Impreza w muzeum

Kiedy marudziłam jakiś czas temu na temat, gdzie będzie noworoczna impreza firmowa, usłyszałam tajemnicze
– A bo my szukamy jakiegoś specjalnego miejsca..
– To może na Wieży Eiffla, albo na Tour Montparnasse – prychnęłam i zapomniałam o temacie. Jednak okazało się, że faktycznie szukali specjalnego miejsca, i nawet znaleźli – muzeum kart do gry. Impreza zaczęła się od zwiedzania z energiczną panią przewodniczką, która najpierw objaśniła, że karty do gry wywodzą się z Chin (oczywiście) i że początkowo miały zastąpić domino, które było grą popularną, lecz ciężką i nieporęczną. Następnie pokazała nam prześliczną bogato złoconą kartę wykonaną techniką iluminacji (jak ilustracje w średniowieczu) i dumnie wyjaśniła, że jest to egzemplarz unikatowy. Chociaż nie całkiem – są jeszcze dwie podobne (pokazane obok w postaci slajdów) i znajdują się one… à Varsovie.
– Że CO?! – zapytałam, nie wierząc własnym uszom. – Czy ona naprawdę powiedziała Varsovie? – zwróciłam się do kolegi.
– Tak – rzekł kolega.
Pozostałe dwie średniowieczne karty do gry znajdują się zatem w warszawskim Muzeum Narodowym, i nie mam pojęcia, skąd się tam wzięły. Ani czy są czasem wystawiane. Ale jeśli to kogoś interesuje, może spróbować się dopytać u źródła. A ja, całkiem jak ten Kant, mogłam się w ogóle nie ruszać z miasta rodzinnego.

Potem przemówił nasz szef, oznajmiając, że mieliśmy bardzo dobry rok, i że przygotował dla nas z tej okazji prezent. Pierwsza myśl, jaka przemknęła mi przez umysł, brzmiała „o – dostaniemy premie!”. Druga myśl nadeszła dostojnie za pierwszą i oznajmiła „oszalałaś całkiem? To Francja jest”. Istotnie, tu się nie pracuje dla pieniędzy i nikt pracownika nie obrazi posądzeniem, że mógłby chcieć premię. Mamy więc dostać smartfony. Kiedy jeszcze pracowałam w Polsce, w ślad za informacją o dobrym roku poszedł pasek wypłaty, i to taki, że przyglądałam mu się z niedowierzaniem przez tydzień, a potem kupiłam samochód. Ale w końcu nikt mnie we Francji siłą nie trzyma, więc nie wypada narzekać, a smartfon lepszy niż nic.

Następnie pozwolono nam zainteresować się cateringiem, który był jak zwykle – śliczne kolorowe tartinki z nie wiadomo czym. Ponieważ panicznie boję się przypadkiem napotkać ser pleśniowy, zawsze przyglądam im się bardzo nieufnie, jednak los był dla mnie łaskawy. Na ser pleśniowy z orzechami trafiła towarzysząca mi Inka i była tym zachwycona. De gustibus. Poszłyśmy usiąść nieopodal, a organizator zapytał, czy chcę iść zrobić coś, czego kompletnie nie zrozumiałam. Na wszelki wypadek odrzekłam, że nie. Ale potem przyszła koleżanka i zapytała o to samo, więc tym razem już się dopytałam. Okazało się, że w salce obok urzęduje pani wróżąca z kart. Stosunek mam do tego co najmniej sceptyczny, jeśli nie prześmiewczy, ale uznałam, że raz w życiu mogę zobaczyć jak to wygląda. Pani miała na sobie tyle biżuterii, że kompletnie nie mogłam się skupić na tym co mówiła, a pytała mnie na przykład, czy mam dzieci. W ostatniej chwili zdążyłam się ugryźć w język i nie powiedzieć „a jak pani jest wróżką, to powinna pani sama wiedzieć!”. Potem rozłożyła karty i zasępiwszy się orzekła, że interesująca mnie kwestia to raczej nie w przyszłym roku, chociaż oczywiście to tylko karty, i ona niczego nie wie na pewno, muszę być otwarta na wszystko oraz się nie wahać. Co jest zupełnie dobrą konkluzją i się sprawdza w bardzo wielu przypadkach.

Udałyśmy się potem zwiedzać jeszcze trochę wystawę, i chcemy te wszystkie cudne pudełka na karty do gry, które tam mają, oraz te żetoniki z masy perłowej. W ramach atrakcji rozstawiono stoliki do gier karcianych, i kiedy koleżanka zaczęła mi tłumaczyć zasady gry w blackjacka, oświeciło mnie, że to jest przecież nasze oczko. Uznałam, że gra w oczko nie przekracza moich możliwości nawet po trzech kieliszkach wina i możemy zagrać; ale na drodze stała ruletka. Spojrzałam niezobowiązująco. Krupier objaśniał zasady:  wiedziałam o parzystych, nieparzystych, czerwonych i czarnych, ale nie wiedziałam, że można obstawiać cztery albo sześć liczb naraz, albo cały rząd, albo całą kolumnę.
– Chcecie spróbować?
Chciałyśmy. Wciągnęło mnie szybciej niż sądziłam. Obstawiałam głównie dwunastki. Wygrywałam, wygrywałam, wygrywałam, po czym nagle wszystko przegrałam. Krupier orzekł mądrze, że gra w ruletkę wcześniej czy później się tym właśnie kończy. I nagle okazało się, że należy już się udać na spoczynek. Przy wychodzeniu szatniarka podała nam płaszcze, po czym spytała Inkę, czy miała torbę. Inka stanowczo i bez namysłu odparła na to „oui”. Było już późno i kilka kieliszków wina przepłynęło przez moje gardło, więc kompletnie nie zorientowałam się, że jakoś nagle zaczęła rozumieć po francusku, i ubierałam się spokojnie dalej. Pani spróbowała się więc dowiedzieć, jaka ta torba była. Bez rezultatu, więc powtórzyła pytanie, i tu już Inka zdecydowała się zwrócić moją uwagę na fakt, że pani coś od niej chce. Ocknęłam się w końcu i wyjaśniłam, że nijakiej torby nie miała, i przepraszam bardzo, ale koleżanka nie mówi po francusku.
– A to się zdarza – odparła z wyrozumiałym uśmiechem pani szatniarka.

Uważam, że była to jedna z lepszych imprez firmowych, w jakich miałam okazję uczestniczyć. Byłaby niewątpliwie lepsza, gdyby nie była w środę, ale to doprawdy drobna wada.

Parc Asterix

Disneyland odwiedziłam dwa razy, przyszła kolej na jego wersję rodzimą, czyli Parc Astérix. Organizacja jednak sporo słabsza, ale za to nie ma aż takiej komerchy, albo usilnie w to chciałam wierzyć. Na atrakcji, gdzie się jeździło replikami starych aut, i „radar” po drodze robił zdjęcie, nie miałabym pojęcia, że to zdjęcie można potem kupić, gdyby mi uprzednio napotkany kolega nie powiedział. Budka z fotkami stała wciśnięta gdzieś z boku i niemal zamaskowana. W Disneylandzie trudno byłoby mi ją przeoczyć oraz wyrwać się ze szponów sprzedających. Bardzo mi się podobał spektakl na lodzie, jednak sporo większa atrakcja od Disneyowskiej parady. Są też pokazy delfinów, na które mi się nie udało załapać, trudno, będzie po co wracać. Urokliwy jest kawałek osiemnastowiecznego Paryża w miniaturze, i z całą pewnością nie raził tak mojego poczucia estetyki jak pałacyk u konkurencji. Doceniłam też parking gratis, niestety to tylko poza sezonem. 

Polska niespodzianka

Na imprezie firmowej podszedł do mnie Gaëtan
– Ty z Polski jesteś, tak? Bo właśnie zatrudniliśmy Polaka i on tu jest…
Ucieszyłam się zupełnie irracjonalnie, i zażądałam, żeby mi go opisał, to zaraz go znajdę i sobie porozmawiam po polsku.
– Łatwo go zauważyć – rzekł Gaëtan – jest bardzo wysoki i koloru kawy z mlekiem…
– Gaëtan, ty już więcej nie pij – poprosiłam – Polacy nader rzadko bywają koloru kawy z mlekiem, coś ci się chyba przywidziało, albo chcesz mnie nabrać – i rozczarowana sobie poszłam. Za chwilę znalazł mnie inny kolega i rzekł radośnie
– O, to ty jesteś z Polski! To możesz porozmawiać z kolegą! – i zaprezentował mi rzeczywiście bardzo wysokiego faceta o przyciemnionej skórze, który uprzejmie rzekł do mnie
– Dzień dobry! – ale takie pojedyncze słowa to ja tu już słyszałam od niejednego, więc nadal byłam sceptyczna, dopóki pięć minut później nie wyrwało mi się spontaniczne
– Ależ ty naprawdę świetnie mówisz po polsku!
Okazało się, że to zasługa mamusi Polki, bo mój nowy kolega chodził do polskiej szkoły tylko do zerówki, większość życia spędził jednak w zachodniej Afryce, ale ma rodzinę w Polsce i czasem ją odwiedza. Ot co. Zagroziłam wszystkim w firmie, że teraz muszą się szybko nauczyć polskiego, bo inaczej będziemy ich strasznie obgadywać, a oni nic nie zrozumieją.

Olé!

Wczoraj uczestniczyłam w obchodach trzydziestych urodzin w Olé Bodega, miejscu, które trudno nazwać po prostu knajpą, a które ma być zainspirowane hiszpańskimi tradycjami imprezowymi. Nie mam zielonego pojęcia, jak to wygląda w Hiszpanii, mnie się w każdym razie podobało bardzo. Pierwsze wrażenie było dość oszałamiające, wchodzi się bowiem do namiotu podobnego do cyrkowego, gdzie potworna ilość stolików – wyłącznie wieloosobowych – a na środku mała okrągła estradka. Wkrótce się okazało, że chyba każda obecna obecna ekipa coś świętuje, przeważnie urodziny, koło nas był też wieczór panieński. W pewnym momencie na estradę wywołani zostali wszyscy obchodzący urodziny i stąd wiem, że był ich tłum, wśród którego zdecydowanie wyróżniał się facet odziany li i tylko w czerwoną sukienkę mini. Kilkoro innych solenizantów miało przyczepione królicze uszy. Mieliśmy też pokaz pary akrobatów, gdzie, chyba nietypowo, to ona podtrzymywała jego – oni mi się bardzo podobali, znacznie mniej zaś pani ćwicząca na trapezie, która usiłowała na nim zdaje się tańczyć do dość szybkiej muzyki, co wyglądało, jakby miała powietrzny atak epilepsji, i nie było to jedynie moje skojarzenie. Poza tym były normalne tańce, mojito, sangria, a kwestia jedzenia została rozwiązana bardzo przemyślnie, mianowicie na każdy stół wjeżdżało to samo: talerze z jamón serrano (wysuszona solona szynka w cienkich plastrach, podobna do włoskiego prosciutto) i chorizo, potem z mulami, krewetkami, krążkami kalmarów w cieście, następnie z tortillą, jakimś kurczakiem, i na koniec tort ozdobiony świeczkami i zimnymi ogniami. Nie o jedzenie tam w końcu chodziło, choć to też było smaczne.

Teatrątko

Napisać, że w teatrze byłam, to byłaby drobna przesada – byłam otóż w teatrątku (czy ja wspominałam już kiedyś, że kocham język polski?) Teatrątko wciśnięte jest w typowo paryski zaułek, salka wyposażona w nie więcej niż 30 też niewielkich krzesełek i scenkę, tylko reflektory chyba normalnych rozmiarów. Sztuka też była miniaturowa, na dwa sześciany i dwie aktorki (skoro istnieje monodram, to czy w tym wypadku można powiedzieć, że to był duodram?), współczesnego nieznanego autora, a byłam tam poniekąd po znajomości, bo jedna z aktorek to Polka. Trochę się tego wszystkiego obawiałam, bo mam lekkie uczulenie na kiepską grę aktorską – i ku mojemu przyjemnego zaskoczeniu strach był nieuzasadniony. Rzecz jest o dwóch paniach różnych od siebie jak niebo i ziemia, które są w komitywie, bo razem siedzą w wariatkowie. Oczywiście porównanie do „Lotu nad kukułczym gniazdem” jest nieuniknione, ale mimo to obejrzałam z przyjemnością, trochę się pośmiałam, a pod koniec nawet się wzruszyłam, bo one obie umiały sprawić, że polubiłam te postaci. Na przyszłość należy zapamiętać: jeśli aktorka Wam mówi, że zmywanie makijażu potrwa tylko dwie minutki, to nie wierzyć. Co najmniej 20 minut. Ale ciekawie było z nimi potem zamienić parę słów. Już były w cywilu, a jeszcze pełne emocji scenicznych.