Wracając przez Lasek Buloński

Tym razem byłam przygotowana na widoki w Lasku Bulońskim, chociaż ta jedna w obcisłym (to nie jest do końca właściwe słowo, ale nie znajduję lepszego) kusym czerwonym lateksie to mi się kiedyś przyśni, i obudzę się z wrzaskiem. Zaskoczył mnie więc kto inny. Wracałam sobie spokojnie rowerem, a tu nagle zatrzymała mnie taksówka jadąca z przeciwka. Na ogół to człowiek zatrzymuje taksówki, ale wiadomo, ja muszę mieć na odwrót. „Ki czort, TAKSÓWKARZ będzie mnie o drogę pytał?!”, zdążyłam pomyśleć z niedowierzaniem, kiedy kierowca wychylił się przez okno.
– S’il vous plaît Madame, gdzie tu można wypożyczyć rower? – zapytał uprzejmie.
– Yyyyy uuuuuuuu mmmmmmm hmmmmmm – odparłam. – Eeeeeeee – dorzuciłam. – No, Vélib przecież jest, i na pewno gdzieś w pobliżu będzie – odzyskałam zdolność myślenia, chociaż tylko częściowo, bo w tyle głowy miałam „TAKSÓWKARZ paryski niby nie wie, że są Véliby? To ukryta kamera jest czy co?!”
– Nie, nie – odrzekł taksówkarz. – Nie Vélib, taki rower jak ten – wskazał na mój pojazd.
– Bardzo mi przykro, ale to mój osobisty rower – uniosłam się nieco dumą – i nie mam pojęcia, gdzie można wypożyczyć podobny…
Zasmucony taksówkarz odjechał, a mnie oczywiście dręczy pytanie, co takiego ma w sobie mój pojazd, że wygląda na wypożyczony. Właściwie to nie wiem, czy chcę znać odpowiedź.

Chciałabym pancerną dętkę

Jeśli się wybierzecie do paryskiego pubu James Joyce, to nie dziwcie się, gdy po pierwszym mojito okaże się, że drugiego nie będzie. Uroczy irlandzki barman (i przeraźliwie młody, czy oni teraz dzieci zatrudniają?) wytłumaczy w języku frangielskim, że urządzenie do kruszenia lodu „ça… c’est… broken!”. No cóż. Do tequila sunrise kruszony lód nie jest na szczęście wymagany. Ale i tak moim ukochanym drinkiem (nie licząc ponadczasowej żubrówki z sokiem jabłkowym, ale tej w ofercie pubu nie było) pozostaje mojito. Już jedno wystarczy, żeby przejąć władzę nad moim mózgiem. I tak, gdy wyszłam z pubu i odkryłam, że mój środek transportu ma beznadziejnego flaka (pięć dni po zmianie dętki), mojito zupełnie się nie przejęło.
– I co z tego, pojedziemy autobusem – oświadczyło radośnie.
– Nie wpuszczą mnie z rowerem, to przecież Francja – zaoponowałam nieśmiało autonomiczną resztką mózgu.
– E tam, nie wpuszczą! – prychnęło mojito, zaprowadziło mnie na przystanek (wiedziało, gdzie jest, w przeciwieństwie do mnie), a kiedy autobus przyjechał, uśmiechnęło się do kierowcy i uprzejmie poprosiło o wpuszczenie z rowerem, gdyż flak. Kierowca bez słowa otworzył środkowe drzwi, i tak ku swemu zdumieniu dojechałam prawie pod dom. Zastanawiam się czy dałoby się moją firmę przekonać, że jeśli zasponsorują mi codzienną dawkę mojito, to będę znacznie lepszym pracownikiem: błyskotliwym, nieustraszonym i twórczym.

O obwodnicy

W Polsce było bardzo fajnie, ale nie będzie o tym. Będzie o obwodnicy. Obwodnica paryska jaka jest, każdy widzi… może nie każdy, ale jak nie
widzi, to się domyśla. Kształtem zbliżona do okręgu, zbudowana na
miejscu osiemnastowiecznych murów obronnych, zdrobniale zwana periphem,
przeważnie zakorkowana. Długości całkowitej ma 40 km, i obowiązuje na
niej ograniczenie prędkości do 80 kmh, surowo egzekwowane przez liczne
fotoradary. Bywa, że dwa pod rząd, co już uważam za czystą złośliwość.
Nie bardzo da się jechać szybciej, nawet jeśli akurat nie ma korka
(czyli być może o trzeciej rano, a i to tylko przy dobrej pogodzie) jeśli nie
chce się za to płacić, zresztą osobiście wątpię w sens. Maksymalnie
obwodnicą jedzie się 20 km, chyba że ktoś w trakcie zmienił zdanie lub
pomylił kierunek, ale przypadkami beznadziejnymi nie będziemy się tu
zajmować. Przy zachowaniu obowiązującej prędkości zajmie to kwadrans.
Przy hipotetycznej setce na liczniku – minut dziesięć, czyli zysku mamy całe pięć
minut, i albo byłoby to nader kosztowne pięć minut, albo trzeba znać na
na pamięć rozkład wszystkich radarów, i odpowiednio przyspieszać i
zwalniać.

Pewnego dnia napotkałam na tejże obwodnicy prośbę, żeby z powodu
zanieczyszczenia powietrza ograniczyć prędkość do 60 na godzinę. 
Dostosowałam się, bo nie miałam żadnego dobrego powodu, żeby tego nie
zrobić. Niestety otoczenie najwyraźniej miało. A Państwo by się
dostosowali?

Paris

Z gośćmi ten problem, że pewnego dnia sobie jadą, a człowiek zostaje i musi jakoś wrócić do pospolitej codzienności, co niełatwe. Ochłonąwszy uzmysławia sobie, ilu rzeczy nie pokazał: a to placu Vendôme (chociaż pamiętałam o nim, cały czas pamiętałam… dopóki nie zapomniałam w ostatnim momencie), a to Villette, kościoła St. Eustache, centrum Pompidou, a to wreszcie szczytu Montmartre, gdzie wtem przy drugim podejściu się okazało, że dojazd na wzgórze został całkowicie zamknięty dla samochodów w dni weekendowe. Wróciłam tam 1 maja, już rozsądnie nie autem, i znalazłam się w zbitym tłumie złożonym prawie wyłącznie z rodaków. Zresztą wyraźnie jednak nie mam na twarzy wypisanej narodowości, bo pan pod Sacré Coeur robiący za biało pomalowany posąg zwrócił się do mnie po angielsku. Uśmiechnęłam się doń i uprzejmie rzekłam „dzień dobry”. Nie żebym prorokinią była: 10 metrów wcześniej podsłuchałam, w jakim języku mówi do innych spacerowiczów. Karuzela pod Bazyliką lipna strasznie, ta pod Eifflicą znacznie fajniejsza, i zabawne rowery stacjonarne są. Rozmaite zdjęcia zobaczyć można u Zuzanki, dzięki której udałam się w końcu na Tour Montparnasse. Jest to 200-metrowy punkt widokowy na wieżę Eiffla, którą obejrzeć można nawet przy fatalnej pogodzie, gdy kasjerki na dole lojalnie uprzedzają, że na górze nie widać niczego. Ale ja tam jeszcze wrócę przy lepszej pogodzie.

1 maja pod Moulin Rouge wypiłam piwo w towarzystwie mych bardzo dawno niewidzianych starych znajomych, który zdążyli obrosnąć w dzieci niewiele niższe od mnie. Przyglądałam im się z ogromną radością, ale i niedowierzaniem, usiłując pojąć, jakim cudem mój stary znajomy poważnie planuje już swoje pięćdziesiąte urodziny. Pięćdziesiąte. Nie żebym cokolwiek miała przeciw pięćdziesięciolatkom, ale kiedy go poznałam, nie miał jeszcze trzydziestki. A jeśli on ma 50, to ja żadną miarą nie mam już dwudziestu. Jedyną zaletą upływu czasu jest to, że człowiek w tym wieku (dwudziestym pierwszym) po prostu siada pod Moulin Rouge i zamawia sobie, na co akurat ma ochotę. Kiedy byłam w Paryżu pierwszy raz, nie było o tym mowy i chyba w ogóle nie wyobrażałam sobie, że kiedyś będzie.

O objawieniach

Zawsze to robię, zawsze, i nigdy nie uczę się na swoich błędach, tylko kolejny raz pakuję się wieczorem na miasto samochodem, optymistycznie myśląc, że tym razem na pewno będzie lepiej niż zwykle, bo niby czemu nie. W 9 przypadkach na 10 bynajmniej nie jest lepiej, czyli jest korek na obwodnicy, a kiedy się wyjeżdża z obwodnicy nie w tym miejscu, w którym się zamierzało, to tam też oczywiście jest korek i można się zastanawiac, który jest gorzy, ale to donikąd nie prowadzi. Wyprowadzę się, kiedy wieczorny Montmartre przestanie mi to wynagradzać; na razie nie.

Natomiast druga wizyta w Thoiry przyniosła mi wiele objawień, a to:
– Słonie są jedynymi zwierzętami, które mają cztery kolana – rzekł od niechcenia Eloy. Osłupiałam na taką herezję, i zaczęłam dyskutować po to tylko, żeby się dowiedzieć, że jak się zgina w drugą stronę, to to nie jest kolano. I faktycznie wychodzi, że tylko słonie, co mnie trochę bulwersuje, ale nie aż tak, jak widok strusia załatwiającego swe potrzeby naturalne. Ogromnie się cieszę, że strusie nie umieją latać. Oraz nagle na własne oczy zobaczyłam, że niedźwiedzie umieją chodzić po drzewach, i też nijak nie mogę się z tym pogodzić. Dostaję gęsiej skórki na myśl, że być może chadzałam sobie ongiś po pustym szlaku tatrzańskim, a nade mną siedział sobie na gałęzi niedźwiedź. Nigdy przedtem mi to nie przyszło do głowy. Jest to wprawdzie dość mało prawdopodobne, bo Eloy słusznie stwierdził, że w Thoiry jest zapewne więcej niedźwiedzi niż w całych Tatrach, ale gęsia skórka na prawdopodobieństwie się nie zna. Odkryłam również, że pandy jedzą rączką, a w zamku w Thoiry jest lit à la polonaise, łóżeczko polskie, które służyło… psu ministra Ludwika XV. Czuję się osobiście urażona i uważam, że rząd polski powinien interweniować w tej sprawie. Łóżko polskie natomiast to takie, które ma dwa wezgłowia tej samej wysokości (w sensie wezgłowie i ta ściana przy nogach, ktoś wie, jak to się nazywa?) oraz baldachim z czterech części. I teraz wszyscy już wiedzą, jak umeblować sypialnię, żeby było zgodnie z polską tradycją.

Na Sekwanie

W wieczornych ciemnościach przechodzę przez Trocadéro i Palais de Chaillot w kierunku najbardziej znanej atrakcji turystycznej tego miasta: złociście oświetlonej koronkowej metalowej wieży. Nie zaczepia mnie żaden z sprzedawców świecących plastikowych modeli (są tam zawsze, bez względu na pogodę oraz porę dnia i roku). Być może nie wyglądam na wyluzowaną turystkę, która da się naciągnąć, choć jak zwykle gapię się bezwstydnie na Wieżę, jakbym ją widziała pierwszy raz w życiu. Za to nieco dalej, już na Placu Warszawskim, zaczepia mnie matka z córką, gdzie tu jest najbliższe metro. No jak to gdzie, o tam, na Trocadéro, tuż za Palais de Chaillot, macham ręką, i bardziej sie dziwię, że ktoś może tego nie wiedzieć, niż że ja wyglądam na osobę, która WIE.

A potem u stóp wieży Eiffla wsiadam na statek i popijając kir royal marudzę okropnie, kiedy w końcu ruszymy; w końcu faktycznie ruszamy, a ja zamiast prowadzić światową konwersację gapię się, gapię się i gapię. Całkiem jakbym nigdy w życiu jeszcze nie widziała Paryża, i faktycznie – z Sekwany jeszcze nigdy. Jem foie gras i piję białe wino, a nade mną piętrzą się majestatyczne mury Notre Dame. Zawracamy koło Bercy i płyniemy z powrotem, aż do Statui Wolności, gdzie zawracamy ponownie, a potem zachłannie się gapię, jak cumujemy znowu u podnóża migotliwej Wieży. Kiedy zamykam oczy, pod powiekami mam nadal feerię świateł.

Można nie lubić Paryża i się nie zachwycać, ale wieczorną wycieczkę statkiem po Sekwanie każdy powinien raz w życiu swym zaliczyć.

Argentine

Stacja paryskiego metra Argentine znajdująca się na linii pierwszej, czyli najstarszej, przez pierwsze niemal pół wieku swego istnienia zwała się Obligado na pamiątkę francusko-angielskiego zwycięstwa nad Argentyną w roku 1845. Ale gdy po wojnie Argentyna bardzo pomogła Francji, stację i pobliską ulicę w hołdzie państwu przemianowano, po wizycie w Paryżu Evy Peron w 1947. Pamiętam, że Cortazar, Argentyńczyk w Paryżu (i pisarz popularny w latach 70-tych ubiegłego wieku, którego opowiadania nadal kocham i jeszcze trochę będę) napisal opowiadanie o jeżdżeniu paryskim metrem, ale kompletnie nie pamiętam, czy wzmiankuje tam stację Argentine. Kiedyś sprawdzę. I doprawdy Londyńczycy mogliby z tego gestu wziąć przykład i dworzec Waterloo przemianować.