Polin i Centrum Kopernika

Polin prezentuje historię obecności Żydów na ziemiach polskich, chronologicznie, i robi ogromne wrażenie, ponieważ większość eksponatów jest interaktywna. Dzięki temu ogrom informacji nie przytłacza, bo można spędzać całe kwadranse przeglądając książki w bibliotece, sprawdzając, czy nadawalibyścmy się na poddanego któregoś władcy terenów Polski po rozbiorach, handlując towarami przewożonymi przez żydowskich kupców na początku ery, i tak dalej. Spędziliśmy tam ładne parę godzin, a mam poczucie niedosytu, i na pewno wrócę. Wzięłam audioprzewodniki, które się okazały praktycznie nieprzydatne, bo wszystko jest starannie objaśnione po polsku i angielsku.

Oczywiście znam Cité des Sciences, paryski odpowiednik Centrum Kopernika, ale i tak byłam absolutnie zachwycona. Najbardziej mnie urzekła mała komora próżniowa, do której nalewa się odrobinę wody, wypompowuje powietrze i obserwuje, jak natychmiast woda zamienia się w lód. Nie przyznam się, ile tam siedziałam. Potem z zapałem testowałam Elektrybałta, bawiłam się żyroskopami, pocztą pneumatyczną, elektrycznością… i wszystkim innym. Byliśmy też na ostatnim ubiegłorocznym seansie w planetarium, gdzie oprócz filmu pokazane jest niebo i znajdujące się na nim gwiazdozbiory. Połowa piętra była zamknięta z powodu przebudowy, co oznacza, że mam powód, żeby tam wrócić – nie żebym go naprawdę potrzebowała.

Śniło ci się

Kierując się własną dsową logiką, której patronuje Hamlet i jego szaleństwo, zabrałam się w takim razie za… drugi tom tegoż Holta, „Śniło ci się”. Otóż nie mogłam uwierzyć, że ktoś w ogóle chciał mu ten drugi tom wydać, i że coś może być jeszcze gorsze od pierwszego. I słusznie nie mogłam. Ten drugi jest co najmniej o dwie klasy lepszy, poza okropnym pierwszym rozdziałem, ale ten streszcza pierwszy tom, więc właściwie lekturę tegoż można sobie szczęśliwie odpuścić. Autor wpadł na to, że przenośne drzwi są gadżetem, który może absolutnie rozwalić akcję, i chytrze się ich pozbył, wprowadził natomiast logikę „ratujcie se świat, ale poza godzinami pracy, w nich bowiem macie przynosić firmie zyski”, i to działa. Bank Umarłych jest rozwinięty w naprawdę fajny sposób i nawet zakończenie dało radę. Zupełnie przyjemne czytadło.

Szewc z Lichtenrade; Przenośne drzwi

Zbiorem opowiadań Pilipiuka „Szewc z Lichtenrade” zostałam obdarowana, a jak wiadomo darowanemu Pilipiukowi zagląda się w literki. Pilipiuk jaki jest, każdy widzi: bardzo płodny, pomysłów trochę ma, czyta się go równie szybko jak on pisze, i generalnie byłoby nieźle, gdyby nie bardzo mocne odchylenie pisowsko-oszołomowe, które tutaj niestety w lekturze przeszkadza bardzo, bo żadnego uzasadnienia w tekście nie ma. Niektóre fragmenty wyglądają jak pisane przez zapalczywego licealistę, który coś usłyszał od politycznie zaangażowanych rodziców, a coś sobie sam wykombinował, i daje się ponieść młodocianej energii. Szkoda, bo Pilipiuk ma sporą wiedzę na różne dziwne tematy i potrafi ją wykorzystać, mogłoby to się czytać znacznie lepiej, a tak jednak niesmak.

Wyjdzie zaraz, że wpadłam w jakiś ciąg narzekania, ale Holta „Przenośne drzwi” nie podobały mi się również, i tu pretensję mogę mieć tylko do siebie, bo czytałam przestrogi przed tym utworem. Uznałam jednak beztrosko, że przecież de gustibus, i a nuż nie będzie wcale takie złe. Zaczyna się nawet nieźle: dwoje nieudaczników dostaje pracę w dziwnej firmie, i między innymi mają skatalogować magazyn, gdzie są na przykład mapy kopalni króla Salomona. Okazuje się, że firma zajmuje się świadczeniem usług magicznych, a w ogóle opanowana jest przez gobliny. Dobry pomysł, ale zupełnie źle wykorzystany. Zaczęłam głośno jęczeć, kiedy Paul znalazł tytułowe przenośne drzwi, którymi można przejść w dowolne miejsce i czas, i wykorzystał je do… picia kawy w Turcji albo Wenecji. Dalej niestety nie jest lepiej, a raczej wprost przeciwnie. Intryga na siłę zmierza do wymęczonego końca, a bohaterowie są coraz bardziej irytujący. Nie popełniajcie mojego błędu i trzymajcie się od tego dzieła z dala, to już lepiej przeczytać dowolnego Gaimana po raz setny.

Trzynasta opowieść

Będę jeszcze grzebać w tym szablonie, oraz nie wykluczam przenosin gdzie indziej, jeśli się nie dogadam z wordpressem, ale już tu wygląda nieco bardziej swojsko, prawda? To teraz będzie o książkach, bo dawno nie było i zaległości mi się porobiły.

Na wakacjach przeczytałam lekturę wakacyjną, „Trzynastą opowieść” Diane Setterfield (bo mi Zuzanka kazała… znaczy, zachęciła). Początek kojarzył mi się nieco z Amélie Nothomb, którą bardzo lubię, czytuję namiętnie, i o której książkach nigdy nie piszę, bo to się nie da. Nothomb jest jednak znacznie bardziej zwięzła i odrealniona. Ujęło mnie też oczywiście od razu, że narratorka jest córką antykwariusza i kocha książki. Pewnego dnia otrzymuje propozycję spisania biografii umierającej niezwykle sławnej pisarki, Vidy Winter, która nigdy nikomu nie powiedziała prawdy o swoim pochodzeniu. Teraz powie. Dostajemy opowieść szkatułkową, bo narratorka też ma parę rzeczy o sobie do odkrycia, a dodatkowo włączają się wątki poboczne. Wciąga do ostatniej strony. Akcja umieszczona jest wyraźnie przed erą komórek i Internetu, informacji należy poszukiwać w archiwach i almanachach, a żeby z kimś pogadać, trzeba do niego pojechać. Zastanawiałam się, co mi tak w tym nie pasuje, mówiąc sobie, że może to jest po prostu powieść z lat 80 albo i wcześniejszych; ale nie, podskórne przeczucie, że to tylko stylizacja, się sprawdziło. Jest z 2006.

Trochę mnie drażniło to amerykańskie przekonanie, że każda rodzina ma swoją tajemnicę i nieznanych krewnych, dobre w serialu, w życiu chyba nieco mniej. Po czym sobie przypomniałam, że nie tak dawno gadałam ze szwagrem o własnej rodzinie: oprócz siostry rodzonej mam czworo rodzeństwa przyrodniego z trzech matek innych niż moja, a jedna z tych matek zadzwoniła kiedyś do mojej wyznając jej podziw, po czym popełniła samobójstwo. Szwagier za to rzekł, że on wie o trzech braciach przyrodnich, z których żaden nie pochodzi z Polski, tymczasem jego ojciec całe życie jest żonaty z jedną kobietą. Kiedy o swojej rodzinie zagadałam do koleżanki, ta najpierw się zdumiała, po czym rzekła, że ona wprawdzie brata przyrodniego ma tylko jednego, ale za to ojciec aktualnie żonaty jest po raz czwarty, z kobietą młodszą od niej. Wygląda na to, że to jednak życie, a nie seriale i powieści.

Człowiek z wysokiego zamku

Wtem przeczytałam „Człowieka z wysokiego zamku” Dicka, gdyż sam do mnie przyszedł w nowym bardzo ładnym wydaniu Rebisu. Nie była to moja pierwsza lektura tego dzieła, ani nawet piąta, ale od ostatniej minęło już lat naście, i bardzo ucieszyłam się perspektywą kolejnej. A także lekko zaniepokoiłam, jak też po latach wypadnie konfrontacja z najlepszą książką Dicka, ale niepotrzebnie. Nadal jest znakomita. Mamy tu historię alternatywną – są lata 60-te, lecz to Niemcy i Japonia wygrały wojnę, podzielone Stany są pod okupacją japońską, a w Rzeszy wybierany jest nowy kanclerz po śmierci Bormanna. Dick fantastycznie wygrywa zderzenie mentalności, kultur Wschodu i Zachodu. Przemyca tam również patriotyczne wstawki o rzeczywistej wyższości swego narodu, ale robi to na tyle subtelnie, że mieści się w konwencji i dodaje wiarygodności postaciom. A z drugiej strony widać jego fascynację I-Ching, do której odwołań jest tu niemal na granicy wytrzymałości czytelnika.

Typowa dla Dicka jest narracja rozbita na kilku równorzędnych bohaterów i częste zmiany punktu widzenia, co jeszcze urealnia świat przedstawiony. Na deser mamy drugą cechę charakterystyczną dla tego pisarza: podejrzenie, że świat nie jest prawdziwy. Pomysł doprowadzony w jego twórczości (i życiu) do obesji, ale akurat tutaj jest wisienką na torcie, ledwie zasygnalizowany pod koniec, i tak zostawiony w zawieszeniu. Olśniewająca książka, niewątpliwie jedna z najznakomitszych w szeroko pojętym gatunku fantastycznym, i jedna z największych również w całej literaturze dwudziestowiecznej. A teraz niech do mnie przyjdzie „Ubik”.

The woman who died a lot

Gdyby mi ktoś kazał zdefiniować gatunek literacki uprawiany przez Fforde’a, to podałabym następującą formułę: 33% fantastyki, 33% kryminału, 33% satyry, i 1% szaleństwa. Jest niewątpliwie pokrewny Pratchettowi i Douglasowi Adamsowi, ale już ci dwaj są wystarczająco różni od siebie, a Fforde też właściwie do żadnego nie jest podobny. W każdym razie siódmy(!!) tom Thursday Next, „The woman who died a lot”, jest co najmniej równie dobry niż poprzednie, a od niektórych nawet lepszy. Fforde wraca tu do starej dobrej formuły, czyli mamy ulubioną bohaterkę wraz z rodziną oraz reaktywowane oddziały SpecOps, literackich detektywów, ale nie pod wodzą Thursday, która otrzymuje prestiżowe stanowisko Chief Librarian. Że to nie brzmi ciekawie? Tym razem jednak tak: jesteśmy w świecie, gdzie biblioteki i bibliotekarze się liczą być może najbardziej ze wszystkich instytucji, a czytanie książek jest dla obywateli ważniejsze niż odżywianie się. Rozumiemy się z Ffordem, jak widać, i gdyby tylko przenosiny do jego świata były możliwe…

W tym tomie dość szybko wiemy więcej niż Thursday, narratorka, i to jest wyjątkowo irytujące. Znacie pewnie to uczucie, kiedy czytelnik powtarza bohaterowi „otwórz oczy, zobacz, to on kopie pod tobą dołki, no zobacz!”i może tylko dalej bezradnie czytać, bo bohater nijak nie chce usłyszeć. Jak znam Fforde’a, to zabieg był celowy, żeby raz jeszcze kazać się zastanowić nad relacją dzieła i odbiorcy, bohatera papierowego i czytelnika. Ale oczywiście można sobie tym nie zawracać głowy i bawić się tylko satyrycznymi wstawkami oraz śledzić intrygę kryminalną. Zapewnienie na okładce, że to jest książka wielopoziomowa, jest wyjątkowo prawdziwe.

I jeszcze jedno: nader rzadko zdarza się w literaturze rozrywkowej bohaterka, która ma 54 lata, dorastające dzieci, i w dodatku świeżo po poważnym wypadku, więc wszyscy jej mówią, że musi zwolnić tempo, a ona czuje na karku oddech młodszych, mówiących bez ogródek, że zamierzają być jak Thursday, tylko lepiej. Nie bardzo wiem jak Fforde’owi udało się poruszyć ten delikatny temat, ale udało się. Zwalniałam tempo lektury jak tylko mogłam, żeby dłużej się delektować. Na ostatniej stronie na twarz wypłynął mi jednak szeroki, radosny i szczery uśmiech, kiedy przeczytałam, że Thursday powróci w tomie ósmym. Jest na co czekać.

„Wspomnienia i podróże” Żeromskiej

Rozumiem, dlaczego niektórzy uprzedzali, że kolejne tomy Żeromskiej są nudne. W trzecim skupia się, zgodnie z tytułem, na podróżach do Izraela i Włoch, opisując je z niewiarygodną ilością szczególików i drobiażdżków. Rozumiem, prowadziła notatki na bieżąco, z myślą o matce i swoim partnerze życiowym; ale mimo wszystko, zaskakuje mnie spisywanie, w jaki sweterek się ubrała, jaką sukienkę kupiła, gdzie, za ile. I nie że raz, jedną szczególną, bo to byłoby oczywiste: tych sukienek i sweterków tam się przewija co najmniej kilkanaście. A jednak lektura nie nudzi (może czasem nieco nuży), bo poza tym Żeromska ma fantastyczny dar obserwacji, i niektóre jej opisy są lepsze niż rzeczywistość, cudownie plastyczne. Bardzo lubię jej opisy malarstwa. Uwielbiam, jak znienacka wsadza drobną złośliwostkę na koniec poważnego akapitu. Zastanawiałam się w trakcie lektury, czy nie przydałaby się temu jakaś redakcja, żeby to nieco skondensować: ale to by się nie dało bez odebrania jej potoczystości stylu. Poza tym czuję pokrewieństwo duchowe z tą panią w wieku mojej babci, bo ona też się wszystkim zachwyca. Oprócz tego, czym się nie zachwyca, ale wtedy wyjaśnia dlaczego, co lubię bardzo.