Żeromska

Drugi tom
wspomnień Żeromskiej prawie wykończył mnie psychicznie, choć sądziłam, że
twarda jestem, wychowana na Krallównie, Herlingu, Brzozowskim, kim tam jeszcze,
i wiem już wszystko o okropnościach wojny. Nie. W momencie, kiedy mieszkała z
matką w piwnicach pod Starym Miastem, po prostu skończyła mi się wyobraźnia. Czytałam
literki, za którymi nie było niczego, a to zdarza mi się nader rzadko. Nie
umiem przyjąć do świadomości łóżka stojącego przy dziurze w ścianie, którą
bezustannie ciągnęły oddziały wojsk i zahaczały karabinami o łóżko. I nie wiem
co było gorsze: plastyczne, drobiazgowe opisy ginącego miasta (mojego miasta w
końcu), czy kiedy się Powstanie skończyło i zobaczyły ludzi, którzy 6 lat wojny
przeżyli spokojnie w jakiejś swojej wsi, i nie mieli pojęcia, że w ogóle jakaś
wojna była. Przyznaję, ryczałam na co drugiej stronie, bez żadnej przesady,
chociaż wiedziałam, że przecież wojna się skończyła i Żeromska wyszła z tego
cało, ale co z tego. Absolutnie niewiarygodna jest jej pamięć szczegółów. Nawet
jeśli pisała to zaraz po wojnie, a nie sądzę, to mimo wszystko: niemal dzień po
dniu, kogo gdzie spotkały, o czym rozmawiały itd. Na tym tle poszukiwanie
rękopisów Żeromskiego w gruzach kamienic nie robi już właściwie żadnego
wrażenia. Doskonała lektura, ale do przyjemnych nie należy.

Rok potopu

Powieść „Oryks i Derkacz” podobała mi się bardzo, a Atwood w ogóle od
dawna ogromnie lubię, cenię i uważałam za poważną kandydatkę do
literackiego Nobla. Nie rozumiem więc zupełnie, dlaczego „Rok potopu”
przenosiłam miesiącami z łóżka na stół, ze stołu na komodę, nie mogłam
się zdobyć, żeby ją w ogóle otworzyć,  i bezustannie znajdowałam sobie
inne lektury. W końcu otworzyłam, przeczytałam jedną kartkę i zamknęłam
książkę, kompletnie nie rozumiejąc, o co mi chodzi. I nadal nie wiem, o
co mi chodziło, bo tego samego dnia o północy musiałam się siłą odrywać od strony 250.
Jak się już zacznie, to lektura wciąga, chociaż oryginalne to nie jest.
Nie jest to ciąg dalszy „Oryksa i Derkacza”, tylko historia równoległa.
Mamy życie po Bezwodnym Potopie, i w latach przed, relacjonowane przez
dwie kobiety na zmianę, przy czym akcja skupia się głównie na
przeżyciach Ren jako dziewczynki dorastającej w sekcie Bożych
Ogrodników, ekologów-wegetarian. Tekst powieści jest przeplatany ich
kazaniami i pieśniami (przyznaję, nie we wszystkie się wczytywałam). I
wszystko fajnie, czyta się znakomicie, świat jest bardzo plastyczny jak
to Atwood potrafi, akcja się rozwija, kulminuje, iii… i po zamknięciu
książki zorientowałam się nagle, że według Atwood kataklizm przetrwali
właściwie tylko Boży Ogrodnicy, nie bardzo wiadomo czemu. Bo tak. Bo nie
krzywdzili zwierzątek i umieli hodować roślinki, chyba. A inżynieria
genetyczna jest z gruntu zła, wiadomo, i to wszystko przez nią. Jakby to
był debiut jakiegoś obiecującego dwudziestolatka z lat 60-tych wieku
ubiegłego, to niech będzie, ale to jest powieść Atwood, z wieku XXI,
która ma na okładce porównanie do Orwella, doprawdy nie wiem skąd
wytrzaśnięte. Uczucia mam mocno mieszane, bo jest to zdecydowanie za
dobrze napisane jak na treść, którą przemyca. Przeważa jednak
rozczarowanie i lekka irytacja. Chyba że to ma być lektura dla
piętnastolatków, wtedy niech już jej będzie.

Le Gang des mégères inapprivoisées ou comment…

Oryginalny angielski tytuł najnowszej powieści Tome Sharpe’a jest należycie zwięzły: „The Gropes”, natomiast francuski jest tak długi, że ledwie się mieści na okładce, zająłby pół tej notki, i właściwie zupełnie nieźle streszcza akcję. Rzecz o paniach, które przez wieki rządzą w swym mrocznym domostwie mocną ręką, mężczyzn wykorzystując wyłącznie do płodzenia córek. Aż nadchodzi wiek dwudziesty, a nawet dwudziesty pierwszy… no właśnie. To jest problem, a może właśnie urok, tej książki. Teoretycznie czasy mamy współczesne, bo mowa o Al-Kaidzie, ale Sharpe miał chyba już pod osiemdziesiątkę pisząc to i nie zauważył, że czasy się nieco zmieniły. Żaden bohater nie ma telefonu komórkowego. Kiedy jeden z nich chce potajemnie kupić bilet na statek, przebiera się i idzie do agencji turystycznej zamiast kafejki internetowej. Dziwne to robiło wrażenie, ale poza tym czytadło dość sympatyczne, choć oczywiście nie na miarę „Wilta”. Taka… poniekąd Chmielewska w innych realiach.

Niuch

Kolejny raz nie mogę się nadziwić, że trzydziesta dziewiąta książka z cyklu może ciągle być taka dobra, i to nawet biorąc pod uwagę, że Pratchett pisze w kółko o tym samym. Znam licznych, którzy piszą ciągle o tym samym, a wcale poziomu nie trzymają. W dodatku to jest książka pisana przez człowieka z Alzheimerem, czego kompletnie już nie ogarniam (jakoś wielu rzeczy ostatnio nie ogarniam, ale to i dobrze, inaczej byłoby nudno na tym najlepszym z możliwych). Zamiast autora drobną wpadkę zalicza tu nasz ukochany tłumacz PWC, który najpierw Bewilderforce’a Gumptiona nazywa Sprytel, a po 100 stronach nagle wraca do angielskiej wersji nazwiska. Poczułam się mocno zbita z tropu, ale jedną wpadkę na 39 książek można wybaczyć.

Oczywiście ja muszę kochać Pratchetta, bo jego spojrzenie na świat jest moim, i prawdopodobnie kochałabym go nawet, gdyby napisał książkę telefoniczną, ale przyznaję, że „Niewidoczni akademicy” byli jednak nieco słabsi. „Niuch” nie jest. Może ma nieco przegadane dialogi, ale całą resztę ma na właściwym miejscu, w tym Vimesa, który jakoś wyrósł na najważniejszego bohatera Świata Dysku, chociaż długi czas wcale nie rokował. Dość rzec, że mam ogromną ochotę ponownie przeczytać „Straż! Straż!”, w której Vimes poznaje Sybil, bo mam wrażenie, że jej nie doceniłam. A poza tym „Niuch” to kryminał, zupełnie przyzwoity, z trupem, solidnie uzbrojonymi ludźmi, nie tylko ludźmi, a nawet przemytem narkotyków. Oraz demonem składającym zeznania. Samo życie. Aha, i jeszcze jest Mały Sam, lat prawie sześć, mocno zafascynowany produktami przemiany materii. Nie jestem pewna, co mogą o tym myśleć osoby, które nie posiadają na stanie własnych nieletnich zadających pytania typu „a jak siusiają dziewczynki, skoro nie mają siusiaka?”, ale zasadniczo to nie mój problem. Podejrzewałam nawet, że Pratchett zapewne jest dziadkiem pierwowzoru Małego Sama, ale jeśli jest, to google o tym milczy. Zresztą człowiek o takiej wyobraźni i zmyśle obserwacji nie musi koniecznie zaraz doświadczyć wszystkiego na własnej skórze.

Abdel raz jeszcze

Po namyśle, jeszcze a propos książki Pozzo di Borgo, to najbardziej mnie w tym wszystkim dziwi, że naprawdę zaufał Abdelowi. Miał kasę – musiał mieć wybór wśród ludzi odpowiednio szkolonych, a miał tej osobie powierzyć swoje zdrowie (hmm, jego resztki, tym cenniejsze) i właściwie życie. Nie umiem sobie wyobrazić, co go pchnęło do wyboru chłopaka z przedmieść. Czyżby depresja, w jakiej musiał się znajdować? Nie wiem. Obdarzyli kiedyś Państwo kogoś zaufaniem wbrew rozsądkowi i pierwszemu wrażeniu? Jak to się skończyło?

Le second souffle

Złapałam „Le second souffle” („Drugi oddech”) Philippe’a Pozzo di Borgo, na podstawie której nakręceni zostali „Nietykalni”, bo jednak cały czas przekonana byłam, że scenarzyści niejedno dopisali, żeby bardziej filmowo było. Otóż nie. Wprost przeciwnie: oni złagodzili mu losy, bo inaczej nikt by nie uwierzył, i nie dałoby się tego oglądać. Oto młody bogaty wykształcony arystokrata spotyka młodą piękną dziewczynę, swoją żonę Béatrice, mają wszystko i życie przed sobą, a ona przechodzi pięć poronień, po czym diagnozują u niej raka, i powoli umiera, a przed śmiercią jeszcze musi się opiekować całkowicie sparaliżowanym mężem. Przy czym jedną ciążę straciła, gdy dziecko umarło w siódmym miesiącu. Musiała je urodzić drogą naturalną, a pięć minut później wszedł urzędnik, pytając jak nazywa się zmarły. Wierzę w to święcie, bo po pierwsze nikt by nie był w stanie czegoś takie wymyślić, a po drugie do mnie również na salę porodową wparowała osoba urzędowa trzy minuty po fakcie z pytaniem o nazwisko nowego obywatela. W tamtym momencie dziecko moje mogło zostać nazwane Hieronim Brzęczyszczykiewicz, nie zrobiłoby mi to żadnej różnicy. Zresztą właśnie dlatego ostatecznie nazywa się nie całkiem tak, jak miało, aczkolwiek na szczęście nie Hieronim.

Wracając do książki, „Love story” i Janusz Leon razem wzięci wysiadają, i nie można nawet sobie ponarzekać od serca, bo to przecież sama prawda i nikt tego nie wymyślał, żeby łzy z ócz czytelników wyciskać. Prawdziwy Abdel jest natomiast znacznie bardziej brutalny i dużo mniej sympatyczny niż filmowy Driss, a jednak musi mieć serce na właściwym miejscu. Trochę zaskakujące, że bez przerwy powodował stłuczki, nigdy za to żadnych konsekwencji nie ponosząc – czyli jednak pieniądze Philippe’a mogły dużo. Oraz owszem, faktycznie sprowadzał pracodawcy panienki. W ogóle o fizjologii tu dużo i bez ogródek. Zdumiało mnie to nieco, bo mgliście spodziewałam się książki podobnej do przeintelektualizowanych filmowych listów do Eleonory. Największe wrażenie robi na mnie nieodmiennie, że facet to wszystko przetrwał, a nawet, jak sam twierdzi, odnalazł smak szczęścia.

„Le second souffle” uzupełniony jest w tym wydaniu nowym tekstem, „Le diable gardien”(„Diabeł stróż”), pisanym już po filmie, więc w moim odczuciu mniej wartościowym, bo zdaje mi się, że bohater chce się teraz upodobnić do aktorów i scenariusza, może i podświadomie. W tej części pojawiają się fragmenty listów do Clary, o której nic więcej nie ma, i podejrzewam, że po prostu Philippe’owi spodobała się filmowa idea Eleonory. Nie żebym mu odmawiała prawa.

Wspomnienia Moniki Żeromskiej

Z moich obserwacji wynika, że ludzie się dzielą na tych, co w Paryżu się zakochują od pierwszego wejrzenia, i na tych, co nigdy. Monika Żeromska należała do tych drugich, kochała natomiast gorąco Rzym, Londyn i swoich rodziców. Szczodrze dzieli się tą miłością oraz mnóstwem innych uczuć i obserwacji w pierwszym tomie swoich wspomnień. Zaskoczyła mnie narracja : żadnego podziału na rozdziały czy etapy życia, ponad dwieście stron ciągłym tekstem, co dodatkowo utrudnia oderwanie się od lektury. A powtarza się chyba tylko raz. Zazdrościłam jej bardzo, że miała 20 lat w dwudziestoleciu międzywojennym, że suknie, bale, zwiedzanie świata, muzea, malowanie, pływanie na polskich transatlantykach (między innymi z kapitanem Mamertem Stankiewiczem!). Zdecydowanie mniej zazdrościłam ostatnich stron, już wojennych, bardzo przejmujących. Notabene wdać u niej to samo, co w dzienniku Virginii Woolf : oni nawet w 1939 nie wierzyli w wojnę, myśląc że Hitler przecież nie posunie się aż tak daleko, że przecież XX wiek, Europa, cywilizacja… Przerażające to jest z naszej perspektywy, i nie wiem czy wyciągamy z tego dostateczne wnioski. A przedtem w trakcie lektury niejednokrotnie wybuchałam radosnym chichotem, bo Żeromska ma fantastyczny zmysł obserwacji i poczucie humoru, również na własny temat. Nadzwyczajna opowieść, nie mogę się doczekać kolejnych tomów.