Lista przebojów

Dopiero teraz sobie przypomniałam, że Trójka była jedną z rzeczy, których bardzo mi brakowało po wyjeździe z kraju. Nie było chyba jeszcze radia przez internet, ja zresztą nie miałam jeszcze internetu w domu. Potem zajęły mnie inne sprawy; zdarzało mi się niekiedy słuchać w piątkowy wieczór Listy, ale nie robiłam tego od bardzo dawna. Świadomość, że ona istnieje, i że mogę jej posłuchać, była jednak nadal jednym z filarów mojego świata, co uświadomiłam sobie wczoraj, słuchając „notowania ciszy” (po odejściu Niedźwieckiego listy wczoraj nie było, przez trzy godziny leciały wyłącznie polskie piosenki, niektóre przywracające mnie nastoletniości skuteczniej niż maszyna czasu). Przypomniałam sobie te wszystkie zabawne powiedzonka Niedźwieckiego, Helen, korespondencje Aliny Dragan, telefony i listy od słuchaczy. Dotarło do mnie, że obcowaliśmy ze szczęśliwym człowiekiem na właściwym miejscu. Kimś, kto odnalazł swoje powołanie, kto stworzył kawałek lepszego świata dla siebie i dla innych. Dopiero w retrospekcji słyszę tę niezapomnianą radość w głosie i dopiero teraz sobie uświadamiam, jakie mieliśmy wyjątkowe szczęście być jego słuchaczami. Mam nadzieję, że lista gdzieś kiedyś wróci, ale czy jeszcze słychać będzie szczęście w głosie pana Marka – wątpię.

Kronika czasów zarazy

Można przywyknąć, wszędzie można się jakoś urządzić, nawet w tym nowym dziwnym świecie. Przerażająca teraz wydaje mi się myśl o wstawaniu rano na budzik, o jechaniu 8 km do pracy, o widywaniu dziecka w tygodniu tylko przelotnie (tego samego dziecka, za którego zabranie ode mnie na parę dni płaciłabym chętnie niemałe kwoty, tak to działa). Ale to jeszcze nie natychmiast, moja praca mówi o kontynuowaniu zdalnie co najmniej do 2 czerwca. Najtrudniej przywyknąć do kolejek pod sklepami. W sobotę zrezygnowaliśmy ze stania pod hipermarketem, obliczonego na co najmniej godzinę. Za to udało mi się pierwszy raz w życiu skorzystać z drive, i byłam zachwycona – zamówienie przez net, o wyznaczonej godzinie podjechałam na parking hipermarketu, otworzyłam bagażnik, zakupy zostały do niego włożone, i odjechałam. Pół godziny od drzwi do drzwi.

Tymczasem rząd ogłosił już zasady déconfinement, otwierania kraju przewidzianego na 11 maja. Ma jednak być podział na regiony, od którego jeszcze niedawno stanowczo się odżegnywali. Każdy departament ma status zielony lub czerwony, w zależności od liczby zachorowań (ewentualnie przejściowy pomarańczowy). Rejon paryski jest oczywiście czerwony, i na pewno taki pozostanie. To oznacza również, że lokalne parki pozostaną zamknięte.

W zielonych będzie można się swobodnie (bez przepustki) przemieszczać w odległości do 100 km i w obrębie departamentu, dalej tylko w ważnych sprawach rodzinnych lub zawodowych. Przepustowość transportu będzie znacznie ograniczona, zwłaszcza metra paryskiego. Maski obowiązkowe w transporcie publicznym i dla nauczycieli. Otwierać się mają szkoły – ale to największa zagadka, premier mówi bowiem o ograniczeniu liczby uczniów. Jak to w praktyce będzie wyglądało, nie wiadomo. Przewiduje również otwarcie całego handlu, z wyjątkiem kawiarń i restauracji. Zgromadzenia będą ograniczone do 10 osób. Maski mają być powszechnie dostępne, planowane jest również wykonywanie 700 tysięcy testów tygodniowo.

Przestałam się bać zachorowania: ostatecznie jeśli zachowuje się odległość od innych i starannie myje ręce, to szansa na nie jest niewielka. Strach wrócił, kiedy dowiedziałam się o ciężkich udarach, jakie dotykają młodych (30-50 lat) ludzi, którzy łagodnie przeszli covid. W koronawirusie jest coś, co powoduje skrzepy. Nie mamy danych, jaki procent chorych może ucierpieć, ale to koszmarny scenariusz. Martwią mnie też stany zapalne u dzieci, które do tej pory wydawały się nie być specjalnie zagrożone. Nie ma oczywiście żadnego sensu się na tym koncentrować. Mam nadzieję na otwarcie marché po 11 maja, tego brakuje mi bardzo. I basenu, ale o tym oczywiście nie ma co marzyć. Z ciekawostek francuskich: podwyższone ma być ograniczenie na bony restauracyjne (w tej chwili występujące w postaci kart płatniczych), aktualnie wynoszące 19€ dziennie. Ta kwota ma być podniesiona do 95€ tygodniowo.

Kronika czasów zarazy

Zaczynamy czwarty tydzień confinement (kwarantanny). W zeszłym roku dłużej byłam na urlopie, więc to niby jeszcze nic takiego. Ale po urlopie człowiek wraca do biura wiedząc, że ono funkcjonowało cały ten czas, wszystko działało normalnie, szło swoim trybem, księgowość rozliczała i przygotowywała płace, żądania klientów były co najmniej analizowane. Teraz wszystko uległo zawieszeniu: nie wiemy ani kiedy wrócimy, ani do czego. Moja firma wykazuje w tej chwili 75% aktywności. My mamy możliwość pracy zdalnej, niektórzy nasi klienci nie, lub zabrakło im dobrej woli. Straciliśmy klienta, który zażądał, aby nasi pracownicy nadal zjawiali się osobiście w jego biurach (być może zwyczajnie wykorzystał okazję do zerwania kontraktu). W ubiegły piątek dyskutowaliśmy o środkach zaradczych. Rząd będzie płacił pensje w wysokości około 84% netto tym zatrudnionym, którzy nie mogą pracować z powodu epidemii. Żeby jednak firma mogła się o to ubiegać, musi wykazać, że sama już podjęła jakieś działania: będziemy więc mieć narzucone urlopy (w wymiarze 5 dni). Z kolei ci, którzy mogą pracować, w najbliższym czasie urlopu nie będą mogli wziąć, co teoretycznie nie brzmi strasznie, bo i tak przecież nigdzie nie można wyjechać. Ale na przykład ja, ogarniając jednocześnie dziecko, gotowanie obiadów, pracę zdalną, robienie zakupów (trwające ze dwa razy dłużej niż normalnie, bo po pierwsze kolejki, po drugie brak rutyny, którą miałam w zwykłym codziennym życiu, po trzecie braki produktów, które trzeba jakoś doraźnie rekompensować) oraz spacery z psami naszej siedemdziesięciopięcioletniej sąsiadki, zaczynam już gonić w piętkę i myśleć, czy nie przydałby mi się jednak urlop.

Brak mąki w sklepach spowodowany jest tym, że po pierwsze ludzie siedzą w domach i pieką, również po to,żeby zająć czymś dzieci. A po drugie i istotniejsze, o 30% spadły zamówienia z piekarń, które działają na zmniejszonych obrotach: raz, że brak personelu, dwa, że dużo mniej klientów, którzy nie chcą codziennie wychodzić po chleb. Te 30% to zatem popyt w sklepach.

W sobotę zaczęły się ferie wielkanocne dla rejonu paryskiego. Rząd przypomina, że jest surowy zakaz wyjazdów w tym czasie.

Kronika czasów zarazy

W radiu pojawiła się nowa informacja. Obok pana mówiącego grobowym głosem o panującej epidemii koronawirusa i sposobach przed nim ochrony słychać teraz panią szczebioczącą radośnie z uśmiechem, żeby dbać o siebie, ale się nie martwić, bo „jeśli nawet zachorujesz, pomożemy ci”. Na co oczywiście mój mózg podsuwa mi wizję równie miłego dalszego ciągu „znajdziemy dla ciebie miejsce w nowej prowizorycznej kostnicy w Rungis!”, to bowiem najnowsza informacja. Na tym wielkim podparyskim targu warzywnym przekształcono właśnie jedną z chłodni w kostnicę (co nie brzmi tak strasznie, jak powinno, bo tak było już w 2003, kiedy z powodu upałów zmarło 15 tysięcy osób. W tej chwili bilans wynosi 5387, plus ponad 6 tysięcy w szpitalach w stanie krytycznym). Usługi pogrzebowe zapchane, tak samo jak szpitale. Od poniedziałku mamy mieć w końcu cyfrową wersję przepustki. Mąki nie ma w sklepach od dawna. Przed wejściem do sklepu czeka się w kolejce, po czym w następnej do kasy. Zgaduję, że kasjerów też pracuje mniej. Wczorajszy miał wprawdzie maseczkę, ale już nie rękawiczki. Być może zwyczajnie ich zabrakło, mnie też się nie udało kupić.
Dzisiaj po południu pierwszy raz skontrolowała mnie policja, chcieli tylko zobaczyć przepustkę, i sprawdzili zapisaną na niej godzinę.

Przemyślenia czasów zarazy

Teraz wyobrażam sobie stan wojenny, z perspektywy zwykłych ludzi. Największym problemem nie był brak internetu, obudzili się bez telefonów, bez telewizji, nie było zakupów przez net, w sklepach nie było niczego. I strach oraz zagubienie – dopiero teraz myślę, jak musieli się bać. Rozumiem lepiej ówczesnych emigrantów. Zawsze myślałam, że w razie problemów we Francji wsiadam w auto i jadę do Polski. Wcale nie pamiętałam, że granice można zamknąć. Miałabym w perspektywie przejazd przez Niemcy, które niekoniecznie by mnie wpuściły, potem podobno trzydzieści godzin oczekiwania na granicy polskiej – gdzie też zresztą niekoniecznie by wpuszczono, a w końcu dwa tygodnie kwarantanny. To wszystko dość destabilizujące wyobrażenia. Wyobrażam sobie też decyzję o wprowadzaniu stanu wojennego ze strony rządzących. Musiało to wyglądać tak jak teraz, nieustanne narady, przyglądanie się dostępnym informacjom z każdej strony – czy to już, czy jeszcze nie. Czy to przesada ograniczać wolność ludziom, czy już konieczność. Ilu ludzi musi umrzeć, żeby decyzja była usprawiedliwiona. Ilu ludziom musi zagrażać śmierć i z jakim prawdopodobieństwem.

Jako czytelniczka fantastyki inaczej wyobrażałam sobie przyszłość, w której żyjemy. Może nie zaraz Singularity czy najazd obcych, wszystko jedno, czy krwiożerczych z mackami, czy dzielących się z nami zaawansowaną technologią galaktyczną; ale jednak było w tych wizjach ulepszanie świata, korzystanie z nowych możliwości, szacunek dla różnorodności. Tymczasem wygląda na to, że to Carrie Vaughn miała rację ze swoją wizją końca cywilizacji spowodowanego chorobami i zmianami klimatycznymi. Nie jeden problem, lecz wiele naraz. Sam covid oczywiście nie wystarczy – a jeśli w jego szczycie spadnie na nas jakiś duży problem klimatyczny? A jeśli zmutuje i pojawi się wiele odmian, atakujących ze wszystkich stron? W którymś momencie system, na którym przyzwyczailiśmy się polegać tak bardzo, że już go nie zauważamy, stanie się niewydolny. Tak skończy się świat, nie hukiem, lecz skomleniem – to też już ktoś napisał.

Kronika czasów zarazy

W poniedziałek wprowadzono nowe obostrzenia. Teraz w celach spacerowych wychodzić można tylko na godzinę dziennie i w promieniu 1 km od miejsca zamieszkania. Nie wolno jeździć rowerem (cyklista przyłapany 200 metrów od własnego domu zapłacił 135€ kary). Pojawiły się w związku z tym nowe formaty przepustek, na których uwzględniono również wychodzenie na wezwanie sądowe lub administracyjne, oraz uczestniczenie w misjach dotyczących interesu ogólnospołecznego, czymkolwiek by nie był. Należy obowiązkowo zapisać na nich datę i godzinę wyjścia. Ponieważ pisanie odręczne od dawna nie jest moim ulubionym zajęciem, a drukarki w domu nie mam, zeźlona udałam się do sklepu z materiałami biurowymi, gdzie wykonują również wydruki. (Przyznaję, że miałam do wydrukowania również materiały szkolne dla dziecka, inaczej nadal klęłabym i pisała długopisem). Sklep czynny jest 10-14, i stała przed nim imponująco wyglądająca kolejka. Po bliższych oględzinach wyszło na jaw, że stoi raptem 5 osób, tylko w odpowiednich odstępach, a w środku przebywać może tylko jeden klient. Płatność wyłącznie kartą. Kiedy nadeszła moja kolej, wyciągnęłam pendrive, na co sprzedawca (oczywiście w rękawiczkach i maseczce) radośnie rzekł „o, nowy format zaświadczenia pani potrzebuje?” i sięgnął na półkę za sobą, gdzie miał już przygotowany zapas stosownych wydruków.

Zamknięte zostały również wszystkie marché, ku mojemu wielkiemu żalowi. Będę musiała iść na zakupy do sklepu, zamówienie bowiem żywności z dowozem lub do drive nie jest możliwe, chętnych jest dużo więcej niż miejsc. Rano rozmawiałam z koleżanką mieszkającą we Włoszech: tam targi warzywne są nadal otwarte, przynajmniej w małej miejscowości, gdzie mieszka, i gdzie podobno nie ma żadnego przypadku choroby. Moja firma natomiast dziś rano doniosła dość enigmatycznie, że mamy przypadki zachorowań wśród pracowników lub ich rodzin. Poczułam się przez chwilę nieswojo, po czym przypomniałam sobie, że ostatni raz w biurze byłam dwa tygodnie temu, na strach już więc za późno.
Jeszcze większym żalem napełniło mnie anulowanie powielkanocnego wyjazdu do Bretanii, choć oczywiście się tego spodziewałam. W pierwszej wersji odwołanie dotyczyło turnusów do momentu mojego wyjazdu, więc jeszcze przez chwilę hołubiłam nadzieję. W tej chwili jest już bezterminowe; jak wszystkie zresztą ograniczenia.

Kronika czasów zarazy

W czwartek na nowe realia zareagowały reklamy radiowe, do tej pory radośnie szermujące zwyczajowymi obniżkami i wyprzedażami, nie przejmując się tym, że reklamowane sklepy zapewne są zamknięte. Zaczęły się w nich pojawiać informacje o tym, kto jest nadal otwarty – i oczywiście jak starannie dba o zdrowie swoich klientów. Koło weekendu nie emitowano już żadnych normalnych reklam. Zaobserwowałam również teksty dziękczynne pod adresem poświęcającego się dla nas personelu sklepowego. Chyba nigdy przedtem w reklamach nie było aż tyle prawdy.

W czwartek również pojawił się kurier z routerem, o czym poinformowała mnie karteczka w skrzynce. Obrzuciłam kuriera klątwami do siódmego pokolenia, w pięciu językach istniejących i kilku wymyślonych, po czym dotarło do mnie, że musiał się odbić od domofonu, który jest przez telefon, bez netu nieczynny. Nieodbieranie telefonu powoduje przekierowanie na komórkę, ale przy nieczynnym telefonie przekierowanie nie działa. Co nadal nie tłumaczyło, dlaczego kurier nie był łaskaw zadzwonić na komórkę. W piątek rano w każdym razie wywiesiłam karteczki na drzwiach i na skrzynce pocztowej, informujące, że domofon nie działa i żeby dzwonił na komórkę. Siedzieliśmy w domu do 17:30, powoli tracąc nadzieję, kiedy w końcu się pojawił. Radość była jednak przedwczesna. Po podłączeniu nowy router oświadczył radośnie, że netu nie ma. Zgłoszenie problemu do providera zaowocowało obietnicą wysłania do mnie technika. W poniedziałek. A domofon nieczynny… co okazało się nieistotne, bo technik umiał użyć telefonu i umiał również naprawić kable w szafie ogólnej, podobno popsute przez kogoś, kto pragnął ją wyczyścić.

U piątkowego boulangera nie było już żadnej bagietki, sprzedał nam chleb włoski (z oliwą i czarnuszką) i uprzedził, że teraz zamyka o 18.

Sobotnie marché wyglądało z daleka na wymarłe. Z bliska okazało się, że połowa stoisk jest czynna. Snuło się między nimi parę osób, pilnowanych przez ochroniarzy. Przed każdym stoiskiem narysowano kredą linie mające zapewne odpowiadać przepisowej odległości 1 metra. Wszędzie przestrzegano też zakazu dotykania towaru przez klientów. Pan z rybnego nie tracił dobrego humoru i zapewnił mnie, że jeśli tylko marché będzie czynne, to oni będą. Pan od jajek za to powiedział, że jest ostatni raz, potem zamyka, na co najmniej dwa tygodnie. Pan z warzywnego wymamrotał, że nie wie, nic nie wie. Stoisko z herbatą było zamknięte. Nie było oczywiście żadnych sprzedawców towarów innych niż żywność, stąd niezwykłe wrażenie opuszczenia.

Kronika czasów zarazy

Wydaje mi się niemożliwe, że w środę tydzień temu jeszcze byłam normalnie w pracy. Dojeżdżałam rowerem (kiedy to pisałam w minioną środę, użyłam jeszcze czasu teraźniejszego, teraz to już przeszłość), więc nie miałam obaw o zarażenie się w transporcie publicznym, w samym biurze również wszyscy zaskakująco przestrzegali zaleceń, przynajmniej tych o niepodawaniu sobie ręki i niecałowaniu się na powitanie. Czułam się w końcu jak normalny człowiek, mogąc rzucić „bonjour” z daleka, a nie czule bratać się z każdym. Przewidywałam pracę zdalną na czwartek i piątek. Firma wyszła mi naprzeciw, ogłaszając próbne zamknięcie na czwartek, żeby wszyscy się zmobilizowali do przygotowania sobie pracy zdalnej i zabrali sprzęt.

W czwartek wieczorem przemówił do nas prezydent, ogłaszając zamknięcie szkół od poniedziałku. Wiedziałam już, że do pracy fizycznie nie wrócę szybko, ale do weekendu życie wyglądało jeszcze całkiem normalnie. W sklepach widać było przerzedzone półki, ale wszystko można było kupić (poza oczywiście żelem antybakteryjnym). Z basenu zrezygnowałam, choć teoretycznie w chlorowanej wodzie żaden wirus nie powinien przeżyć długo, ale po pierwsze nie jestem pewna, czy on o tym wie, a po drugie to nie jest dobry moment na łapanie nawet zwykłego przeziębienia. Byliśmy natomiast na lekcji jazdy konnej, uznając, że na świeżym powietrzu nie jest łatwo się zarazić. Klub zakazał wchodzenia do środka, wpuszczał tylko partiami dzieci po konie. W niedzielę rano już postanowili się zamknąć. Przy ślicznej pogodzie poszliśmy z psami sąsiadki do parku, kolejny raz wychodząc z założenia, że świeże powietrze jest niezbędne, a na otwartej przestrzeni o odległość od innych ludzi łatwo – otóż to ostatnie szybko okazało się fałszywe. Z braku innych rozrywek do parku ściągnęła cała ludność okoliczna, najwyraźniej zupełnie się nie przejmująca sytuacją, i ogłosiłam odwrót. Mieliśmy przy okazji wybory samorządowe, w których uczestniczyła mniej niż połowa uprawnionych.

W poniedziałek pracowałam zdalnie z domu, poświęcając nieco czasu dziecku. Tę idyllę przerwała mi koleżanka, telefonicznie oznajmiająca, że dzisiaj przemówi ponownie prezydent, zamkną nas w domach na amen, wypuszczą wojsko na ulicę, nie będzie można już w ogóle wyjść, i ona natychmiast wyjeżdża z rejonu paryskiego. Macron rzeczywiście miał przemawiać wieczorem. Jak staram się nie ulegać panice i nie wierzyć w plotki, tak wydawało się logiczne, że ogłosi dalsze ograniczenia – a wiele już do zamknięcia nie zostało. Nie mając specjalnie dokąd wyjeżdżać, a stanowczo bez pewności, czy byłaby to dobra decyzja, postanowiłam zostać we własnym domu zaopatrzonym w żywność i internet. Prezydent ogłosił zakaz wychodzenia – można wyłącznie w ważnych sprawach, do których zaliczył pracę, jeśli niemożliwa jest zdalna (należy mieć zaświadczenie od pracodawcy), niezbędne zakupy, oraz kwestie zdrowotne. Należy sobie osobiście wydrukować lub wypisać przepustkę, ściągnięta na telefon nie jest ważna (gdyż kontrole mają ją stemplować). Zostały też zamknięte granice Schengen. W ciągu dwudziestu minut Macron powtórzył sześć razy, że jesteśmy w stanie wojny – z epidemią. Porównanie to nie wpływa zbyt dobrze na moją wyobraźnię, która już wcześniej zdążyła mi przypomnieć, jak to we wrześniu 1939 większość sądziła, że wojna potrwa najwyżej parę tygodni.

We wtorek rano okazało się, że kwestia zaopatrzenia w net jest rzeczą względną. Netu nie było. Wpadłam w rozpacz, po czym zabrałam się za dzwonienie do serwisu. Okazało się to nie tak trudne, jak tego oczekiwałam, i po zbadaniu sprawy wyszło na jaw, że muszą mi wymienić router. Spośród niewłaściwych momentów na awarię tego typu był to zdecydowanie najniewłaściwszy, wybrany precyzyjnie jak śmiertelny cios w splot słoneczny, lecz nic nie mogłam na to poradzić. Zadano mi standardowe pytanie „do domu czy do punktu odbioru”, na co wybuchnęłam nieco nerwowym śmiechem. Ale oczywiście rozumiem, że skryptów nikt nie zdążył zmienić.

Środowy spacer dla zdrowia naszego oraz psów sąsiadki ujawnił nową rzeczywistość. Nabrzeżem Sekwany, zazwyczaj bardzo ruchliwym o każdej porze dnia i nocy, chyba że zakorkowanym, teraz przejeżdżał może jeden samochód na 10 minut, a może i to nie. Ludzie byli obecni, acz niezbyt liczni i omijający się łukami tak wielkimi, jak na to pozwalała szerokość chodnika. Sklepy z rybami oraz serami były zamknięte, z wywieszonymi informacjami, że czynne są tylko rano, i tylko dwie osoby mogą przebywać naraz wewnątrz. Zamknięty był również plac zabaw oraz park.

Zdumiewała mnie w tym wszystkim ludzka buta, wiara we własną nietykalność, besserwiserstwo niepodparte żadnymi faktami. „Po nas choćby potop” to najwyraźniej nie tylko francuskie podejście. Koleżanka denerwująca się lekkomyślnością otoczenia usłyszała „spoko, nikt nie umrze”, co jest zadziwiające, umarły już bowiem tysiące, a kolejne są w planach. Nikt nie da nikomu gwarancji, że akurat nie zaraża, brak objawów o niczym nie świadczy. Z drugiej strony współczuję wszystkim rządzącym. Nie ma tu dobrej decyzji i odpowiedniego momentu na jej podjęcie: jeśli wcześniej i radykalniej, będzie się oskarżanym o nadmierną ostrożność, ograniczanie wolności obywateli, a przecież ostatecznie nic takiego się nie stało (i obyśmy tylko mogli to powiedzieć). Jeśli później lub mniej drastycznie, będzie się mieć na sumieniu życia.

2019 minął

To przede wszystkim rok pod znakiem Nobla dla Tokarczuk, nie wyobrażałam sobie, że aż tak mnie to ucieszy. Zakończyły go natomiast nadal trwające strajki, pierwszy raz na taką skalę przez tyle czasu. Oraz pierwszy sezon serialowego „Wiedźmina”.

Wyjazdy:

  • Powrót do Bretanii w kwietniu
  • Deauville w maju
  • Suchedniów w czerwcu
  • Cudowny Lwów w lipcu
  • W sierpniu bardzo przyjemne wakacje w Polsce: nad jeziorem, na spływie kajakowym, i pod Poznaniem u starego znajomego. Pływałam po i w czystej wodzie.
  • W grudniu totalny reset gwiazdkowy w Polsce, który zakończyłam spektaklem „Tuwim dla dorosłych” w warszawskiej Romie. Bardzo fajnie zrobiony, szkoda tylko, że z wiersza „w którym autor grzecznie, lecz stanowczo uprasza” wyleciała zwrotka o „łapiduchach z Jasnej gory” oraz księżuniu. W dziwnych czasach żyjemy doprawdy.

Fantastyka

  • Nowy Stephenson
  • Nowa, nagrodzona Hugo i Nebulą, świetna Kowal
  • Jej konkurentka do nagród, też bardzo dobra Naomi Novik
  • Nagrodzony Hugo cykl Wayfarers
  • Nienowa, za to odkryta przeze mnie z zachwytem Trawa
  • W tym roku ukończony cykl o Lunie McDonalda, nie spodziewałam się zupełnie, że coś tego autora tak mi się spodoba
  • Wszystkie książki Anety Jadowskiej, zwłaszcza cykl o Dorze Wilk
  • Charlie Jane Anders w wydaniu pierwszym i drugim

Inne książki

Nauczyciele

Było różnie, jak w życiu. W liceum był historyk, który oceniał po nazwisku. Kolega, który miał iść na prawo, miał u niego piątki, ja najwyżej czwórki: raz porównywałam nasze klasówki, u mnie było więcej szczegółów, za to ocena słabsza. Ale być może wiedział, że historia mnie nie interesuje (teraz żałuję), a kolegę i owszem. Była ukochana matematyczka w podstawówce, umarła na raka, to był pierwszy pogrzeb, na jakim byłam. Była polonistka oceniająca mnie za nazwisko ojca. Był polonista licealny, który potem zajął się pisaniem kryminałów. Był nawiedzony fizyk, który organizował konie i narty, i kazał nam czytać Resnicka i Hallidaya zamiast uczyć; ale z fizyki egzamin wstępny na studia zdałam lepiej niż z matematyki. Do dzisiaj pamiętam piątkę z klasówki u niego. Była cudowna rusycystka w podstawówce i surowa w liceum, która języka mnie oduczyła, chociaż wymagała dużo, a ja miałam dobre stopnie. Do dzisiaj nie wiem, czy to był celowy sabotaż, czy fatalny program. Był biolog licealny, który wprowadził szalenie skomplikowany system oceniania, i który co sobota organizował wycieczki za miasto, a w lecie obozy w górach. Do obozów dostawał jakieś takie dofinansowanie, że raz wyszłam na zero. Nie interesowało mnie wtedy kompletnie, czy ma rodzinę (zdaje się, że miał), i co oni na to. Był oślizgły peowiec, który nie znał się na niczym poza manipulowaniem, lawirowaniem i podlizywaniem się, na tym za to tak dobrze, że został wicedyrektorem.
Moja Matka była z wykształcenia pedagogiem, pracowała przez chwilę w szkole (w Wołominie zresztą), przed moim urodzeniem. Teraz sobie uświadamiam, że właściwie nie wiem, dlaczego potem wolała być urzędniczką ministerialną – łatwiej, lepsze zarobki, większy prestiż? Szkoda, że nie mogę Jej już zapytać.