Nauczyciele

Było różnie, jak w życiu. W liceum był historyk, który oceniał po nazwisku. Kolega, który miał iść na prawo, miał u niego piątki, ja najwyżej czwórki: raz porównywałam nasze klasówki, u mnie było więcej szczegółów, za to ocena słabsza. Ale być może wiedział, że historia mnie nie interesuje (teraz żałuję), a kolegę i owszem. Była ukochana matematyczka w podstawówce, umarła na raka, to był pierwszy pogrzeb, na jakim byłam. Była polonistka oceniająca mnie za nazwisko ojca. Był polonista licealny, który potem zajął się pisaniem kryminałów. Był nawiedzony fizyk, który organizował konie i narty, i kazał nam czytać Resnicka i Hallidaya zamiast uczyć; ale z fizyki egzamin wstępny na studia zdałam lepiej niż z matematyki. Do dzisiaj pamiętam piątkę z klasówki u niego. Była cudowna rusycystka w podstawówce i surowa w liceum, która języka mnie oduczyła, chociaż wymagała dużo, a ja miałam dobre stopnie. Do dzisiaj nie wiem, czy to był celowy sabotaż, czy fatalny program. Był biolog licealny, który wprowadził szalenie skomplikowany system oceniania, i który co sobota organizował wycieczki za miasto, a w lecie obozy w górach. Do obozów dostawał jakieś takie dofinansowanie, że raz wyszłam na zero. Nie interesowało mnie wtedy kompletnie, czy ma rodzinę (zdaje się, że miał), i co oni na to. Był oślizgły peowiec, który nie znał się na niczym poza manipulowaniem, lawirowaniem i podlizywaniem się, na tym za to tak dobrze, że został wicedyrektorem.
Moja Matka była z wykształcenia pedagogiem, pracowała przez chwilę w szkole (w Wołominie zresztą), przed moim urodzeniem. Teraz sobie uświadamiam, że właściwie nie wiem, dlaczego potem wolała być urzędniczką ministerialną – łatwiej, lepsze zarobki, większy prestiż? Szkoda, że nie mogę Jej już zapytać.

Biblioteki

Siedem lat później postanowiłam dopisać ciąg dalszy o bibliotekach mego życia.

Czwarta, a właściwie trzy czwarte, była duża biblioteka niedaleko od naszego domu – szło się koło mojej podstawówki, jeszcze kawałek prosto, przez skwer na skos (teraz na skos nie można, zbudowano tam muzeum), jeszcze kawałek, i były wąskie drzwi do trzypiętrowego raju. Na samej górze biblioteka dla dzieci, niżej dla młodzieży, na dole dla dorosłych. Z tej dziecięcej korzystałam chyba relatywnie niewiele, bo musiałam tam chodzić z Mamą (aczkolwiek utkwił mi w pamięci „Pinokio”, do którego żywiłam uczucia mieszane – jakoś za dużo nieszczęść go spotykało), natomiast po drodze do niej przechodziło się obok cudnego małego okrągłego okienka, które fascynowało mnie prawie tak jak księgozbiór. W późniejszych klasach podstawówki usamodzielniłam się i zaczęłam łazić co najmniej raz w tygodniu na spacerek do tamtejszej biblioteki na pierwszym piętrze. Pamiętam z niej obfity wybór powieści Erskina Caldwella, które dlaczegoś mi się straszliwie podobały, oraz Steinbecka „Pastwiska niebieskie”, które podobają mi się do dzisiaj. I „Grendela” Johna Gardnera. I Borgesa. I Cortazara. I.

Potem była biblioteka licealna, i tu zaskoczenie, ponieważ nie korzystałam z niej praktycznie wcale. Nie mogę sobie przypomnieć dlaczego. Zdaje się, że nie było tam wolnego dostępu do półek, co w moim pojęciu natychmiast przekreśla ideę biblioteki, a nawet zaprzecza jej definicji. Pożyczyłam tam zaledwie parę książek w ciągu czterech lat edukacji. Był w wśród nich jednak tom wierszy Herberta, co sprawia, że nie mogę z czystym sumieniem tej biblioteki wykreślić ze spisu. W liceum zapisałam się również do biblioteki British Council i zakochałam się natychmiast w ich systemie kopertek i kart książek. Poza tym pożyczyłam z niej „Franky Furbo” Whartona, którego „Ptaśka” uwielbiałam, i przeżyłam pierwsze w swoim życiu świadome zetknięcie z grafomanią. Bolało – ale tak dalece nie ufałam swojej zdolności oceny, że przeczytałam ją do końca, a nieco później pożyczyłam jeszcze polski przekład i też go przeczytałam, nie mogąc zrozumieć, jakim cudem autor „Ptaśka” napisał tak złą książkę. Ba, gwoli całkowitej pewności przeczytałam jeszcze z 10 jego kolejnych książek (w tym naprawdę potwornych „Spóźnionych kochanków”, którym nawet Paryż nie pomógł, a to już jest wyjątkowa sztuka). No cóż, zawsze byłam uparta. Z British Council wyjątkowo wyraziście pamiętam też „Vermillion Sands” Ballarda, jednego z najdziwniejszych i najciekawszych brytyjskich autorów sf. Niezwykle nastrojowy zbiór opowiadań, do dziś nie przełożony na polski, a szkoda. Biblioteka British Council była również pierwszą, w której miałam problem z terminem oddawania – po angielsku czytałam jednak sporo wolniej niż po polsku. W pozostałych bibliotekach problemem było raczej ograniczenie na liczbę pożyczanych książek, które zresztą niejednokrotnie przekraczałam, posługując się siłą sugestii i wrodzonym urokiem osobistym. Parę razy też zdarzyło mi się zanieść do jednej biblioteki książkę z innej, co nieodmiennie zadziwiało bibliotekarki.

Biblioteka na wydziale posiadała oczywiście jedynie podręczniki i inną literaturę fachową, więc była znacznie mniej interesująca, poza tym też nie było swobodnego dostępu do półek i trzeba było pożądaną pozycję zamawiać. Bywałam w niej jednak często, bo miała przecudną, świeżo odnowioną czytelnię z niesłychanie wygodnymi fotelami. Można się nawet było w nich nieco zdrzemnąć pod pozorem nauki.

Po przeprowadzce do Wrocławia okazało się, że dorosłe życie oznacza chodzenie do pracy, a to jest niekompatybilne z chodzeniem do bibliotek, które się zamykały bodaj o 18. Na szczęście okazało się również, że w tym pięknym mieście biblioteki są czynne w soboty, co spowodowało, że zapisałam się do biblioteki osiedlowej, do biblioteki nieco dalej, gdzie był lepszy wybór, oraz do biblioteki w Rynku, gdzie wyboru nie było w ogóle – prawie dosłownie puste półki, pewnie dlatego, że zapisany tam był cały Wrocław. Obok natomiast była biblioteka obcojęzyczna, do której też uczęszczałam z radością, a pamiętam z niej wyjątkowo szczegółowe rewersy, których wypisanie zajmowało całe długie minuty. A na dole było przyjemne stoisko z fantastyką. Wychowana byłam w przekonaniu, że książek się nie kupuje, ewentualnie wyjątkowo, bo przecież są biblioteki. Zawsze było w domu coś pilniejszego do kupienia. Już w dorosłym życiu pewnego dnia nagle do mnie dotarło „ach, przecież ja zarabiam pieniądze, stać mnie, mogę sobie KUPOWAĆ KSIĄŻKI!”. I właściwie wtedy dopiero odkryłam księgarnie. Wracając jednak do tematu bibliotek, tej na Sztabowej wierna byłam jeszcze po mojej przeprowadzce do własnego mieszkania, chociaż zupełnie nie było mi to po drodze. Tak było aż do wyjazdu z Polski, i pewnie nadal gdzieś tam mam kartę z tej właśnie biblioteki.

A potem przyjechałam tu, rozeznałam się w kwestii bibliotek, okazało się, że muszę przynieść dowód zamieszkiwania (justificatif de domicile), a zanim się takiego doczekałam, pragnienie zapisania się do biblioteki zeszło chwilowo na dalszy plan. Potem z kolei zaczęłam mieć obsesję, że muszę czytać po polsku, bo przecież inaczej natychmiast zapomnę języka ojczystego, i zaczęłam się zaopatrywać w książki polskie (z pewnością zadziałał tu mechanizm, że pożądane jest to, co niedostępne aktualnie). Moje obecne miejsce zamieszkania ma jedną kartę działającą we wszystkich lokalnych bibliotekach, bardzo dobry wynalazek. Nauczyłam się zamawiać w nich książki przez internet, po czym loterią jest, do której z dwóch głównych mediatek dostarczą zamówienie, i czy w mailu udzielą informacji właściwej, czy jednak mylącej. Odwiedzamy też regularnie jedną mniejszą bibliotekę, żeby pożyczać tam lektury dla dziecka. Przy tej okazji nieodmiennie ciekawie zerkam na półki, pamiętając jednak, że na kindlu czeka kolejka.

Poza tym w moim życiu były rozmaite małe wypożyczalnie na wakacjach, oraz zostawało pożyczanie książek od znajomych. W ten sposób na wakacjach z rodzicami nad morzem, gdy szłam do pierwszej klasy, przeczytałam „Mity greckie”, nie pamiętam które, ale chyba Markowskiej (te miałam na pewno w domu) i to była kolejna moja miłość na długie lata, do tego stopnia, że konkurs mitologiczny w pierwszej klasie liceum wygrałam w cuglach i właściwie nawet się do niego nie przygotowując. Do dzisiaj, kiedy jestem u kogoś w gościach, sprawdzam, co ma na półkach. Ponieważ znajomych dobieram sobie starannie, zazwyczaj kończy się to wyciągnięciem szczególnie interesującej pozycji i odkryciem czegoś, w co muszę potem się zaopatrzyć we własnym zakresie, żeby spokojnie doczytać. Tak było na przykład ze „Stulatkiem, który wyskoczył przez okno” oraz „Panem Lodowego Ogrodu„.

Biblioteki

Byłam w sobotę w bibliotece, pożyczyłam sobie „Journal d’Hirondelle” Amelie Nothomb i natychmiast go przeczytałam, ale ja kompletnie nie umiem pisać o Nothomb – do tej pory napisałam tylko trzy zdania o „Ni d’Adam ni d’Eve”, która jest nietypowa jak na Nothomb. Jak kto ją czytał, to rozumie problem. W zamian będzie w takim razie o bibliotekach mego życia, ponieważ arbitralnie uznałam, że osiągnęłam już odpowiedni wiek, żeby zacząć spisywać wspomnienia.

Pierwsza była oczywiście biblioteka domowa. Rodzice obudowali półkami od podłogi do sufitu cały duży pokój i umieścili tam swój księgozbiór. Wyrosłam w tym, uważałam, że wszyscy tak w domach mają, więc nieodmiennie mnie dziwiło, kiedy potem przychodziły jakieś koleżanki i pytały ze zdumionym podziwem „ale macie dużo książek! Ktoś to wszystko przeczytał?”. Bardzo dziwiło, i w zasadzie nadal czasem dziwi, mnie też u innych, że nie mają książek, albo MAŁO. Odkąd pamiętam, intensywnie korzystałam z licznych encyklopedii i słowników, kiedy tylko miałam jakieś wątpliwości lub czegoś nie wiedziałam. Nie pamiętam natomiast, czy rodzice podsuwali mi jakieś lektury, czy ja je sobie wybierałam sama – na pewno w jakiś sposób odkryłam Tolkiena „Hobbita” mając 9 lat, zachwyciwszy się lekturą zabrałam się oczywiście za ciąg dalszy i nań poległam. Do „Władcy pierścieni” wróciłam w ten sposób dopiero po trzech latach, ale wtedy to już było w sam raz. Pamiętam, gdzie stał na półce i jak obok w lecie padało światło słoneczne na podłogę. Mając też około 12 lat złapałam się za Lema, którego namiętnie kolekcjonował ojciec; samych „Dzienników gwiazdowych” było ze sześć różnych wydań (słusznie, bo mają różną zawartość). Najcieplej jednak wspominam dzieła zebrane wydane przez WL: twarde oprawy i papierowe obwoluty we wszystkich kolorach tęczy („Kongres futurologiczny” był żółty). Nie wiedzieć dlaczego na początku zażądałam od ojca, aby mi powiedział, którą książkę Lem napisał najpierw, i w ten sposób zabrałam się do lektury „Astronautów” (szczęśliwie ojcu nie przyszło do głowy, aby odpowiedzieć „Szpital przemienienia”). Potem już było normalniej, sięgnęłam bowiem po „Cyberiadę” i przepadłam do dziś. Domowa biblioteka została poważnie okrojona po śmierci ojca (wyprowadził się co prawda wcześniej, ale Mama trzymała do końca wszystkie jego książki – chyba na wypadek, gdyby się o nie upominał). Antykwariusz, który przyszedł wtedy do nas do domu, dostał wypieków z emocji, nawet mimo tego, że co lepsze rzeczy zatrzymałyśmy oczywiście dla siebie. I tak z pewnością obłowił się u nas nieźle. Nie były to jeszcze czasy allegro.

Druga była biblioteka w podstawówce. Mama poszła mnie do niej zapisać pierwszego dnia szkoły, pierwszoklasistów oczywiście jeszcze tam nie zapisywano, bo teoretycznie czytać nie umieli, a ja dodatkowo byłam młodsza niż ustawa przewidywała, ale bibliotekarka zrobiła dla mnie wyjątek. Jeżeli sobie tego nie zmyśliłam, to najpierw sprawdziła, czy faktycznie czytać potrafię. Musiałam być przekonująca. Spędziłam potem w tej bibliotece jakieś całe lata życia, zaprzyjaźniłam się z bibliotekarkami, wyrabiałam normę czytelnictwa za całą klasę, księgozbiór znałam na pamięć. Potrafiłam pożyczyć jednego dnia 11 książek, z czego po lekcjach oddać dwie. Przeczytane. Do dziś pamiętam rozkład tej biblioteki: na prawej ścianie od wejścia po lewej na górze Brandys i jego „Śladami Stasia i Nel” oraz „Z panem Biegankiem w Abisynii”, trochę dalej Nienacki i Niziurski, a tuż obok drzwi po prawej stronie zbiory baśni, które uwielbiałam od maleńkości (zbiór Stillera baśni malajskich, na przykład). Większość książek pookładana starannie w gruby szary papier (potem sama tam niejedną obłożyłam w ramach pomocy paniom bibliotekarkom), i ten niezrównany zapach używanych książek, kurzu i literek. Nieustanny przytulny półmrok (w drugiej sali na pewno nie było okna, w pierwszej chyba było, ale jakoś nie dawało dużo światła). Kiedy wracam do tego myślą, odczuwam jednocześnie przeraźliwą tęsknotę i błogi spokój. To był mój raj utracony, tam chcę po śmierci wrócić, jeśli tylko zasłużę.

Trzecia była biblioteka osiedlowa, do której też zostałam zapisana w pierwszej klasie, a może w drugiej. Mam do niej jakoś mniejszy sentyment, choć korzystałam z niej całkiem sporo. Mieściła się na górze w lokalnym pawilonie handlowym, była chłodna, przestronna i jasna, i pamiętam z niej głównie książki, które pożyczałam będąc już całkiem dorosła. Chociaż to tam chyba odkryłam Musierowicz i Siesicką, a było to relatywnie późno. I Edith Nesbit wcześniej. To ona nadal czasem do mnie wraca w snach, w których nieodmiennie odkrywam na półkach jakieś fascynujące cudowności. (cdn.)