LOL

Fajny film widziałam, chociaż francuski. „LOL – Laughing Out Loud”, tak, to jest oryginalny tytuł filmu francuskiego. Sophie Marceau w roli czterdziestoletniej rozwiedzionej matki szesnastolatki, na której perypetiach sercowych skupia się fabuła, choć głównym celem jest udowodnienie, że różnica pokoleniowa wcale nie jest taka wielka. Były mąż zachowuje się jak nieodpowiedzialny gówniarz, matkę podrywa policjant (ach, na tę przejażdżkę policyjną motorówką po Sekwanie to sama bym poleciała nie zastanawiając się długo), ze znajomymi palą trawkę na dole w salonie, a na górze córka też pali trawkę i próbuje namówić syna przyjaciela domu, żeby ją pozbawił dziewictwa. Słodko, miło, pogodnie i dość zabawnie, parę razy nawet śmiałam się niepohamowanie. Szalenie mi się podobało, jak młodzi paryżanie pojechali na wycieczkę do Londynu. Okazuje się, że nie ma żadnej różnicy, czy z Warszawy do Krakowa, czy z Paryża do Londynu: każda młodzież wszędzie zachowuje się tak samo.

Tytuł stąd, że młodzi kontaktują się oczywiście przez MSN, ale praktycznie więcej kultury internetowej tu nie ma. Lola pisze w ogóle zwyczajny dziennik papierowy, a nie żadnego bloga, w co trudno mi było uwierzyć. Ale kiedy obrażona córka wyprowadza się do ojca, rzekłam do jej matki na ekranie „Głupia ty, przez MSN do niej gadaj”, co Sophie Marceau zaraz posłusznie uczyniła, z dobrym skutkiem. Ta scena przypomniała mi latem obejrzany ciekawy film polski „Sala samobójców”, poniekąd na podobny temat: odrzucony przez swoje środowisko nastolatek ucieka w świat wirtualny, tutaj przedstawiony malowniczo, z wielkim rozmachem i efektami specjalnymi. Aż nie mogłam uwierzyć, że to Polak nakręcił, ale Jan Komasa jest z rocznika 81, co wiele tłumaczy. Podejście do tematu jest w każdym razie diametralnie różne, „LOL” to leciutka komedyjka na pochmurny listopadowy dzień, a przy „Sali samobójców” mamy do czynienia z przejmującym dramatem z gatunku ciężkich. Chyba chciałabym obejrzeć coś pośrodku.

Ja wam pokażę, albo i nie

Mają Państwo ciekawe doświadczenia z poszukiwaniem różnych rzeczy, widzę. Pół talonu na balon wygrywa Scarbossa. Pół – bo owszem, w portfelu, gdzie jej nigdy nie wkładam, ale nawet nie z kartami, co jeszcze byłoby logiczne, jeno z banknotami i nijak nie jestem w stanie pojąć, co mną kierowało. No cóż. Martwię się poza tym o siebie poważnie, gdyż wczoraj przypadkiem zaczęłam oglądać film polski „Ja wam pokażę” i już nie przypadkiem obejrzałam go do końca. Najpierw nie mogłam zrozumieć, skąd tam się wziął Pazura, przecież to nie on grał męża w pierwszej części. Potem mi zaświtało, że to jest ten film, o który się pokłócili i ostatecznie nakręcili dwie wersje. Mam wrażenie, że to jest ta lepsza. Dobra: oczywiście scenariusza to tam nie ma, nic się nie dzieje, problem, wokół którego kręci się namiastka akcji, jest tak wydumany, że dziecko z podstawówki wymyśliłoby lepszy; ale Wolszczak, Pazurę i Kowalewskiego ogląda się całkiem przyjemnie. Nie jest to najgorszy film polski, jaki widziałam w życiu. A poza tym nie będę się dalej tłumaczyć,  mam okropny katar i leczyłam go herbatą z rumem!

Serial. W dodatku polski.

Niektórzy pewnie znów poczują się mną rozczarowani, lecz mimo to śmiało wyznam, że z zadowoleniem obejrzałam ostatnio… polski serial. „Londyńczyków 2” mianowicie, bo na to trafiłam przypadkiem pewnego razu na Polonii, i ku memu osobistemu zdziwieniu mnie szalenie wciągnęło. Nie tylko z powodu tematyki emigracyjnej. I przysięgam, że na początku w ogóle się nie zorientowałam, że kręcił to Wojciech Smarzowski, bo pewnie tylko z tego powodu by mi się podobało, a tak mogę być obiektywna. Okazało się, że mamy sporo całkiem niezłych aktorów, którzy w dodatku zupełnie nieźle mówią po angielsku (dużym zaskoczeniem była tu Figura). I że można w Polsce (oraz Londynie, który mi się szalenie podobał na ekranie) nakręcić coś, co się przyjemnie ogląda i jest niegłupie. Mam nadzieję, że Polonia będzie to jeszcze powtarzać, może uda mi się trafić na serię pierwszą.

Właściwie na tej kanwie mogę sie również przyznać do oglądania również serialowego „Szatana z siódmej klasy” – w pierwszym momencie byłam przekonana, że to powtórka jakiegoś starocia, a to kręcone w 2006 roku! Niestety, gdyby nie ogromna sympatia dla pierwowzoru literackiego, oraz dla mężczyzn w białych garniturach, chyba nie zniosłabym tych śpiewanych wstawek. Ale de gustibus.

Rewers i idealny facet

Po „Tricku” był „Rewers”.
– Ależ my to już widzieliśmy! – zakrzyknęłam z oburzeniem.
– E, nie… – odpowiedziano mi, i wtedy sobie przypomniałam, że faktycznie nie.
– Oj, to ja to czytałam – zeznałam z żalem. Przypomnę, że jakiś czas temu z rozpędu przeczytałam książkę Barta opartą na scenariuszu i ze zdjęciami z filmu; jako książka było to średnie, oraz nie miało sensu potem już oglądanie filmu. Ale skoro już był w odtwarzaczu obejrzałam, zastępczo czerpiąc radość z obserwacji rodziny, którą ze dwa razy zwrot akcji mocno zaskoczył. Muszę przyznać, że film, nawet pozbawiony elementu niespodzianki, jest naprawdę bardzo dobry, a Agata Buzek radzi sobie świetnie w tej nieco przerysowanej roli. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to koniecznie.

Parę dni później szwagier przyniósł dvd zatytułowane „Idealny facet dla mojej dziewczyny”. Dwie pary oczu spojrzały na niego z niewysłowioną zgrozą.
– Oszalałeś? Co ty tu masz?! POLSKĄ KOMEDIĘ ROMANTYCZNĄ!?!?! – równie dobrze mógłby nam chcieć zaserwować Piłę 25 albo Szczęki 13.
– Nie macie w domu tyle alkoholu, żebyśmy dali radę to obejrzeć – zauważyłam przytomnie, choć barek był całkiem nieźle wypełniony.
I otóż wszystko to musiałyśmy potem odszczekać pod stołem. Jak na polską komedię romantyczną to jest naprawdę niezły film, i ja wiem jak to brzmi. Zdarzyło mi się nawet raz rżeć ze śmiechu całkiem niepohamowanie. Zaczyna się trochę mętnie, ale ma świetną i doskonale dobraną obsadę (Iza Kuna! Olbrychski! ), kilka naprawdę odlotowych pomysłów (kilka gagów oczywiście jest mocno na siłę, ale nie czepiajmy się, w końcu de gustibus). Nie należy tego filmu pokazywać zwolennikom Radia Maryja (choć szwagier tego akurat naprawdę od czasu do czasu słucha i stwierdził, że filmowe kwestie nie dorastają prawdziwym do pięt), ale wszystkim z dystansem do naszej rzeczywistości ma szansę się spodobać.

Trick

O nic nie pytając szwagier umieścił w odtwarzaczu film polski „Trick”. Mieliśmy na jego temat różnicę zdań, on bowiem marudził, że kiepski i naiwny, ja zaś odpowiadałam
– Tak, mówisz tak, bo to polski film! Jak jest hollywoodzki z Bradem Pittem, to nikt się nie czepia, że naiwny! – Lecz przyznaję, że występowałam tu w roli adwokata diabła.

Dobrego można o tym filmie powiedzieć tyle, że nie ma product placement (naprawdę nie ma, nawet piwo piją ze szklanic bez logo), wnętrza są normalne, a nie rodem z serialu polskiego, a aktorzy zagrali dobrze. Z wyjątkiem jednego, Redbada Klynstry mianowicie, którego kojarzyłam raczej jako reżysera, i ze zdumieniem odkryłam, że to jest naprawdę aktor pełną gębą, w tym właśnie kierunku kształcony. Cóż, może nie miał czasu rozwinąć skrzydeł w swojej trzyzdaniowej roli, a może ja go nie doceniłam. Nawet gdyby zagrał jak Modrzejewska, i tak nie uratowałby filmu, który jest nijaki. Miał to być kryminał z przymrużeniem oka, coś w stylu Vabanków, rzecz o przekręcie genialnego fałszerza pieniędzy. Wyszło jak zwykle, czyli ani śmiesznie, ani wzruszająco, ani wciągająco, i nawet porządnie skrytykować się go nie da. A już puenta, która miała być szalenie zabawnym zwieńczeniem dzieła, jest żenująca. Odradzam oglądanie, a jeśli ktoś już będzie musiał, to niech przynajmniej się nie nastawia na puentę mimo starannie budowanego suspensu, bo poczuje się srodze oszukany i potraktowany jak jedenastolatek.

Film polski cd.

Kolejnym polskim filmem była „Wojna polsko-ruska”.
– Ja przecież mówiłam, że tego się nie da nakręcić. I miałam rację! – orzekłam z satysfakcją po paru minutach oglądania. Ale po pewnym czasie oznajmiłam, że jednak muszę odwołać te zeznania, bo dało się nakręcić. Z całą pewnością warta obejrzenia jest co najmniej zaskakująco dobra kreacja Szyca, oraz ten fragment, gdzie Masłowska grająca Masłowską siedzi naprzeciw Szyca wypowiadającego słowa, które ona sama napisała. To musi być szczególne uczucie. Poza tym pod koniec nagle dotarło do mnie (czego w książce uprzednio nie zauważyłam), że jest to rzecz o miłości: Magda Silnego jest Laurą Petrarki, Elą Adasia Miauczyńskiego, Moną Henry’ego Millera, Izoldą Tristana, i tak dalej przez wieki, nieustannie w każdej epoce i w każdej cywilizacji tak samo, bez względu na podmiot: „jest tylko Beatrycze i jej właśnie nie ma”.

– A teraz musimy w końcu przerwać passę dobrych filmów polskich – oświadczył szwagier przynosząc „Ogród Luizy”. Udało mu się. Zaczyna się całkiem ciekawie, i tu już Kingę Preis rozpoznałam natychmiast. Po czym następuje wolta. Rzecz dzieje się w psychiatryku, więc wolta robi mniej więcej takie wrażenie, jakby w dwudziestej minucie „Lotu nad kukułczym gniazdem” siostra Ratched uśmiechnęła się serdecznie, podeszła do McMurphy’ego, uścisnęła mu rękę i stwierdziła
– Stary, myliłam się co do ciebie, w sumie to jesteś fajny i bądźmy już kumplami.
„Lot nad kukułczym gniazdem” pewnie tu by się na szczęście skończył, „Ogród Laury” jednak niestety nadal trwa i jest czymś w rodzaju przeraźliwego harlequina romantycznego we wnętrzach zaprojektowanych przez scenografów polskich zapatrzonych ślepo w „Dynastię”. Bolało. Ratowaliśmy się ze szwagrem coraz złośliwszymi komentarzami, ktore jednak traciły na mocy w obliczu tego, co spływało z ekranu, i kiedy byliśmy już o krok od wyłączenia telewizora, film nagle wykonał kolejną woltę i na chwilę zrobił się znowu dobry. Doszłam wtedy do wniosku, że scenarzysta miał rozdwojenie jaźni: chwilami miewał dobre pomysły, ale przewagę brała nad nim osobowość grafomańska, która dobrnęła aż do zakończenia.
– Ty wiesz, ten film byłby całkiem dobry… – zaczął osłabiony szwagier na tle napisów końcowych.
– … gdyby był INNY! – uzupełniłam szybko.
– No tak – zgodził się szwagier – gdyby nie był zły.
Ale jeśli ktoś z moich czytelników jest siedemnastoletnią dziewicą pragnącą śnić o przystojnym, brutalnym, lecz z gruntu dobrym i wrażliwym gangsterze Dorocińskim, oraz byciu ubieraną w nowe kiecki przez uczciwą rosyjską prostytutkę o złotym sercu, to gorąco polecam. Pozostałym raczej nie, bo nie ma takiej ilości alkoholu, która zapewniłaby adekwatne znieczulenie.

Film polski

Szwagier zapytał
– Jaki chcesz film?
– Polski oczywiście – odparłam szczerze i trochę niebacznie, zostałam bowiem w ciągu następnych paru dni nakarmiona czterema polskimi filmami. Summa summarum jestem zadowolona. Na pierwszy ogień poszła oczywiście „Różyczka”. Film bardzo dobry, do którego mam jednak pretensję o uproszczenia. Filmowa Różyczka jest mdła, naiwna, manipulowana, a potem się po prostu zakochuje. Znacznie bardziej wolałabym się dowiedzieć, co kierowało jej rzeczywistym pierwowzorem, i jak właściwie można żyć z człowiekiem, na którego się nieustannie donosi. Niewykluczone, że scenarzystów też to przerosło. Oraz czy naprawdę musiało zostać podkreślone, że filmowy Warszewski nie był wcale żydem? A gdyby jednak był, to co – już można by było usprawiedliwić donosy i prześladowania? Ale jest to pierwszy chyba polski film o bardzo trudnych czasach i strasznych wyborach, który nie wpadł w martyrologię, i przyjemnie się go ogląda, za co chapeau bas.

Następnie był „Dom zły”, który nas powalił. Już na początku uświadomiłam sobie w pewnej chwili, że siedzimy wszyscy troje z wzrokiem wlepionym w telewizor i chyba wcale nie oddychamy. Dalej było jeszcze bardziej przejmująco. Jest to film mocno rozszerzający granice wyobraźni i absolutnie genialny w swoim groteskowym przerysowaniu. Po czym się popisałam. Zadałam otoczeniu pytanie, co za aktorka gra Bożenkę – i czy to W OGÓLE jest jakaś aktorka, bo wygląda raczej na naturszczyka. Otoczenie nie wiedziało, ja zaś stwierdziłam, że znam jedną aktorkę polską, która mogłaby tę rolę zagrać, czyli Kingę Preis, ale to przecież nie ona. Nadmienię, że tę znam i uwielbiam od bardzo wielu lat, śledziłam jej karierę i widziałam nieraz na żywo na scenach teatrów wrocławskich.  Naprawdę kompletnie nie wiem, jakim cudem ja jej w tej roli nie poznałam, w dodatku myśląc o niej. Z całą pewnością będę się śmiertelnie bała kolejnego filmu Smarzowskiego, ale jednocześnie już gorąco pragnę go obejrzeć. Oczywiście tak czy owak muszę się do czegoś przyczepić – dłużyzny są! Nigdy nie pojmę, czemu w polskim filmie któryś aktor koniecznie musi w jakimś momencie siedzieć na brzegu łóżka i gapić się niemo w przestrzeń przez pięć minut. Ale możliwe, że nie jestem na to dostatecznie rozwinięta duchowo. A film świetny i tyle.

Koń to był zaiste trojański

Zrealizowałam najgłupszy pomysł w życiu, mianowicie z własnej woli i przez nikogo nieprzymuszana obejrzałam „Ile waży koń trojański”. Żałuję. Wiedziałam, że ten film nie miał świetnych opinii, ale mimo wszystko, jak człowiek słyszy „Machulski”, to oczekuje jednak pewnego minimalnego poziomu, a tu nic nawet z tego. Już sam pomysł jest oklepany, a scenariusz kompletnie nieśmieszny – czy tam w ogóle jest choć jedna scena, która chociaż w zamyśle MIAŁA BYĆ zabawna? Bo ja się żadnej nie dopatrzyłam. Przeniesiona wstecz w czasie bohaterka upierająca się przy dzwonieniu „na komórkę” – to miał być gag? Ale już mniejsza o scenariusz, zdarzają się w końcu na świecie niezłe albo chociaż rozrywkowe filmy z kiepskim scenariuszem… ale one mają przynajmniej aktorów. Kto to jest pan Maciej Marczewski (filmowy Kuba) i skąd Machulski go wytrzasnął, na niebieskie oczy dziesiątej muzy? Ten facet nie tylko nie ma prezencji, on również nie ma szans dowiedzieć się co to jest dykcja, nawet gdyby sprawdził w słowniku, a w ogóle to kij od miotły by lepiej zagrał niż on. Chciałabym móc napisać, że Więckiewicz ratuje ten film, ale niestety tego filmu nic nie może uratować. Więckiewicza tylko nie mogę skrytykować, ale to i tak dużo na tym tle. A najsmutniejsze jest to, że pan Machulski najwyraźniej nie wstydził się zadedykować tego gniota swojemu ojcu –  a może on go nie lubił i to wszystko dlatego?

Następny film Machulskiego ośmielę się obejrzeć tylko jeśli wyraźnie usłyszę od trzech różnych osób, ze można. A i to z odległości i przez palce.

Filmowo

Widziałam w końcu film polski pt. „Lejdis” i nawet mi się podobał, więc byłam bardzo mile zaskoczona. Wprawdzie wiem, że np. Idiomka jest jego wielbicielką, co powinno mnie było zachęcić, ale w głowie miałam jakieś mocno krytyczne recenzje, które nastawiły mnie do dzieła negatywnie. A wystarczyłoby żeby napisali, że jest tam narracja z offu. Ja uwielbiam narrację z offu (wiem, że głównie służy do maskowania dziur w scenariuszu, ale wcale mi to nie przeszkadza). Poza tym realizm życiowy na piątkę i nie będę na ten temat polemizować. Realizmu życiowego jest nieco mniej w „U Pana Boga w ogródku” Bromskiego, ale kocham ten film od pierwszego wejrzenia i dlaczego nikt mi nie powiedział, że on jest? Znowu coś Państwo przede mną złośliwie ukrywali, tak? Na szczęście odkryłam sama, że jeszcze jest pierwsza część i też ją sobie kiedyś obejrzę. Przypomina mi on klimatem książki o Don Camillu Guareschiego, i jak jestem od urodzenia uczciwą i zatwardziałą ateistką, tak Don Camilla ongiś uwielbiałam. Przedtem obejrzałam „Juno” i nie mam na ten temat właściwie nic do powiedzenia. Spodobał mi się jedynie motyw Marka czy jak mu, który ma adoptować dziecko nastoletniej bohaterki: starał się z żoną przez wiele lat o dziecko, teraz Juno ma już wielki brzuch i wszystko jest ustalone, więc Mark, jak to facet, oświadcza że on to właściwie się pomylił, zawsze chciał być bezdzietnym muzykiem rockowym podrywającym nastolatki i odchodzi, i niech dziewczyny radzą sobie same. To było bardzo życiowe. Reszta zdecydowanie mniej. Obejrzałam też „Układ idealny” (w oryginale „Prete moi ta main”) bo go dawali w niedzielę w TF1 i nawet eM go ze mną obejrzał, a wręcz bronił Charlotte Gainsbourg, którą skrytykowałam za kompletny brak cycków (ale naprawdę kompletny). eM jej bronił mówiąc, że jest bardzo podobna do matki – Jane Birkin – i że Birkin też podobno nie posiadała biustu. O realizmie życiowym nie wspominamy – we francuskiej komedii takie coś nie występuje z założenia. I widziałam jeszcze „Sztuczki” Jakimowskiego, bardzo urokliwy film, który ma pomysł, klimat, świetnego dziesięcioletniego aktora w roli głównej (co zadaje kłam twierdzeniu, że w filmach polskich nie umieją grać dzieci), i niestety do tego wszystkiego ma dłużyzny. Zrobiłam sobie chyba z 15 przerw w oglądaniu. Pewnie w kinie byłoby inaczej. Jakby Amerykanie zrobili mu jaki remake, też byłoby inaczej, acz obawiam się, że jednak gorzej. Jakiegoś drobiazgu mu tak czy siak do doskonałości zabrakło. Motyw z gołębiami natomiast jest prześliczny i dla niego samego warto było obejrzeć.

Kinematografia nie tylko polska

Obejrzałam sobie ostatnio znowu „Cztery wesela i pogrzeb”, oraz dodatki do niego, nabyłam bowiem jakieś wypasione wydanie z podpisami w milionie języków, w tym polski (we Francji coś takiego nabyć to cud). W dodatkach aktorzy i reżyser prześcigają się oczywiście w prawieniu sobie rozmaitych komplementów, natomiast moją uwagę zwróciło jedno wyznanie producenta. Film był otóż krytykowany za to, że postaci wydają się pochodzić z „nadmiernie uprzywilejowanej” warstwy społecznej, a Charles grany przez Hugh Granta nie ma żadnej pracy. I w tym momencie pomyślałam o „Dlaczego nie” oraz wielu innych filmach polskich…
A skoro już o kinematografii polskiej mowa, to obejrzałam również niedawno „Rozwodów nie będzie” – debiut Jerzego S. Stawińskiego z roku 1964, równie czarno-biały co uroczy. Świetne historie, świetne dialogi, doskonale zagrane. W ostatniej nowelce rolę pierwszej naiwnej zagrała brawurowo młodziutka Magdalena Zawadzka, późniejszy hajduczek i żona Holoubka. Gra tam też z nią Zbyszek Cybulski. Ogólnie pełen zachwyt i mam tylko jedno pytanie: dlaczego 40 lat później nikt nie kręci takich przyjemnych, zabawnych, pełnych wdzięku filmów?