Rurą

– Dziękuję ci, marelku – oznajmił syn przy śniadaniu.
– Kto to jest marelek? – spytałam podejrzliwie.
– Ty, mamusiu – oświadczyło dziecię radośnie.
– Aha – rzekłam, i drążyłam dalej. – Ale co to jest marelek?
– Taki duży odkurzacz – wyjaśnił potomek precyzyjnie.
No. To jakby Państwo nie wiedzieli, kto pisze ten blog, to już wszystko jasne. Duży odkurzacz. Rurą.

Wśród dzieci

W zasadzie to ja nie lubię dzieci, i zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą się temu stwierdzeniu bardzo dziwić, ale nie będę tłumaczyć. Kto rozumie, ten rozumie. Poświęciłam się jednak tej raz w życiu dla młodej ludzkości i udałam się do biblioteki z grupą przedszkolną. Na dobry początek wręczono mi dłoń trzyletniego dżentelmena imieniem Joseph i przykazano nie wypuszczać pod żadnym pozorem. Zadanie to na szczęście było nietrudne, gdyż Joseph okazał się dziecięciem skorym do współpracy, oraz do obfitego dzielenia się z otoczeniem swymi wrażeniami z drogi do biblioteki, dość jednak monotematycznymi.
– O ciężarówka!
– O śmieciara!
– O duża ciężarówka!
– O ciężarówka
– O ogromna ciężarówka!
– 0 DŹWIG!
Miłą odmianę w tej monotonii zaserwował nam trzylatek imieniem Raphael, który na widok plakatów przedwyborczych (pierwsza tura wyborów prezydenckich już w najbliższą niedzielę) oznajmił radośnie i bardzo głośno
– François Hollande!- wskazując prawidłowo podobiznę tegoż kandydata. Wszyscy dorośli wybuchnęli śmiechem, zachęcony zaś swoim sukcesem uświadomiony politycznie młodzian powtórzył natychmiast swój numer z Nicolasem Sarkozym. Już miałam go zapytać, czy wie również, kto wygra wybory, na wszelki wypadek powstrzymałam się jednak. W bibliotece było już zupełnie apolitycznie, z przejęciem wysłuchaliśmy historii żaby, która wypiła całą wodę z rzeki i za nic nie chciała jej oddać, a potem wróciliśmy tą samą drogą.
– A czy przez park nie byłoby bliżej i przyjemniej? – zapytałam po cichu przedszkolankę Suzanne.
– Byłoby – odparła – ale tam jest plac zabaw, i jak dzieci go zobaczą, to nigdy w życiu nie wrócimy do żłobka na obiad.
Mogłam tylko pochylić czoło przed ogromem jej doświadczenia.

Pupa

Wiem, że takie rzeczy śmieszą wyłącznie szalone matki, ale ponieważ to mój blog (od ponad dziewięciu lat, przypominam) i nikt mi nie zabroni, to właśnie, że sobie odnotuję. Dziecię moje jest w fazie „to moje” czyli „à moi!”, ewentualnie „à moi?”. Wszystko na świecie jest określane w ten sposób. Poza tym świeżo nauczył się słowa „pupa”, aczkolwiek Gombrowicza jeszcze nie czyta. W sobotę wieczorem kazałam mu iść do łazienki i rozbierać się do mycia. Syn radośnie przebiegł koło mnie, informując w przelocie, że ma pupę, i trzymając się za rzeczoną część ciała, po czym coś nagle wzbudziło jego wątpliwość. Zatrzymał się i spoglądając na mnie niepewnie wielkimi niebieskimi oczami zapytał rzewnie „c’est à moi, pupa?”. Popłakałam się ze śmiechu, i to nie jest tylko takie określenie literackie.

Dwa spostrzeżenia w dwóch kwestiach

W kwestii macierzyństwa największym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że ten mały człowiek traktowany jednak głównie jako niewyczerpane źródło zadań: przewinąć, nakarmić, umyć, ubrać, zaszczepić, poczytać, zabawić, przewietrzyć, wybiegać, wspomóc rozwój, zrobić przyjemność, itd, ten młody człowiek otóż potrafi nagle być pomocny. Odkryłam to, kiedy wchodziłam z rowerem do garażu rowerowego, a dziecko me pobiegło przodem i zapaliło światło.

W kwestii francuskości nagle kompletnie przestało mnie śmieszyć obowiązkowe przedstawianie się telefoniczne jako MADAME ds (czyli „dzień dobry, mówi Pani Kowalska”). A nawet nie rozumiem, dlaczego właściwie kiedyś mnie śmieszyło.

Oglądajcie horrory

Przygotowując się do macierzyństwa człowiek powinien jednak oglądać horrory, a nie ich uparcie unikać jak ja. Wtedy może nie byłby zaskoczony tym co wydarza we wtorkowy wieczór, kiedy oddaliłam się na chwilę do drugiego pokoju, a z pierwszego oczywiście usłyszałam wrzask. Wbiegłam do pokoju, znalazłam dziecko na podłodze, i jak na filmie: przez dobre pięć sekund oglądałam uważnie potomka przekonana, że wszystko jest w porządku, dopóki nie zauważyłam tego co miał na czole, a co z pewnością nie było w porządku. Rana tak głęboka, że widać było kość, i nadal nie wiem JAK on to zrobił mając w zasięgu łapek wyłącznie gładką podłogę i swoje krzesełko z obłego plastiku. Trochę osłabłam na ten widok, oceniłam szybko, że nie dojadę sama do szpitala nie powodując po drodze kilku wypadków, i zadzwoniłam na pogotowie. Zadziwia mnie, że bez namysłu wybrałam odpowiedni numer. Naczytałam się chyba za dużo o pogotowiu polskim, bo kiedy dyspozytorka dała mi dobrą radę
– To niech pani to opatrzy…
wrzasnęłam na nią
– Ale to jest głębokie!! Krew się leje!! – przekonana, że właśnie mnie spławia i zostawi bez pomocy.
– Proszę się uspokoić, już wysłałam karetkę – odrzekła ona cierpliwie.
Faktycznie przyjechali chyba za jakieś 10 minut, w ciągu których zdążyłam się opanować, zrobić dziecku całkiem porządny opatrunek, krwi okazało się wcale nie być tak dużo, i kiedy otwierałam drzwi czterem przeraźliwie młodym chłopakom, byłam przekonana, że każą mi nie zawracać głowy i nie wzywać do glupiego skaleczenia. Jednak rzuciwszy okiem na czoło gwizdnęli i zabrali nas do szpitala na szycie. A tam było już zdecydowanie po polsku, bo moje dziecko wybrało sobie akurat ten wieczór, kiedy połowa miasta postanowiła przyjechać na ostry dyżur, a lekarka była wyjątkowo jedna. Czekaliśmy cztery godziny, po których usłyszałam
– Pani wychodzi czy zostaje?
„Dlaczego ja nie oglądałam tych durnych horrorów i się nie uodporniłam?!” zawyło mi w duszy, kiedy sobie przypomniałam, że nawet zdjęcia operacji atakujące mnie czasem z gazet są trudne do zniesienia.
– Zostaję, ale nie będę patrzeć – odparłam bohatersko, skutkiem czego lekarka co chwila mnie pytała, czy aby na pewno wszystko ze mną w porządku. Było. Nie patrzyłam jej wprawdzie na ręce, ale parę razy zerknęłam, i stwierdziłam, że nawet nie takie to straszne. Młodzian ma trzy szwy i zapewne będzie miał bliznę na czole do końca życia. To koniec marzeń o karierze aktora w Hollywood. Ewentualnie w horrorach.

Typowo po polsku

Stojąc przed pasami klarowałam dziecku, że na ulicy trzeba trzymać mamę za rączkę i objaśniałam działanie świateł. Oczywiście wszystko to w języku znanym mi od urodzenia. Obok zatrzymała się pani z wózkiem na zakupy i rzekła
– Dzień dobry.
– Dzień dobry – odparłam machinalnie, zastanawiając się któż to u licha może być i czemu niby mi się kłania. Dopiero po chwili skojarzyłam, że uznała się za upoważnioną z racji wspólnoty językowej. Weszłysmy razem na pasy i pani zapytała, ile dziecię ma lat.
– Dwa – powiedziałam zgodnie z prawdą, lecz przysięgam, że następnym razem odpowiem „osiemnaście” lub „siedem miesięcy”.
– A mój wnuczek ma dwa i pół i jest większy! – poinformowała mnie natychmiast pani z nieukrywaną satysfakcją. – I mówi po polsku i niemiecku!

Staram się jak mogę nie ulegać stereotypom, prezentować podejście obiektywne, oraz do własnych rodaków odnosić się jak do innych przedstawicieli gatunku homo sapiens, ale ta opisana powyżej to jest chyba typowo polska cecha…

Osa, albo pszczoła, albo co

Jak się człowiek waha, czy puścić swe dziecko boso na placu zabaw, to ma rację. Ale nie mając zaufania do swej intuicji człowiek kolejny już raz obserwuje inne dzieci latające boso, i upał jest straszny, i przecież szkła żadnego tu nie ma, jeno trawka i piasek. Więc człowiek w końcu ściąga potomstwu buty, i przez pięć minut rozkoszuje się pulchną bosą piętką w piaskownicy, po czym bosa piętka wyłazi na trawkę obok i za chwilę wierzga z bólu, a wrzaski jej właściciela słychać chyba i w Polsce. Nie wiem co to było – osa? pszczoła? Została podłużna ranka, białe zgrubienie wokół, a pół godziny później prawie nie było już śladu, acz co się najadłam strachu przez te pół godziny, to moje. Odetchnęłabym chociaż z ulgą, że najwyraźniej nie jest uczulony, tyle że nie wiem na co mianowicie nie jest uczulony, więc mi to na nic.