O rodzynkach

Parę miesięcy temu, przed urodzinami mojego potomka, testowałam ciasto na tę okazję, i przyniosłam wypiek do spróbowania koleżance, która ma trójkę maluchów i jest moją guru. Zwykły, zdawało mi się, murzynek. Koleżanka ugryzła, spojrzała na ciasto ze zdumieniem, spojrzała na mnie z jeszcze większym zdumieniem
– Rodzynki?!
– No… tak… – zająknęłam się, usiłując zrozumieć co może być nie tak z rodzynkami w murzynku. Może ona ma uczulenie na rodzynki, a ja zapomniałam?
– Rodzynki w cieście czekoladowym? – powtórzyła, najwyraźniej nie mogąc się pogodzić z tą barbarzyńską koncepcją.
– Tak. JA tak robię zawsze – postanowiłam nagle być stanowcza, no bo co w końcu.
Od tego czasu Anne-Sophie przekonana jest, że w Polsce do każdego ciasta dodaje się rodzynki (i wódkę, ale to zupełnie inny temat). Nie rozwiałam jej wyobrażeń, bo faktycznie, w makowcu od Bliklego, który im ostatnio przywiozłam, rodzynki były. Sernika bez bakalii też sobie nie wyobrażam.
– To do czego właściwie WY dodajecie rodzynki? – zapytałam kilka dni temu, kiedy temat znowu wrócił. Dwoje francuskich Francuzów pochodzenia bretońskiego popatrzyło na siebie z namysłem.
– Do kuskusu… – stwierdzili w końcu.

Kulinarnie

Powiadam, że szaleństwo to jest. W ciągu trzech godzin na mieście dziecko me otrzymało
– lizaka od sprzedawcy w kiosku
– ciasteczko od kelnera w knajpie, którą poszło zwiedzać na własną rękę
– cukierka od sprzedawczyni w innym sklepie
– piłeczkę od sprzedawcy w sklepie z pamiątkami, gdzie normalnie nie bywam, ale okoliczności mnie tym razem zmusiły.
Nie licząc jakiegoś miliona ciasteczek z anyżkiem, upieczonych przez moją alzacką znajomą. Myślę, że po prostu przestanę go karmić, i nieźle na tym zaoszczędzę.

Ciasteczka z anyżkiem dobrze pasują do le grand vin de Bordeaux. Jak również paluchy serowe mojego własnego wyrobu.

B Ó B

Ludzie, nie uwierzycie.
Cud!
Kupiłam BÓB.
Prawdziwy, świeży BÓB.

Uparłam się w tym roku na zdobycie ukochanego warzywa tak, że od razu w
głowie mi się neon zaświecił na widok intrygujących dużych zielonych
strąków wystawionych na sprzedaż, chociaż nigdy jeszcze nie widziałam
bobu w tej postaci. Nadłamałam jeden paznokciem, i w środku istotnie
było to, co być powinno. Mimo emocji wąż w kieszeni był na miejscu i
pognałam do kasy pytać, ileż to moje szczęście kosztuje – nad strąkami
nie było ani nazwy ani ceny – ale nijak nie mogłam się dogadać z chińską
kasjerką. Nazwa, którą ja uważałam za właściwą w języku francuskim,
najwyraźniej nic jej nie mówiła, a odpowiednika chińskiego nie znam.
Pomyślałam w desperacji „a co mi tam, nawet jeśli z 10 € kosztuje, i tak
przecież muszę„, i poszłam napełnić strąkami foliowy woreczek.
Przy kasie okazało się że 2€ za kg, przy czym większość z tego kilograma
to strąki, a kiedy już zapłaciłam, chińska kasjerka objaśniła, że
sprzedają również łuskany, i pokazała woreczek całkiem jak w Polsce,
tylko malutki. Wkrótce zatem pierwszy raz w życiu wyłuskałam sobie bobu,
a następnie go zeżarłam z zachwytem. A wiedzieliście, że te strąki są w
środku wyściełane taką mięciutką warstwą jak gąbeczka?

Pizza

Po paru dniach jedzenia potraw francuskich, chińskich, japońskich, tajskich i podobnie egzotycznych (N naściągał oryginalnych składników stamtąd, trochę dokupił na miejscu, i pichci przedziwne, zaskakująco smaczne połączenia) nieśmiało proponuję dla odmiany pizzę. Otrzymuję zgodę, więc wyciągam z szafki mąkę, a gość na to robi wielkie oczy
– Och, to ty robisz pizzę from scratch!
Po czym dodaje, że w Ameryce słowo pizza oznacza raczej wyciągnięcie mrożonej z zamrażalnika.

Różowy weekend

Przez cały weekend spożywałam krewetki, zostaliśmy bowiem znienacka obdarowani potworną ich ilością, a krewetka wiadomo – nie ziemniak i w piwnicy pół roku nie poleży. W dodatku podobno były bio, ale ja się nie znam i pojęcia nie mam czym się różni krewetka bio od nie bio, oraz nie chcę nawet mieć pojęcia. W każdym razie były smaczne, chociaż jedzenie krewetki wymaga wykonania czynności barbarzyńskich, jak to oderwania jej nóżek i głowy, co budzi we mnie delikatny wewnętrzny protest, ale go zagłuszyłam winem. Oczywiście pod kolor krewetek, różowym z doliny Loary. Poza tym niech Państwo raczą pamiętać: gdyby przyszło Wam spożywać krewetki, to pozostałe po ich spożyciu resztki (znaczy te nieszczęsne oderwane głowy i łapy) należy natychmiast ściśle zamknąć w torbie foliowej i wynieść gdzieś daleko. Bo jeśli beztrosko wyrzucicie je do kosza na śmieci, to następnego ranka obudzicie się z wrażeniem, że śpicie w sklepie rybnym. Dawno nie sprzątanym. Ani nawet nie wietrzonym.

Jak już całkiem nie mogłam patrzeć na krewetki, to przerzuciłam się na truskawki. Istnieje jedyna słuszna metoda spożywania truskawek. Należy je mianowicie umyć, wrzucić do miseczki i każdą z osobna zgnieść widelcem. Następnie należy wrzucić do tego łyżkę albo dwie dobrej śmietany, dorzucić szczyptunię cynamonu i wszystko wymieszać. Uzyskuje się breję w kolorze, a jakże – różowym, która to breja zachwyca swym smakiem znacznie bardziej niż wyglądem. Na wszelki wypadek podkreślam, że cukier do truskawek to jest takie samo nieporozumienie jak cukier do kawy. Takiego barbarzyństwa dopuszczają się jedynie ludzie małego ducha, o niedorozwiniętych kubkach smakowych.

Japoński szwedzki stół

Nasz Japończyk lokalny wprowadził nowość. Buffet à volonté, znaczy
szwedzki stół, ale trochę nietypowy. Na stole leży specjalne menu, mniej więcej 50
pozycji w nim, a człowiek dostaje kartkę z tymiż 50-cioma pozycjami
oraz ołówek, i zaznacza sobie na kartce, co mianowicie życzy sobie
zjeść i ile (od jednej do pięciu sztuk, przy czym sushi i maki z natury
swej występują oczywiście już w parach). Następnie kartkę zabierają, a
zamiast niej serwują zamówienie. Kosztuje ta przyjemność 17,90
wieczorem, a bodaj 12 w południe, co nie jest oczywiście bardzo tanio –
ale niech mi kto powie, gdzie można się taniej najeść świeżego pysznego
sushi bez ograniczeń, a na pewno skorzystam. Do wyboru było niemal
wszystko, poczynając od mojej ukochanej zupy miso (zastrzelcie mnie,
nie wiem czemu tak ją lubię, skoro ja w ogóle nie lubię zup – pewnikiem
ta jest zrobiona z glutaminianu sodu, ale już trudno), przez wszelkie
maki, temaki, sushi (wzięłam sobie sushi z ostrobokiem pospolitym, aha)
i sashimi, szaszłyki z różnych rzeczy, tempurę z ryb i warzyw (z
marchewki genialna), udon (azjatycki jeden garnek, zupa z masą
różności) i nie wiem co jeszcze. Nigdy w życiu się tak potwornie nie
objadłam tak różnorodną japońszczyzną. Obiecanie, że ja jeszcze tu
wrócę, wyszło mi całkiem naturalnie i w zasadzie się dziwię, że nie
obiecałam od razu tam zamieszkać. Żeby mi tylko nie zbankrutowali…

O jedzeniu. Znowu.

Poużalałam się tu dopiero co na najgorsze urodziny mego życia, to gwoli sprawiedliwości odnotuję, że dwa dni później kazałam się zabrać do knajpy, i wybrałam sobie crêperie niedaleko nas, cośmy w niej nigdy jeszcze nie byli. Crêperie to miejsce, gdzie serwują naleśniki rodem z Bretanii, na słono zazwyczaj z mąki gryczanej, a na deser na słodko z pszennej. Weszliśmy, siedli, dali nam karty, i wpadłam w stupor, gdyż do wyboru było tam lekko licząc ze sto rodzajów naleśników (no dobrze, może nie sto, ale z 80 to na pewno), i takiego rozpasania to ja jeszcze nie widziałam na oczy me, bo zazwyczaj proponują tak z siedem. Albo góra dziesięć. Niby to wszystko kwestia odpowiedniego żonglowania posiadanym tuzinem składników i nadania wymyślnych nazw (ja zamówiłam ouessantine i najpierw trenowałam wymowę przez pięć minut), ale zawsze. Wybór zajął nam dobry kwadrans. Realizacja zamówienia nastąpiła szybciej niż sądziłam, mimo napełnienia sali głodomorami do granic wytrzymałości; kelner był przeuroczy, dowcipny, obecny acz nie nachalny, a jedzenie było świetne. Z rozkoszy skonałam nad deserem, zażyczyłam sobie mianowicie naleśnika skarmelizowanego, zwał jak zwał, ale zawierało to DUŻO calvadosu, skorupkę ciepłego karmelu na wierzchu i takiej pyszności to ja bardzo dawno nie miałam w ustach. Lub może nawet wręcz nigdy. Do tego rzeka cidru, który był bardzo dobry, i chociaż na początku mej francuskiej przygody nie przepadałam za cidrem, uwazając że jest to zepsuty sok jabłkowy (daleko od prawdy nie byłam), to teraz go nawet lubię, jeśli dobry. Ten był znakomity. Nigdy nie pojmę, czemu w Polsce, w końcu krainie jabłek, nie robią cydru ani calvadosu. Summa summarum, posiłek był idealny. I teraz jestem rozdarta między pragnieniem powrotu do tej knajpy (najlepiej teraz zaraz natychmiast), a obawą, że drugi raz już nie może być taki udany…