Aquarium

W sobotę pojechałam rowerem na Trocadéro, i mój gps nijak nie chciał współpracować ze mną na rowerze, aż w końcu wzięłam głęboki oddech i rzekłam do siebie „a ty niby co?! Na TROCADERO nie trafisz sama? To już przegięcie!” i tak się zmotywowawszy trafiłam oczywiście jak po sznurku, bo należy się kierować po prostu na wieżę Eiffla, której trudno jest nie zauważyć. Potem należy przejechać przez most d’Iéna, znaleźć się na placu Warszawskim, która to nazwa mnie zawsze rozczula, i po prawej stronie ma się Aquarium de Paris. Miałam wykupione wcześniej bilety, które obejmowały również lunch w restauracji z rybami pływającymi za szybą. Jedzenie w typie japońskiego fast food – bento box – nie jest główną atrakcją wizyty. Są nią oczywiście ryby we wszystkich rozmiarach, kształtach i kolorach, w akwariach dużych, większych i olbrzymich. Jest kino, w którym załapałam się na film o odławianiu samic rekinów do celów badawczych, i oglądałam go z otwartą buzią. Bardziej fascynujące to było niż większość filmów sensacyjnych. Pomyślano też o najmłodszych. Na podłodze wyświetlany jest basen, w którym pływają złote rybki, dzieciaki ganiają usiłując złapać rybkę – pomysł prosty jak cep, a niektórym to pewnie i dwie godziny takiego ganiania by było mało. Poważnie rozważam możliwość zainstalowania podobnego projektora na suficie w salonie.

O miłości oraz kuble lodowatej wody

Pojechałam wczoraj w miasto wykorzystać fakt, że zjechała do niego Aga. Nie tylko wybrałam się tam samochodem, chociaż wakacje już się skończyły, ale całkiem świadomie pojechalam Avenue Foch, Etoile i potem Champs Elysées, ponieważ, uwaga, nagle odkryłam, że uwielbiam tamtędy jeździć. Niepostrzeżenie przestałam się już bać jeżdżenia po Etoile, a zbliżanie się do Łuku Triumfalnego i przejeżdżanie koło niego nadal dostarcza mi pięknych wrażeń estetycznych. Łuk jest jakoś tak zrobiony, że z odległości wydaje się malutki, a potem ogromnieje w oczach i staje się olbrzymi, ale ma tak świetne proporcje, że nie przytłacza. W dodatku z perspektywy Avenue Foch stoi sobie pod kątem, trochę jak kokieteryjna modelka, co urzeka mnie dodatkowo. Przejechanie Champs Elysées to radocha sama w sobie, nieważne czy jest korek i ilu jest koło nas bezczelnych taksówkarzy paryskich. A potem przejechałam przez mój ukochany most Alexandre III z widokiem na Inwalidów, i ten chyba nigdy nie przestanie mi zapierać tchu w piersiach z zachwytu; a jeśli kiedyś przestanie, to pora będzie umierać.

Miałam dwadzieścia lat i naiwnie chciałam mieszkać w Paryżu. Zrobiłam to naprawdę.

Po czym miasto Paryż jak zwykle wylało mi na głowę kubeł lodowatej wody, bo kiedy już wracałam z myślą, że o tej porze to sobie śmignę obwodnicą w minutę osiem, obwodnicę mi nagle zamknęli. Najpierw chytrze pomyślalam, że to tylko jeden wjazd, to zaraz sobie hycnę na drugi, ale drugi też był zamknięty. A mój gps nie ma opcji „obwodnica jest zamknięta, nie możemy nią jechać, nie kieruj mnie na nią uparcie!”. Ale jestem z siebie dumna, bo pojechałam na wyczucie we właściwym kierunku, a potem były drogowskazy, i dałam radę.

Paryż

Koleżanki moje przyjechały do Paryża i zainstalowały się w samym sercu Les Marais, jednej z najurokliwszych dzielnic paryskich, obecnie zamieszkałej głównie przez Żydów i gejów (to połączenie bardzo je rozbawiło). Pognałam tam co tchu, bo poza tęsknotą za koleżankami nie byłam w Les Marais wieki całe, a każda do tego okazja jest dobra. Ledwie wysiadłszy z samochodu już się na dwóch starozakonnych napatoczyłam, a za chwilę okazało się, że naprzeciwko mieszkania koleżanek jest boulangerie, na której szybie widnieje niedwuznaczne „Pain razowy” pisane przez ozdobne z. Zapiszczałam z radości: wprawdzie Les Marais mi nie po drodze, ale nadal trochę bliżej niż Warszawa. Usiłowałam sobie wyobrazić, jak by to było, gdyby Historia całkiem innym kołem się potoczyła, i to w Warszawie mielibyśmy piekarnie prowadzone przez Izaaków i Rywki, ale nie mogłam.

W niedzielę, żeby dołączyć do koleżanek w d’Orsay, wsiadłam w metro, które nieodmiennie pełne jest przeciągów i pachnie metrem paryskim (oraz dwa z dwóch automatów sprzedających bilety były hors service, ale nie bądźmy drobiazgowi) i wysiadłam na placu Concorde, który w pełnym słońcu też mnie oszałamia. Chyba najbardziej mnie zachwyca, że mają taki wielki pusty plac w samym środku miasta, zamiast tam biurowców sobie nastawiać. Było niemal zupełnie pusto, ostre słońce, nieliczni turyści, wieża Eiffla jak rysunek ołówkowy, rzeźby na moście Aleksandra III złoto lśniące w słońcu, obelisk luksorski na swoim miejscu; a zanim go tam postawili, leżał przez dwa lata w okolicznych krzakach, o czym myślę za każdym razem, kiedy go widzę. A potem wyszłyśmy na bulwar Saint Germain, zastanawiałyśmy się czy przejść na jego drugą stronę, i nie zdążyłyśmy się zdecydować, kiedy drogę nam odcięły jakieś trzy tysiące ludzi na rolkach. Wyglądało to niesamowicie, taki ruchliwy kolorowy tłum, i szum tysięcy rolek też robił olbrzymie wrażenie. Poza tym kasztanowce kwitną, koleżanki chciały się żywić wyłącznie mulami, w Dzielnicy Łacińskiej już można zjeść poza świętymi godzinami południowymi, kelner jest miły i zadaje sobie trud powiedzenia dwóch słów po polsku, a piwo z widokiem na d’Orsay jest chyba najdroższe w Paryżu.

W czasoprzestrzeni kwietniowej

Między dwiema kwietniowymi rocznicami polskiej martyrologii przypada moja własna, nie tak dramatyczna: pięć lat tutaj, jakkolwiek trudno mi w to uwierzyć.

Sześć lat temu, w godzinie śmierci papieża, wracałam A4 z Katowic do Wrocławia z dwójką przyjaciół. Na katowickiej obwodnicy samochód o wiele za szybko jadący z przeciwka nagle spostrzegł policję i zahamował tak gwałtownie, że go zarzuciło i ustawił się bokiem na moim pasie. Nie miałam czasu nawet zahamować, wyminęłam go odruchowo i miałam szczęście, bo na równoległym pasie akurat nikogo nie było. Tuż przedtem pod koła spróbował mi się wpakować rowerzysta (na obwodnicy z ograniczeniem do 80 km/h), i dokładnie pamiętam, że bardzo chciałam się zatrzymać i nie jechać już dalej. P. powiedział wtedy pocieszająco „nie przejmuj się, na autostradzie już tylko samolot może na nas spaść”. Ale dojechaliśmy bez dalszych przygód. I tylko nie pojmuję, jakim cudem z kalendarza wynika sześć lat, skoro to było przedwczoraj.

Dokładnie rok później jechałam w stronę przeciwną, z Wrocławia do Katowic, tym razem pociągiem, i kompletnie nie pamiętam drogi ani żadnych przygód. To chyba było już jakoś dawniej niż przedwczoraj. Wiem na pewno, że potem wsiadłam w samolot (36 kg bagażu w rączkach) i wylądowałam na CDG, ale nie pamiętam tego. Pamiętam za to, że niedługo później szukałam Auchana na La Défense, a teraz się dziwię, jak mogłam nie wiedzieć, gdzie on jest.  Było zimno jak na paryski kwiecień, Sacré-Coeur i Wieża znienacka wyłaniały się spomiędzy budynków odbierając mi oddech; a rok później przestałam pracować tutaj.

Pięć lat temu, czyżby? Niech będzie.

Niespodzianki paryskiej obwodnicy

Jeśli przypadkiem znajdziesz się, drogi Czytelniku, o zmroku na północnej zewnętrznej obwodnicy Paryża, to tuż przed zjazdem na Porte de Clignancourt zwolnij, albo najlepiej się zatrzymaj (dasz radę, bo na pewno będzie korek) i spójrz w lewo, gdzie zza wieżowca podpisanego Sanyo nieoczekiwanie wyłoni się i zamruga do Ciebie świetliście biała bazylika Sacré Coeur.

O metrze, ale nie tym

Kiedy tydzień temu wiozłam znajomych do Wersalu, przejeżdżaliśmy przez miasto Sèvres.
– Sèvres? To TO Sèvres? To my chcemy zobaczyć wzorzec metra! – usłyszałam z tylnego siedzenia i zachichotałam, ponieważ swego czasu moja reakcja była identyczna. Tymczasem z wzorcem metra jest jakoś tak dziwnie, że nazwa w tym kontekście znana jest wyłącznie chyba Polakom i nawet używana niemal w charakterze przysłowia. Wzorzec metra istotnie się tu znajduje, ale nie w żadnym muzeum, tylko w Międzynarodowym Biurze Miar i Wag, i o ile udało mi się dowiedzieć, nie jest w żaden sposób udostępniany publiczności, a teren biura (utworzonego pod koniec wieku XIX) ma w dodatku status eksterytorialny. Aż się prosi o jakąś powieść sensacyjną (w razie czego poproszę o skromne tantiemy). Jest dla mnie zagadką, czemu ta nazwa była tak starannie wpajana akurat Polakom, bo sami Francuzi zdaje się nie bardzo wiedzą, że taki wzorzec posiadają u siebie (w sumie nic dziwnego, biuro ma w nazwie „międzynarodowe”, a nie „francuskie”). Przy okazji odkryłam, że pod koniec wieku XVIII w Paryżu w różnych miejscach umieszczono 16 marmurowych wzorców metra, aby ludność zapoznała się z nową miarą. Do dziś przetrwały cztery z nich, m.in. na placu Vendôme, po lewej od wejścia do Ministerstwa Sprawiedliwości. Wybiorę się tam kiedyś z miarką, żeby sprawdzić, czy aby jest dokładna.

Antywyznanie

Romantyczne wyznania miłosne z poprzedniej notki bardzo mocno tracą na sile, kiedy postanawiam się wieczorem udać do miasta metrem, pierwszy raz od ho-ho, wszystko sobie organizuję, docieram na stację szybkim marszem, a metro akurat nie działa z powodu wypadku. Akurat moja linia i akurat w potrzebnym mi przedziale godzinowym, jak na złość. Ech, moja miłość do Paryża jest jednak nieodwzajemniona…