuję. Żadne „za mało” – jasne, to jak kropla w morzu w porównaniu ze zbiorami MoMA, ale przecież całego przewieźć nie mogli. Jest natomiast „The Persistence of Memory” Dalego, widziałam je prawdziwe, byłam w szoku, że jest takie malutkie, ale jestem szczęśliwa. Są dwa Picassy, jeden abstrakcyjny, a drugi wprost przeciwnie. Jest „Le faux miroir” Magritte’a, Klimt, Picabia, Chirico, Matisse, „Le Baigneur” Cézanne’a, koło rowerowe Duchampa, fotografie Maxa Ernsta, Paul Signac, nie do opisania piękny ptak Brancusiego, a także pierwszy udźwiękowiony film Disney’a z Myszką Miki: to wszystko na pierwszym poziomie, zakończonym Pollockiem i Rothką, których nigdy nie rozumiałam i zapewne już nigdy nie zrozumiem.
Wyżej przenosimy się do czasów nowocześniejszych, a tam biały kwadrat Malewicza, „Identical Twins” Diane Arbus, oraz oczywiście zupa Warhola: 32 obrazy malowane ręcznie, przedstawiające 32 ówcześnie sprzedawane smaki zupy. Tegoż Warhola również podwójny Elvis, a dalej Edward Krasiński, który podobno odgrywał znaczącą rolę na scenie artystycznej Europy Wschodniej w latach sześćdziesiątych, na co się zakrztusiłam, bo w życiu nie słyszałam nazwiska. Jego znakiem rozpoznawczym była niebieska taśma samoprzylepna (skąd on wziął niebieską taśmę w Polsce w latach sześćdziesiątych?!) i taką instalację pokazało nam MoMA, zawierającą między innymi czarny telefon tarczowy. Dalej piętro z eksperymentami, i nagle w kącie sterta czegoś w kolorach flagi amerykańskiej. Jakaś zwiedzająca podeszła i wzięła sobie jedno coś, okazało się, że to… cukierek, stanowiący integralną część dzieła Felixa Gonzalesa Torresa „Untitled (USA Today)” z roku 1990, to znaczy cukierki są chyba bardziej współczesne. Należy się częstować, w ten sposób wchodząc w interakcję ze sztuką. Nie zostało wyjaśnione, czy należy ją zjadać, czy może lepiej przechowywać jako relikwię. Zastanawia mnie w jaki sposób kupuje się takie dzieło, o postaci zmiennej w czasie i wymagające ciągłej inwestycji.
Pod koniec cała mała salka obwieszona fotografiami Cindy Sherman, odtwarzającej kadry z filmów hollywoodzkich z lat 50 i 60. Dające do myślenia na temat modelu kobiety w ówczesnej zbiorowej nieświadomości, ale równie dobrze mogłabym to chyba obejrzeć w spokoju na komputerze. Jeszcze dalej wiek XXI: cała ściana emoji, dzieło interaktywne trawestujące gry na Atari, i rekonstrukcja kiosku z metra nowojorskiego, z roku 2013. Po drodze jeszcze sala z „Measuring the Universe” Ondaka, wszechświatem są tutaj widzowie. A na sam koniec sala, w której rozstawione jest czterdzieści głośników, każdy odtwarzający głos pojedynczego śpiewaka z chóru wykonującego polifoniczną pieśń szesnastowiecznego kompozytora Thomasa Tallisa, i jest to rzecz tak piękna, że dech zapiera. Można i należy chodzić po sali przysłuchując się każdemu głośnikowi z osobna i wielu razem, a dzieło nazywa się „The Forty-Part Motet” Janet Cardiff: i taką sztukę rozumiem, idealne połączenie nowoczesności i tradycji, indywidualizmu i zbiorowości, genialne w swej prostocie.
To była moja pierwsza wizyta we wnętrzu relatywnie nowej Fondation Louis Vuitton, którą nie tak dawno temu widziałam w budowie i której przedziwne kształty wpisały się w krajobraz Jardin d’Acclimatation (aktualnie w renowacji). Wnętrze jest nie tak udziwnione jak się obawiałam, można wyjść na wielopiętrowe tarasy i podziwiać zachód słońca nad Laskiem Bulońskim oraz wieżowce La Défense na bliskim horyzoncie. A na zakończenie wizyty, po ponownym obejrzeniu „The Persistence of Memory”, zjechaliśmy do Grotto na dole, które gości instalację „Inside the horizon” Olafura Eliassona, tego samego, w którego twórczości zakochałam się parę lat temu w Wersalu. W łagodny łuk ustawione są 43 kolumny lustrzane, wszystko oblane żółtym światłem, w tle dziwne dźwięki, niezwykle kojąca przechadzka. Wiem, że sztuka nie ma być kojąca, ale estetyka Eliassona podoba mi się tak bardzo, że można to sobie zwać jak się chce. Zastanawiam się nad ponownym odwiedzeniem tej wystawy.