Zakochana bez pamięci

 

W sobotę wybrałam się na La Défense na pokaz Apparences, bo miały być fajerwerki, a ja jestem ich absolutną fanką. Uważam, że to fantastyczny i nader spektakularny sposób puszczania pieniędzy z dymem. Fajerwerki były, bardzo efektowne, a oprócz tego muzyka i obrazki wyświetlane http://www.youtube.com/watch?v=jeW6CPIH988 na La Grande Arche. Podobało mi się szczególnie, kiedy na łuku był obraz ognia, tak jakby płonął, i w to weszły ognie sztuczne. Przez chwilę złudzenie było idealne. A potem resztki fajerwerków zaczęły spadać mi prawie pod nogami i wokół mnie zrobiła się chwilowa panika. Na szczęście tłum nie był w tym miejscu gęsty, mieliśmy się gdzie wycofać, a za chwilę pilnujący interesu żandarmi poprzesuwali barierki. Niepotrzebne, bo kolejna fala fajerwerków zachowywała się już normalnie.
Potem wróciłam do domu i obejrzałam tę samą Défense w filmie, którego polski tytuł to „Zakochana bez pamięci”. Czterdziestoletnia szefowa wielkiego koncernu, matka dziecka i żona swego męża budzi się z amnezją, przekonana, że ma 26 lat i dopiero co poznała swego przyszłego męża. 15 ostatnich lat wymazało jej z pamięci, jakby się przeniosła w czasie. Fantastyczna rola Juliette Binoche – scena, kiedy widzi się w lustrze jako czterdziestolatka, jest naprawdę niezła. Kilka zabawnych scen. Reszta straszliwie naiwna, bo niby jakim cudem po 15 latach kobieta potrafi się sprawnie i odruchowo posługiwać smartfonem? Jakim cudem osoba, która skończyła studia w pierwszej połowie lat 90-tych, i która nie ma pojęcia, co wydarzyło się na świecie przez następną dekadę, może nadal pracować na wysokim stanowisku i podejmować ważne decyzje? Film jednak się skupia na relacji małżeńskiej, chyba trochę szkoda, bo można było ciekawiej potraktować temat. W każdym razie uświadomiłam sobie, że gdyby tak mnie wycięło ostatnie 10 lat z życia, to w żaden sposób bym się nie odnalazła w obecnej rzeczywistości. Ale mam wątpliwości, czy wynika z tego coś poza konstatacją, że człowiek się jednak zmienia z czasem.

W sobotę wybrałam się na La Défense na pokaz Apparences, bo miały być fajerwerki, a ja jestem ich absolutną fanką. Uważam, że to fantastyczny i nader spektakularny sposób puszczania pieniędzy z dymem. Fajerwerki były, bardzo efektowne, a oprócz tego muzyka i obrazki wyświetlane na La Grande Arche. Podobało mi się szczególnie, kiedy na łuku był obraz ognia, tak jakby płonął, i w to weszły ognie sztuczne. Przez chwilę złudzenie było idealne. A potem resztki fajerwerków zaczęły spadać mi prawie pod nogami i wokół mnie zrobiła się chwilowa panika. Na szczęście tłum nie był w tym miejscu gęsty, mieliśmy się gdzie wycofać, a za chwilę pilnujący interesu żandarmi poprzesuwali barierki. Niepotrzebne, bo kolejna fala fajerwerków zachowywała się już normalnie.
Potem wróciłam do domu i obejrzałam tę samą Défense w filmie, którego polski tytuł to „Zakochana bez pamięci”. Czterdziestoletnia szefowa wielkiego koncernu, matka dziecka i żona swego męża budzi się z amnezją, przekonana, że ma 26 lat i dopiero co poznała swego przyszłego męża. 15 ostatnich lat wymazało jej z pamięci, jakby się przeniosła w czasie. Fantastyczna rola Juliette Binoche – scena, kiedy widzi się w lustrze jako czterdziestolatka, jest naprawdę niezła. Kilka zabawnych scen. Reszta straszliwie naiwna, bo niby jakim cudem po 15 latach kobieta potrafi się sprawnie i odruchowo posługiwać smartfonem? Jakim cudem osoba, która skończyła studia w pierwszej połowie lat 90-tych, i która nie ma pojęcia, co wydarzyło się na świecie przez następną dekadę, może nadal pracować na wysokim stanowisku i podejmować ważne decyzje? Film jednak się skupia na relacji małżeńskiej, chyba trochę szkoda, bo można było ciekawiej potraktować temat. W każdym razie uświadomiłam sobie, że gdyby tak mnie wycięło ostatnie 10 lat z życia, to w żaden sposób bym się nie odnalazła w obecnej rzeczywistości. Ale mam wątpliwości, czy wynika z tego coś poza konstatacją, że człowiek się jednak zmienia z czasem.

 

Zakochani w Rzymie

Ja jednak bardzo lubię Allena, co możliwe, że mi się z wiekiem nasiliło. Trafia mi idealnie w moje poczucie humoru i nie przeszkadza mi, że cały czas jest o tym samym. Na „Zakochanych w Rzymie” śmiałam się bardzo i bawiłam świetnie, aczkolwiek bynajmniej nie jest to najlepszy film Allena. Zaskoczyło mnie, jak mocno zbacza w stronę groteski, tego się nie spodziewałam, ale efekt uważam za znakomity. Allen ma tu cudowne wejście, w ogóle to on i świetny Benigni robią ten film. I Penélope Cruz też, w nader widowiskowej roli. W ogóle obsada bardzo trafiona, i podoba mi się, że Włosi mówią po włosku.

Ubolewam nad tym, że Allen nie chciał robić filmu w Warszawie, gdyż go nie inspiruje. A przecież jego wyczucie absurdu i stosowanie się do zasady „kochamy tylko te filmy, które już znamy” idealnie by się wpasowało w naszą mentalność. Oczywiście, Rzym ładniejszy; ale i tak szkoda.

Les intouchables

Widziałam zajawkę „Nietykalnych” już dobre pół roku temu, i zanotowałam sobie nawet tytuł, żeby na pewno go obejrzeć. Okazało się to bezcelowe, bo o filmie zrobiło się za chwilę głośno, a potem bardzo głośno. Irytowało mnie to zresztą bardzo, bo wszyscy o nim mówili, a mnie się go ciągle nie udawało obejrzeć, aż w końcu w ten weekend, i jestem pod wrażeniem. Śmiałam się do łez. Oczywiście skończywszy oglądanie i otarłszy łzy rzekłam sobie „no dobra, fajne było, i niby oparte na prawdziwej historii, ale wiadomo, że naciągane ku serc pokrzepieniu, bo bandytów ze złotym sercem to w przyrodzie nie ma”. I tu największe zdziwienie: ten film jest prawie dokładnie odzwierciedleniem rzeczywistości. Abdel, pierwowzór filmowego Drissa, faktycznie wyszedłszy z więzienia zgłosił się do opieki nad sparaliżowanym tylko po to, żeby dostać papier do urzędu pracy, i został 10 lat. A zresztą nie wiem, czy nie bardziej szokuje mnie, że Philippe faktycznie ożenił się ponownie i adoptował dwie dziewczynki, mając już po 50 i będąc całkowicie sparaliżowany. Dobra, wiadomo że biedniejszym od niego takie cuda się nie przytrafiają, ale mimo wszystko. Fantastyczny scenariusz, doskonałe aktorstwo – trochę mnie dziwi, że Cluzet nie dostał Cezara, ale ten dla Omara Sy jest zasłużony. Powinien zrobić się teraz bardzo rozchwytywany, ale zastanawiam się, czy znajdą się jakieś ciekawe role dla aktora o jego warunkach. Zobaczymy.

Panny z Wilka

Fajny film widziałam, chociaż do nowości go zaliczyć się nie da, a nawet już cokolwiek porósł mchem, „Panny z Wilka” mianowicie. Mam wrażenie, że przymusowo go oglądaliśmy w liceum, ale albo mnie wtedy nie było, albo tylko mieliśmy oglądać i nic z tego nie wyszło, albo nawet oglądaliśmy i niczego nie zrozumiałam, co doprawdy nie byłoby dziwne, bo to jest zdecydowanie film dla dojrzałych osób. Świetnie napisany scenariusz, doskonale zagrany – z dzisiejszej perspektywy jest tam obsada marzeń. Powaliła mnie Komorowska w roli histerycznej trzpiotki flirciary (a Komorowska grając to miała już 40 lat skończone i nastoletniego syna). Znakomita rola Olbrychskiego, którego postać wzbudza we mnie zresztą żywą antypatię. Grany przez niego bohater przyjeżdża odpoczywać do swego wujostwa na wieś, i odwiedza sąsiedni majątek Wilko, gdzie był stałym gościem 15 lat wcześniej. On przeżył wojnę (pierwszą) i ma traumę, tymczasem wilkowskie panny powychodziły za mąż, urodziły dzieci, porozwodziły się, podorastały, a jedna nie żyje. Wiktor jednocześnie usiłuje odnaleźć swoją przeszłość, wzrusza się, i wyraźnie ma za złe pannom, że wszystko się pozmieniało i nic nie jest jak dawniej. Nie daje sobie z tym rady, więc na wszelki wypadek wyjeżdża chyłkiem przed końcem urlopu, zostawiając złamane serca. W każdym razie to jest mój odbiór; podejrzewam, że Iwaszkiewicz miał co innego na myśli, ale to było bardzo dawno temu. Przez co nie mam zamiaru powiedzieć, że historia się zestarzała: bynajmniej. Mogliby ją nakręcić w Hollywood dodając parę atrakcyjnych gadżetów i cały świat by się zachwycał, a tak mamy piękne zdjęcia Kłosińskiego i malownicze plenery polskie, co też sympatyczne.

Żelazna Dama

Na „The Iron Lady” przez pierwsze co najmniej pięć minut siedziałam jak trusia gapiąc się w ekran w niedowierzaniu i powtarzając w myślach „przecież to nie jest Meryl  Streep, no przecież to nie ona, przecież wiem jak ona wygląda i to nie jest ona, nawet nie mówi jak ona!” Zaczynamy bowiem od oglądania byłej premier współcześnie, 80-letniej, i to jest właściwie główna oś filmu. Starość, choroba, przemijanie, i wątek męża rozegrany w sposób skradziony z „Pięknego umysłu”. Poruszające, ale ta stara kobieta mogłaby być kimkolwiek,  niekoniecznie Żelazną Damą. Przeszłość i polityka pojawiają się w szybkich, chwilami niemal teledyskowych, retrospekcjach. Jako Thatcher w średnim wieku występuje też tu Meryl, już bardziej do siebie podobna; a tę najmłodszą, dwudziestoletnią wersję gra Alexandra Roach. Meryl Streep jest absolutnie olśniewająca w obu wcieleniach, to jest mistrzowska klasa aktorska, i mimo że już od dawna jestem jej wielbicielką przekonaną o jej talencie, to jednak kolejny raz mnie zaskoczyła.

Sam film natomiast jest jednak średni. Z punktu widzenia scenariusza szkoda, że nacisk został położony na starości Thatcher (nie szkoda ze względu na aktorstwo, ale to już napisałam). Polityka robi wrażenie tylko nieuniknionego ozdobnika, psychologii wiele brakuje – choćby taki drobiazg, że młoda jeszcze nie Thatcher przyjmując oświadczyny zastrzega się żywo, że w żadnym razie nie będzie kurą domową, ona ma misję. Parę lat później widzimy jednak, że jej mąż nie umie sam sobie jajek ugotować.  Czyli co, jednak godziła obowiązki domowe z karierą? A mąż co, oczywiście akceptował ambicje, ale obiad musiał być na stole? Szkoda, że nie jest to dopowiedziane. Widzimy, znowu w króciutkich przebłyskach, że z pogodzeniem polityki i wychowania dzieci miała problemy. Natomiast ubawiłam się setnie, kiedy przemawiając do ministrów kazała im przepłynąć Kanał, zamieszkać we Francji i tam płacić podatki 85%, skoro im się Anglia nie podoba. Słowo „French” było tu wypowiedziane z absolutnie fantastyczną, niepodrabialną pogardą. Francuzów na sali śmieszyło to jakoś mniej, ciekawe czemu.

Kolejność uczuć

Oczywiście przeczytałam Kuttnera, a teraz czytam Pratchetta o wiedźmach, i jak się dobrze rozpędzę, to przeczytam całego posiadanego Pratchetta. Zapomniałam, że „Wyprawa czarownic” jest tak nieodparcie zabawna, do śmiania się w głos. Chyba, że zrobi się porządna wiosna, to mi może przejdzie potrzeba czytania rzeczy rozrywkowych; na razie jest szare mgliste rozmazane deszczowe przedwiośnie. Obejrzałam też znaną mi już staroć, bo akurat na Polonii dawali, mianowicie „Kolejność uczuć” Piwowarskiego, z Olbrychskim oraz debiutem Marii Seweryn, i to jest naprawdę zupełnie niezły film, a jakoś mi się wydaje niedoceniany. Trochę fabularnie naciągany miejscami, ale Seweryn poradziła sobie rewelacyjnie, jest cudownie naturalna. Olbrychski partneruje jej świetnie, a Priwieziencew w roli ojca ze swoją deską do prasowania jest fantastyczną postacią komiczną, trochę mi tchnie Hrabalem. Jest tam kilka niezapomnianych scen. Nic bym nie miała przeciwko temu, żeby tak wyglądały obecnie kręcone komedie romantyczne.

Habemus Papam, Czubaszek i Kopciuszek

Dobry film widziałam: „Habemus Papam” Morettiego. Wydawało mi się po opiniach, jakie mi przemknęły przed oczami, że to będzie komedia. Zupełnie nie. Kojarzę nazwisko reżysera po trudnym i znakomitym „Pokoju syna”, który parę lat temu zrobił na mnie ogromne wrażenie. „Habemus Papam” ogląda się łatwiej, ale to też jest film dotykający niełatwych tematów, do ostatniej sceny zaskakujący i zmuszający do rozmyślań. Nowo wybrany papież uświadamia sobie, że to dla niego ciężar nie do zniesienia i ucieka z Watykanu przed oficjalnym pokazaniem się wiernym. Konklawe więc formalnie trwa, a do kardynałów dołącza specjalnie sprowadzony psychoanalityk – w tej roli sam reżyser. W sporej roli rzecznika Watykanu natomiast Jerzy Stuhr. Jest tu parę zabawnych momentów, zwłaszcza związanych właśnie z próbami psychoanalizy papieża, co wydaje się mocno ryzykowne, ale w moim odczuciu Morettiemu udało się nie przegiąć. Mam natomiast wątpliwości co do zamiaru reżysera. Na pewno było nim pokazanie, że papież też jest człowiekiem. Być może również, że nawet on może cierpieć na depresję. Czy również próba zastanowienia się, jaką rolę właściwie może odgrywać Kościół w życiu współczesnych wiernych? Tak można odczytywać ostatnią scenę filmu. Jako osobiście niezwiązana z Kościołem ani wiarą przejęłam się głównie ludzkim wymiarem tej opowieści. Ciekawa jestem opinii szanownych Czytelników, którzy film widzieli lub obejrzą.

Z innej beczki duet Czubaszek i Andrus nie aż tak śmieszny jak się spodziewałam, chociaż parę razy oczywiście parsknęłam śmiechem, natomiast niesłychanie wciągający. Urocza książka. Ja się wychowałam na „Szpilkach” z lat 70-tych, ponieważ całe ich roczniki posiadał mój ojciec, nie mam zresztą zielonego pojęcia dlaczego, ale była to jedna z moich ukochanych lektur, kiedy miałam lat naście. To jest od zawsze mój ulubiony rodzaj humoru, absurdalny i oderwany od rzeczywistości. Idąc za ciosem od razu wygrzebałam dziennik Anatola Potemkowskiego, którego również znam stamtąd. Jak przeczytam, to o nim napiszę.

A poza tym wprowadziłam syna w świat teatru przy pomocy „Kopciuszka” w wydaniu lalkowym, i bawiłam się znacznie lepiej, niż bym mogła przypuścić. W tej wersji stary król ogłasza swój bal na specjalnym kanale telewizji królewskiej, i zachęca oglądających do głosowania smsami na pannę, która zdobędzie rękę królewicza. Dziecię też było pod wrażeniem. To jeszcze parę lat cierpliwości, i będziemy chodzić na ambitniejsze sztuki.