„Genialni” Eric Weiner

Trafiłam na tę książkę przypadkiem, szukając „Genialnych” Urbanka, i od razu ją też kupiłam, ponieważ bardzo mi się podobały poprzednie książki Weinera.

W „Genialnych”, których oryginalny tytuł to „Geografia geniuszu”, autor usiłuje zrozumieć, co sprawiało, że w pewnych epokach i miejscach zdarzała się koncentracja osób wybitnych. Niestety przedwojennego Lwowa pod uwagę nie bierze, a potwierdzał on tę regułę. Startujemy oczywiście w Atenach, z którymi w czasach filozofów mieszkańcy byli niezwykle związani. Stąd dotkliwość kary ostracyzmu. Weiner utożsamia geniusz z kreatywnością i stara się dojść do tego, jakie są sprzyjające jej warunki. Nie można żyć w raju, to na pewno. Okazuje się również, że amatorom perspektywa nagrody przeszkadza, profesjonalistom natomiast pomaga. Zgodnie z intuicją odkrywamy też, że potrzebna jest iskra talentu, ale jeszcze bardziej pracowitość.

Weiner jednak wyjeżdża z Aten bez jasnych konkluzji i udaje się do Chin. To było pewne zaskoczenie. Niby pamiętam Marco Polo, ale przywykłam jednak w dzisiejszych czasach, że Chińczycy są raczej sprawnymi odtwórcami pomysłów innych. Tymczasem za czasów dynastii Song było całkiem odwrotnie. To przecież Chińczycy wynaleźli wszystko – dosłownie wszystko. Miasto Hangzhou, opisane przez Marca Polo w XIII wieku, miało co najmniej milion mieszkańców. Kiedy w Europie nurzano się w brudzie i umierano na rozmaite choroby, Chińczycy mieli świetną medycynę i dbali o higienę. Co się z tym stało potem, oto zagadka.

Po Chinach, gdzie autor odkrył genialną herbatę, wraca do Europy: tym razem Florencja i wspomnienie szesnastowiecznych malarzy. Tu sprawa jest jasna: wynaleziono pieniądz i banki, banki miały pieniądze, zwłaszcza jeden, de Medici. Ci oprócz bogactwa lubili piękno, więc zamawiali obrazy i rzeźby. Po śmierci Michała Anioła odkryto, że pod łóżkiem zgromadził małą fortunę, choć za życia z niej nie bardzo korzystał. To stoi w jaskrawej sprzeczności z wcześniejszym stwierdzeniem, że do kreatywności potrzeba, żeby było w życiu trudno.

Z Florencji jedziemy na północ: Edynburg. Komu się wydaje, że geniuszy tam nie było (a może się wydawać, epoka osiemnastowiecznego Scottish Enlightement nie ma nawet swojego hasła w polskiej wikipedii), niech pomyśli o rowerze, lodówce, znieczuleniu przy operacji, higienie: wszystko tam. Bez filozofa Davida Hume’a nie byłoby Darwina. A bez Szkotów nie byłoby być może Kalkuty, gdzie przenosimy się następnie. Potem Wiedeń, dwa razy: najpierw Mozart z Beethovenem, a potem Freud. W Wiedniu były wspaniałe kawiarnie, gdzie genialni się spotykali, co natychmiast każe nam pomyśleć o lwowskiej Szkockiej. A na koniec współczesna Dolina Krzemowa. Czy Steve Jobs był geniuszem? Czy w ogóle Dolinę Krzemową można postawić obok Wiednia, Florencji, Aten?

Żeby geniusz miał sens, musi trafić w swój czas. Łódź podwodną skonstruował w 1620 Holender Cornelis Drebbel. Działała. Wyśmiano go, uznano, że to nieprzydatna zabawka, i nikt o nim nie pamięta. Takich przypadków w historii oczywiście jest o wiele więcej.

Weiner jest Amerykaninem, i to książka dla Amerykanów, autor czasem więc tłumaczy rzeczy oczywiste, a czasem udaje głupszego niż jest – trudno mi uwierzyć, że oczytany dziennikarz nie zna muzycznego terminu „adagio”. Do tego dochodzi nienadzwyczajne tłumaczenie. Bardzo dosłowne, często widać składnię angielską. Tłumacz najwyraźniej nie wie, że de Medici po polsku to Medyceusze, a Galleria degli Uffizi jest jego zdaniem „ikoniczna”. Ale i tak czytało się świetnie.

„Pani od obiadów” Marta Sztokfisz

Mało brakowało, żeby nasza najsłyniejsza autorka książek kulinarnych podpisywała się Lucyna Staszewska. „365 obiadów” Lucyny Staszewskiej: nie jestem pewna, czy to by się sprzedawało, choć pewnie to tylko kwestia przyzwyczajenia. Ale to „Ćwierczakiewiczowa” brzmi odpowiednio solidnie: jak nazwisko kogoś, kto ma lata doświadczenia w prowadzeniu kuchni, kto z pewnością nie jest rozrzutny, i kto bez wątpienia szanuje tradycje polskie. Tymczasem była córką Fryderyka Bachmana i Henrietty z domu Bücklingów. Jej ojciec pochodził z „Klewji”, jak informuje jego akt zgonu przytoczony przez autorkę biografii, która niestety nie zadaje sobie trudu wyjaśnienia, co to mogło być. Musiało chodzić o Clèves – czyli był Prusakiem. Miał 62 lata, kiedy zmarł w 1832, Lucyna miała natomiast wtedy zaledwie 6. Mając lat 18, w 1845, poślubiła Feliksa Staszewskiego, szlachcica, ale nie układało im się za dobrze. Zamiast znosić swój los z pokorą, jak przystało na XIX-wieczną damę, Lucyna się po prostu rozwiodła i wróciła do matki. Chwilę potem wyszła za inżyniera Stanisława Ćwierczakiewicza. Nie wiemy, jakim cudem wzięła kolejny ślub kościelny, Marta Sztokfisz przypuszcza, że nie ujawniła nazwiska ojca (nie ma go w akcie ślubu), i że w tym celu ślub odbył się w Brwinowie. W każdym razie małżeństwo ze Stanisławem było bardzo udane. Nadzwyczaj energiczna pani domu wkrótce wydała swoją pierwszą książkę z przepisami i stała się celebrytką na miarę połowy XIX wieku.

Była również osobą odważną, o wielkim sercu. Kiedy nowo mianowany metropolita warszawski, arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński, w 1862 roku nakłaniał zebranych, żeby nie śpiewali w kościołach patriotycznych pieśni, Ćwierczakiewiczowa podeszła do ołtarza i wrzasnęła „przeklinam cię do trzeciego pokolenia, powolny sługo carski!” Systematycznie zbierała poza tym pieniądze dla warszawskiej biedoty, opiekowała się rodzinami więźniów politycznych i ich dziećmi. Dzięki temu była podejrzana o konszachty z Rosjanami, tymczasem robiła to w celu wyciągania osadzonych z Cytadeli i łagodzenia wyroków. Dopiero po jej śmierci prawda wyszła na jaw.

Biografię czyta się bardzo dobrze, ale rozpieszczona przez Urbanka narzekałam trochę na braki w wyjaśnieniach. Lucyna należała do parafii ewangelicko-reformowanej, zatem skąd ślub w kościele katolickim? W dwudziestoleciu międzywojennym często się zdarzało, że zmieniano wyznanie, żeby wziąć powtórny ślub kościelny, ale to wyraźnie nie był ten przypadek. Książkę uzupełniają obficie cytowane przepisy Ćwierczakiewiczowej, nieco się śliniłam przy czytaniu, i byłam pełna podziwu dla bogactwa i różnorodności serwowanych wtedy potraw. Jasne, była służba, która nie siedziała na fejsie, tylko w kuchni. Poza tym przy okazji odkryłam, że bretońskie kig ha farz znane było w Polsce pod nazwą prażucha.

Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki

Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki
Żadnych zaskoczeń po filmie, który przecież sporo rzeczy upraszczał, a niektóre udramatyzował, lecz pokazał swoją bohaterkę bardzo prawdziwie. Ale ta biografia jest i tak bardziej wciągająca niż niejedna powieść. Niesamowity wydaje się pomysł z życiem w trójkącie. Autorce udało się tutaj doskonale odmalować potrzeby i pomysły Michaliny. Że obu kobietom urodziły się dzieci w tym samym czasie, też brzmi bardziej nieprawdopodobnie niż niejeden serial. I mnóstwo innych rzeczy: Wisłocka podrzucała córkę na wychowanie rozmaitym osobom, odwiedzając ją tylko raz przez dwa, w czasie których nastolatka była w sanatorium. Nie umiem sobie tego wyobrazić.

Violetta Ozminkowski ma relatywnie łatwe zadanie: Wisłocka pisała pamiętniki, a jej córka chętnie rozmawiała o matce. Jest biografką wnikliwą, czyta się to doskonale, i jednak z ogromną sympatią dla bohaterki. Była rzeczywiście barwną postacią. Mam tylko pretensję o  niedostatek chrolonogii, zwłaszcza w drugiej połowie. Autorka trochę skacze w czasie, nie podając żadnych dat, więc kilkanaście razy pytałam kindla z irytacją „no dobrze, ale kiedy to właściwie było?”, ponieważ ja lubię takie rzeczy wiedzieć. Zapewne jej doskonała znajomość życia Wisłockiej kazała jej myśleć, że czytelnicy też tak mają.

Obietnica poranka

Pamiętam, że „Obietnica poranka” zachwyciła mnie w młodości, i w ogóle bardzo lubiłam Gary’ego, jedynego pisarza, który dostał dwukrotnie nagodę Goncourtów, z zasady przyznawaną twórcy tylko raz. Drugi raz pisał pod pseudonimem, jako Emile Ajar, aż do jego śmierci nikt nie wiedział, kto jest prawdziwym autorem. Film „Obietnica poranka” jest ekranizacją tej powieści na motywach autobiograficznych, i jest bardzo dobry, tylko nie należy się po nim spodziewać dosłownej rzetelności. Gary’ego matka jest przerysowana, bo to jest jego wizja dziecięca i jego wspomnienie. Charlotte Gainsbourg fantastycznie się sprawdziła w tej roli, byłam pod ogromnym wrażeniem – zwłaszcza, że naprawdę dużo mówi po polsku, którego nie zna. Mówi zresztą z przedziwnym akcentem, ale to się da wytłumaczyć, Mina Kacew była w końcu rosyjską Żydówką, studiowała w jidysz, z pewnością nie mówiła literacką polszczyzną. Po francusku zresztą też mówi z dziwnym akcentem. Wspaniała rola. Pod koniec miejscami film jest dość egzaltowany, ale doskonale się ogląda.

Opowiadania Hugo i Nebula: 2014

Nebula
Nagrodzona Rachel Swirsky ”If You Were a Dinosaur, My Love” (jest polski przekład). Nominowane również do Hugo bardzo krótkie opowiadanie, poetyczne, głębokie, wzruszające i INNE. Zostało sparodiowane dwa lata później, niesłusznie.

Sofia Samatar ”Selkie Stories Are for Losers”. Selkie to fokołaczka. Na początku uniosłam do góry lewą brew, bo dopiero co czytałam „Jackalope Wives” i tę o syrenach Alyssy Wong, co za jakaś nagła moda na -łaczki. Ładne, zwięzłe, poetyczność rodząca się między słowami, to lubię, tylko niezwykle mało fantastyczne. Żeby nie powiedzieć, że wcale. Nominowane również do Hugo.

Matthew Kressel ”The Sounds of Old Earth”. Na Ziemi zrobiło się cicho, kiedy wszyscy już polecieli na Nową Ziemię, na którą przewieziono też ostatnio Wersal i Stonehenge. Narrator jednak został, i nie jest jedyny. Co za śliczne otwarcie, przykuwające uwagę jak Silverberg. Dalej też jest dość ładnie, fabuła sprytnie (może nieco nachalnie) osnuta wokół stawu z żabami, niestety mocno melodramatycznie.

Kenneth Schneyer ”Selected Program Notes from the Retrospective Exhibition of Theresa Rosenberg Latimer”. Dokładnie to, co w tytule. Krótkie opisy obrazów fikcyjnej artystki, plus pytania do dyskusji. „Niechybnie New Weird”, westchnęłam przed rozpoczęciem lektury – otóż to się czyta znakomicie. Miałam te wszystkie obrazy przed oczami. Między wierszami autor odmalowuje życie bohaterki, ale najzabawniejsze jest to, czego narrator kompletnie nie rozumie, a my dość szybko.

Sylvia Spruck Wrigley ”Alive, Alive Oh”. Narratorka z mężem wyjeżdża kolonizować obcą planetę. Niby sztafaż sf, ale żadnych wyjaśnień, jakim cudem w 5 miesięcy można dolecieć do planety podobnej do Ziemi. Clou bowiem polega na tym, że bohaterka zakłada tam rodzinę, a potem się okazuje, że powrotu nie ma. Reszta raczej banalna. Zastanawiałam się nad brzytwą Lema. Można by osadzić to opowiadanie w jakiejś głębokiej dżungli, albo na innej bezludnej wyspie; ewentualnie przeciwnie, jakiś dziki aborygen w wielkim mieście. Ale to by nie działało, po dziesięciu (a nawet dwudziestu) latach największy dzikus przystosowałby się jakoś do cywilizacji, więc jednak ta otoczka pozornego sf jest tu chyba konieczna dla efektu dramatycznego. Z drugiej strony cierpienie ani nostalgia się nie stopniują. Czy moja tęsknota za Polską jest mniej warta niż bohaterki, choć ja teoretycznie mogłabym „wrócić”?

Poza wcześniej wymienionymi do Hugo nominowane było w tym roku jeszcze

Thomas Olde Heuvelt ”The Ink Readers of Doi Saket”. I po to się męczę z tymi wszystkimi nudziarzami, żeby raz na sto tekstów trafić taką perełkę! Tajlandia północna (autor jest Holendrem), w mieście Chiang Mai tysiące ludzi wrzucają do rzeki Mae Ping swoje życzenia, tymczasem w wiosce Doi Saket te życzenia są wyławiane, odczytywane, a niektóre z nich w tajemnicy spełniane. To nie jest fantastyka, bardziej realizm magiczny, ale to nie przeszkadza: doskonale napisane, przezabawne, oryginalne, zaskakujące. Powinno było dostać Hugo. Autor ma 34 lata i Hugo 2015 za najlepszą nowelę (”The Day The World Turned Upside Down”, jest to pierwszy tłumaczony tekst, który dostał tę nagrodę), będę z ciekawością wyglądać jego nazwiska.

->2015

Listy Lema do Kandla

Patrzyłam na te listy kątem oka, zastanawiając się, czy ja to na pewno chcę czytać. Czytałam już przezabawne listy do Mrożka, dopiero co skończyłam biografię, chyba wiem już wszystko o Lemie, co jeszcze może być fajnego w listach do tłumacza? Znowu się straszliwie pomyliłam. STRASZLIWIE. Lem daje tutaj mnóstwo fascynujących wyjaśnień swoich zamierzeń, żeby ułatwić tłumaczowi pracę, krytykuje i chwali rezultaty wysiłków Kandla. Błyskawicznie się z nim listownie zaprzyjaźnia, wysyła mu zdjęcia swojego synka. I pisze mu rzeczy, których nie pisał ani nie mówił chyba nikomu innemu. Być może dlatego, że Kandel był jednak niemal nieosiągalnie daleko, że Lem czuł się bezpieczny wysyłając te listy za ocean, gdzie nie sięgały macki polskiego wielkiego brata, zwłaszcza kiedy wysyłal je z zagranicy. Być może Kandel umiał mu zadawać odpowiednie pytania, być może prezentował odpowiednią mieszankę uwielbienia dla mistrza i odwagi z nim polemizowania. A może wszystkiego po trochu, w każdym razie jestem niezwykle szczęśliwa, że Kandel istniał, że odważył się napisać ten pierwszy fanowski list do ulubionego autora, że kontynuowali tę wymianę przez lata, że w końcu te listy zostały wydane. To jest mój święty Graal.

Kolejny raz widzę wielkość umysłu Lema. Niewiarygodna jest wnikliwość, z jaką analizuje swoje własne pisarstwo, i twórczość w ogóle. Czepia się czasem drobiazgów w tłumaczeniach Kandla, ale nigdy nie ma w tym małostkowości, jest tylko dążenie do doskonałości. Mówi mnóstwo o literaturze, twórczości własnej i cudzej, tłumaczeniach, ludziach, polityce, totalitaryzmie, swoim umyśle; co chwila jest tam coś przepięknego, rewelacyjnie sformułowanego, zaskakującego. Prawie umarłam z wrażenia czytając, że Lem uważał „Hendersona króla deszczu” Bellowa za napisaną specjalnie dla siebie – ona jest przecież napisana dla mnie! Znamienne: Lem pisze o wszystkich swoich książkach, jasno mówiąc, które ceni, a które mniej, absolutnym milczeniem pomija tylko jedną, wiadomo którą.

Mam mu za złe właściwie tylko to, że narzeka nieustannie na fantastykę, ubolewa nad własnym włączeniem się do tego paskudnego i nic w jego oczach niewartego nurtu. Nie daje jednak absolutnie żadnych konkretnych przykładów. W połowie lat 70 wychodziły bardzo dobre książki Silverbega, była już Ekumena Le Guin, której „Wydziedziczonych” zresztą poleca Kandlowi, oraz choćby „Babel-17” Delany’ego. Wszystko tak kompletnie i z gruntu na śmietnik, bez żadnego uzasadnienia? Zamiast się czepiać, że ci wszyscy pisarze nie są Lemem, można było docenić również ich spojrzenie na świat i ich zainteresowania. Szkoda. Poza tym jednak Lem okazuje się zdumiewająco ciepłym przyjacielem, autentycznie martwi się o Kandla (do którego nb cały czas zwraca się per Pan, to rzuca pewne światło na tych jego bohaterów „Edenu” zachowujących kulturalne formy w największych tarapatach na obcej planecie), wypytuje, daje dobre rady. Część z tego to na pewno strach przed utratą tak dobrego tłumacza, ale nie tylko.

Ta korespondencja urwała się, kiedy Lem skrytykował pierwszą książkę Kandla. Oczywiście, że skrytykował, Lem krytykował WSZYSTKO (łącznie z którymś dramatem Mrożka, bodaj nawet „Tangiem”), Kandel powinien był wiedzieć – co bardzo łatwo napisać zza kindla, nie będąc osobiście zaangażowana. Potem panowie wymieniają jeszcze parę listów, jeden z nich dotyczy tłumaczenia „Fiaska„, i przynosi wiele informacji na temat powstania tej powieści. A w 86 bodaj Kandel proponuje, żeby coś napisali wspólnie. Lem odrzuca tę propozycję, jak to on, wdając się w wielostronicowy wywód, zamiast po prostu powiedzieć „nie, dziękuję, może następnym razem”. Cały Lem.

Było fajnie

Znowu minął jak mrugnięcie okiem, a jednak trochę tych wspomnień mam