Kret

Rafael Lewandowski dostał Paszport Polityki, co mi przypomniało, że widziałam w Polsce jego „Kreta„: bardzo dobry film, i wcale nie piszę tego z powodu przyznanej nagrody. Mogę być odrobinę nieobiektywna, bo bohaterowie jeżdżą z biznesem między Polską a Francją, i jak wysyłali do rodziny sms „jesteśmy pod Berlinem”, to zapytałam siostrę, czy czegoś jej to nie przypomina. Ja bowiem identyczny sms wysłałam do niej raptem dwa dni wcześniej. Ale pomijając takie zbiegi okoliczności to świetny film, poruszający ciekawe tematy z współczesnej historii Polski. Scena kulminacyjna trochę psychologicznie naciągana, i chyba w gruncie rzeczy niepotrzebnie tak rozegrana (piszę ogródkami, żeby nie zdradzać szczegółów akcji tym, co jeszcze nie oglądali), ale to nie ma specjalnego znaczenia. Ciekawie napisany i dobrze zagrany, nie ma tu jednoznacznych odpowiedzi na trudne pytania. Warto obejrzeć.

LOL

Fajny film widziałam, chociaż francuski. „LOL – Laughing Out Loud”, tak, to jest oryginalny tytuł filmu francuskiego. Sophie Marceau w roli czterdziestoletniej rozwiedzionej matki szesnastolatki, na której perypetiach sercowych skupia się fabuła, choć głównym celem jest udowodnienie, że różnica pokoleniowa wcale nie jest taka wielka. Były mąż zachowuje się jak nieodpowiedzialny gówniarz, matkę podrywa policjant (ach, na tę przejażdżkę policyjną motorówką po Sekwanie to sama bym poleciała nie zastanawiając się długo), ze znajomymi palą trawkę na dole w salonie, a na górze córka też pali trawkę i próbuje namówić syna przyjaciela domu, żeby ją pozbawił dziewictwa. Słodko, miło, pogodnie i dość zabawnie, parę razy nawet śmiałam się niepohamowanie. Szalenie mi się podobało, jak młodzi paryżanie pojechali na wycieczkę do Londynu. Okazuje się, że nie ma żadnej różnicy, czy z Warszawy do Krakowa, czy z Paryża do Londynu: każda młodzież wszędzie zachowuje się tak samo.

Tytuł stąd, że młodzi kontaktują się oczywiście przez MSN, ale praktycznie więcej kultury internetowej tu nie ma. Lola pisze w ogóle zwyczajny dziennik papierowy, a nie żadnego bloga, w co trudno mi było uwierzyć. Ale kiedy obrażona córka wyprowadza się do ojca, rzekłam do jej matki na ekranie „Głupia ty, przez MSN do niej gadaj”, co Sophie Marceau zaraz posłusznie uczyniła, z dobrym skutkiem. Ta scena przypomniała mi latem obejrzany ciekawy film polski „Sala samobójców”, poniekąd na podobny temat: odrzucony przez swoje środowisko nastolatek ucieka w świat wirtualny, tutaj przedstawiony malowniczo, z wielkim rozmachem i efektami specjalnymi. Aż nie mogłam uwierzyć, że to Polak nakręcił, ale Jan Komasa jest z rocznika 81, co wiele tłumaczy. Podejście do tematu jest w każdym razie diametralnie różne, „LOL” to leciutka komedyjka na pochmurny listopadowy dzień, a przy „Sali samobójców” mamy do czynienia z przejmującym dramatem z gatunku ciężkich. Chyba chciałabym obejrzeć coś pośrodku.

Harry Potter Grand Finale

Domknęłam cykl oglądając ostatniego Harry’ego Pottera, potwornie
żałując, że nie w kinie (w 3D!), i łzy roniąc bezwstydnie, a co.  Jest
cudownym zwieńczeniem kultury masowej, ma w sobie wszystko to, co
powinien mieć, i czuję, że nieprędko dam się znowu tak uwieść, aktualnie
modny twilight bowiem mnie całkowicie odrzuca. Dali radę nawet z tym
durnym zakończeniem 19 lat później, które w książce okrutnie mnie
zeźliło, acz oczywiście za to też podziwiam Rowling. Trzeba być niezłym
twardzielem, żeby tak definitywnie zarżnąć kurę znoszącą złote jajka.
Świetny film, a co – i owszem, w pełni doceniłam Harrisono-Fordowe „I
know”. W sumie to dobrze, że nie oglądałam tego w kinie, bo rechotałam z
tego straszliwie. Z McGonagall oczywiście też. Świetne role, sama
esencja. Wielbiciele cyklu niech się wpisują w komentarzach, a
ewentualni krytykanci niech zmilczą i pójdą sobie gdzie indziej, Avada Kedavra!

Un monstre à Paris

Uwaga, wyznanie będzie. Usiądźcie, albo się chociaż trzymajcie się czegoś. Siedem miliardów ludzi jest na Ziemi, a ja jestem jedyną z tych siedmiu miliardów, która jeszcze nigdy nie widziała filmu fabularnego w 3D. Serio. Serio serio! Widziałam oczywiście te wszystkie o życiu podwodnym, kiedy 3D było jeszcze nowinką pokazywaną w centrum nauki i techniki, a okulary były dobrem starannie rozliczanym po seansie, ale fabularnego jeszcze żadnego. To znaczy do dzisiejszego wieczoru, kiedy to nastała ta chwila wiekopomna i udałam się w tym celu do kina. Nie miałam wielkiego wyboru: mogłam jeszcze obejrzeć Tintina, ale jakoś nigdy za blondynami nie przepadałam. Wybrałam więc „Un monstre à Paris”, ponieważ występuje tam Paryż, wprawdzie w wersji animowanej, ale lepszy niż prawdziwy. Możliwe, że to będzie drugi film animowany, po którym Małgośka zapragnie zobaczyć to miasto. Technologia 3D mnie nie powaliła, bo już ją znam, odkryłam natomiast przy okazji jakiejś zajawki, że nie jestem w stanie czytać w niej napisów. Natychmiast boli mnie głowa. Na szczęście w „Un monstre” napisów nie ma, więc problemu nie miałam. Sam film to dość jednak bezsensowna fantazja na temat gigantycznej pchły-śpiewaczki występującej w kabarecie paryskim, teoretycznie koło roku 1910, kiedy w Paryżu była wielka powódź, praktycznie jednak realia potraktowane są z przymrużeniem oka jeszcze gigantyczniejszym niż pchła. I tak, wiem, że to film animowany i zasadniczo dla dzieci, i nie, nie spodziewałam się ani sensu ani realizmu. Jest go jeszcze mniej niż się nie spodziewałam. Poza tym pięknie śpiewają Vanessa Paradis i M, oraz dubbinguje Gad Elmaleh. I Paryża jest dużo ładnego. Dobra, to nowinkę techniczną mam już zaliczoną i mogę wrócić do oglądania normalnych filmów, tak?

The Beaver

Mel Gibson występuje tu w roli Waltera Blacka, szefa i ojca rodziny, który popada w ciężką depresję, i próbuje się zabić, ale ratuje go znaleziona na śmietniku marionetka – bóbr, która użycza mu nowej, znacznie bardziej przebojowej osobowości. Reżyseruje i partneruje mu w roli żony Jodie Foster. Równolegle mamy wątek zbuntowanych nastolatków, czyli syna Blacka i jego dziewczyny. Po początkowych obawach odkryłam, że oglądam zupełnie niezły film, zwłaszcza zachwyca Gibson, który właściwie przez większość filmu gada ze swoją ręką (czyli rzeczonym bobrem) i mimo to daje radę. Chyba dobrze, że trudna tematyka depresji i rodzinnej walki z nią została poruszona w filmie w zasadzie familijnym, chociaż może trochę brakuje tu jasnego przekazu, że depresję należy jednak leczyć, a nie uciekać się do metod domowych (acz w pewnym sensie wynika to z akcji).

Wątkiem nastolatków byłabym zapewne zachwycona, gdybym była o połowę młodsza, a tak to tylko sobie prychnęłam „O – Amerykanie nagle odkryli, że cierpienie jest nieodłączną częścią życia, być to nie może!”. Oczywiście przed happy endem nie dało się uciec, acz w tym wypadku był wyjątkowo pożądany, inaczej widzowie tłumnie podcinaliby sobie żyły tuż po seansie. Tragikomiczna scena, w której pijany w drebiezgi Gibson próbuje się powiesić na krawacie i na drążku od zasłony prysznicowej, jest natomiast rodem z kina europejskiego, a właściwie spokojnie mogłaby się znaleźć w filmie polskim. Tylko że w „The Beaver” trwa jakieś dwie minuty i jest dokładnie tak przejmująca, groteskowa, tragiczna i żałosna, jak być powinna. W filmie polskim trwałaby minut dwadzieścia, bohater najpierw by się upijał bardziej, po czym gapiłby się długo i przenikliwie na krawat, który oczywiście byłby symbolicznie biało-czerwony, następnie upijałby się bardziej, gapił się przez długie minuty na drążek od zasłony, która zapewne byłaby pomalowana w jakieś bardzo symboliczne wzory rodem z Malczewskiego, itd. No – chyba że nakręciłby to Smarzowski.

Szalenie mnie intryguje, jaki będzie polski tytuł, jeśli jakiś będzie (google żadnego nie znalazł), bo Francuzi wymyślili sobie „Le complexe du castor” czyli „Kompleks bobra”, co jest chyba niemal równie durne jak polski „Wirujący seks”. Jaki znowu kompleks, na dziesiątą muzę?

Ja wam pokażę, albo i nie

Mają Państwo ciekawe doświadczenia z poszukiwaniem różnych rzeczy, widzę. Pół talonu na balon wygrywa Scarbossa. Pół – bo owszem, w portfelu, gdzie jej nigdy nie wkładam, ale nawet nie z kartami, co jeszcze byłoby logiczne, jeno z banknotami i nijak nie jestem w stanie pojąć, co mną kierowało. No cóż. Martwię się poza tym o siebie poważnie, gdyż wczoraj przypadkiem zaczęłam oglądać film polski „Ja wam pokażę” i już nie przypadkiem obejrzałam go do końca. Najpierw nie mogłam zrozumieć, skąd tam się wziął Pazura, przecież to nie on grał męża w pierwszej części. Potem mi zaświtało, że to jest ten film, o który się pokłócili i ostatecznie nakręcili dwie wersje. Mam wrażenie, że to jest ta lepsza. Dobra: oczywiście scenariusza to tam nie ma, nic się nie dzieje, problem, wokół którego kręci się namiastka akcji, jest tak wydumany, że dziecko z podstawówki wymyśliłoby lepszy; ale Wolszczak, Pazurę i Kowalewskiego ogląda się całkiem przyjemnie. Nie jest to najgorszy film polski, jaki widziałam w życiu. A poza tym nie będę się dalej tłumaczyć,  mam okropny katar i leczyłam go herbatą z rumem!

Midnight in Paris

Cudowny film widziałam. Siedziałam z buzią otwartą z oczarowania,
czując się jak dziecko w sklepie z zabawkami. Kocham „Północ w Paryżu”
namiętnie, i jak tylko wyjdzie na dvd, to kupię od razu trzy sztuki na
zapas, i będę oglądać codziennie, o. Zaznaczam, to nie jest recenzja, tylko
zapis emocji, nie na nic wspólnego z obiektywną rzeczową oceną, nie
sugerujcie się moim zachwytem przy wyborze filmu. Otóż ja kocham Paryż,
kocham lata dwudzieste i przepadam za Woody Allenem: tu jest to wszystko
razem, w miszmaszu lekko naiwnym i absolutnie urzekającym. Acz to
zrozumie tylko ten, kto wie, jaką rolę odegrała Gertruda Stein w karierze
Picassa, kim był Man Ray i co nakręcił Buñuel. Inni prawdopodobnie umrą
z nudów. Widząc na ekranie uroczą blondynkę, Amerykankę w Paryżu, która
rzekła, że pochodzi z Alabamy, szepnęłam radośnie „Zelda…” I była to
ona z mężem, jak żywa, i Gertruda jak żywa, i Salvador Dali, i i i. I
Hemingway! I Paryż lat 20! I bohater, który jest alter ego Woody Allena,
i ja naprawdę chcę wiedzieć jak on to robi, że ci aktorzy, młodzi i
fizycznie kompletnie do niego niepodobni, mówią identycznie jak on.
Ten sam dobór słówa, ta sama intonacja, ten sam ton. Zamykasz oczy i jesteś pewna, że na ekranie jest sam Woody. To jakaś
czarna magia. Cudowny, cudowny, kochany film, zrobiony specjalnie dla
mnie, z naiwną i przewidywalną fabułą, oraz dość oczywistym morałem, ale
to kompletnie nie ma znaczenia. To było jak oglądać na ekranie w
kolorze swój przyjemny i radosny sen.