Wracając przez Lasek Buloński

Tym razem byłam przygotowana na widoki w Lasku Bulońskim, chociaż ta jedna w obcisłym (to nie jest do końca właściwe słowo, ale nie znajduję lepszego) kusym czerwonym lateksie to mi się kiedyś przyśni, i obudzę się z wrzaskiem. Zaskoczył mnie więc kto inny. Wracałam sobie spokojnie rowerem, a tu nagle zatrzymała mnie taksówka jadąca z przeciwka. Na ogół to człowiek zatrzymuje taksówki, ale wiadomo, ja muszę mieć na odwrót. „Ki czort, TAKSÓWKARZ będzie mnie o drogę pytał?!”, zdążyłam pomyśleć z niedowierzaniem, kiedy kierowca wychylił się przez okno.

– S’il vous plaît Madame, gdzie tu można wypożyczyć rower? – zapytał uprzejmie.

– Yyyyy uuuuuuuu mmmmmmm hmmmmmm – odparłam. – Eeeeeeee – dorzuciłam. – No, Vélib przecież jest, i na pewno gdzieś w pobliżu będzie – odzyskałam zdolność myślenia, chociaż tylko częściowo, bo w tyle głowy miałam „TAKSÓWKARZ paryski niby nie wie, że są Véliby? To ukryta kamera jest czy co?!”

– Nie, nie – odrzekł taksówkarz. – Nie Vélib, taki rower jak ten – wskazał na mój pojazd.

– Bardzo mi przykro, ale to mój osobisty rower – uniosłam się nieco dumą – i nie mam pojęcia, gdzie można wypożyczyć podobny…

Zasmucony taksówkarz odjechał, a mnie oczywiście dręczy pytanie, co takiego ma w sobie mój pojazd, że wygląda na wypożyczony. Właściwie to nie wiem, czy chcę znać odpowiedź.

Gazetom nie, lecz czemu

Przyznaję, było to wredne, i w dodatku celowe. Pozwoliłam panu po drugiej stronie kabla telefonicznego wygadać się do woli w kwestii proponowanej mi nadzwyczaj korzystnej prenumeraty gazet. Uczciwie informowałam trzykrotnie, że nie jest to oferta mnie interesująca; nie, nadal nie jest; nie, naprawdę nie. W końcu pan zainteresował się, czemuż mianowicie nie jest ona interesująca, gdy on mnie usilnie przekonuje, że jest. Tu właśnie wkroczyłam na wąską i wyboistą ścieżkę mijania się z prawdą (lecz choć piekielnie niebezpieczna, jakże jednak bywa czasem skuteczna w docieraniu do do celu!)

– Bo żeby skorzystać z gazet, trzeba umieć czytać po francusku, a jak pan słyszy, ja już z mówieniem mam spore problemy, a co dopiero z czytaniem … – wyjaśniłam, starannie pilnując, aby akcent mój ciężki i słowiański nadawał należytego prawdopodobieństwa wypowiedzi. Rozmówcę mego zatkało.

– A może w takim razie mąż? Mąż czyta gazety? – spróbował jeszcze chytrze.

– Nie mam męża – odparłam, radując się w duchu, że przynajmniej ten fragment konwersacji zgodny jest ze status quo.

– Ojej, jak mi przykro! Strasznie przepraszam! – wykrzyknął rozmówca i się rozłączył, mnie zaś dręczą dwa pytania. Po pierwsze dlaczego było mu przykro, a po drugie czy jeszcze zadzwoni.

Huśtawki a sprawa imigrantów

Ze zdumieniem odnotowałam, że z placu zabaw znikły huśtawki. Stelaż został, nie było lin i siedzisk. Pomyślałam, że musieli zabrać do naprawy – ale tak w środku sezonu wakacyjnego, nie w zimie? Trudno, nie ma to nie ma, zajęliśmy się innymi rozrywkami. Na ławce nieopodal siedziała starsza pani, na którą zwróciłam uwagę, bo robiła na drutach. Pomyślałam, że to taki archetyp babci, i nieco się rozczuliłam. Do czasu, kiedy pani nie odłożyła drutów i nie zwróciła się do swojej sąsiadki
– A te huśtawki to na pewno ukradli, wie pani?
„E, ktoś by kradł stare huśtawki? W dodatku nietypowe, bo z czterema punktami zaczepu, a nie dwoma?” pomyślałam sobie w duchu, ale może i była w tym stwierdzeniu racja.
– Co pani powie? Ale przecież to ciężkie, i plac na noc zamykany – druga pani też miała wątpliwości.
– Ukradli, ja pani mówię! Imigranci ukradli! A potem wywiozą do Rumunii! – pierwsza pani dopiero się rozkręcała, i zaczęła przedstawiać całą teorię spiskową. Poczułam się nieco niewyraźnie. Odeszliśmy w drugi koniec planu, wróciliśmy po jakiejś półgodzinie, druty leżały zapomniane, a pani nadal zawzięcie perorowała o ogólnym zepsuciu świata, to znaczy Paryża i jego okolic. I że kiedyś to spokojnie mogli nie zamykać drzwi do domu, a teraz, wiadomo, imigranci.

Plac Babel

Huśtałam syna na placu zabaw usiłując go przekonać, żeby robił to sam, i zastanawiałam się intensywnie, w jakim języku mówi pani obok. Przemawiała do córeczki obficie, i nie było to podobne zupełnie do niczego. Z twarzy i ubioru pani też nie wyróżniała się kompletnie niczym: karnacja ciemniejsza od mojej, ale tym może się poszczycić jakieś 95% ludzkości, włosy ciemne, ale nie kruczoczarne. Jak nie mogę rozpoznać języka, to obstawiam sobie węgierski, bo ten też jest niepodobny do niczego, to jednak nie brzmiało jak węgierski, w którym kiedyś znałam liczebniki i kilka podstawowych zwrotów. Za śpiewne było. Na Finkę zdecydowanie nie wyglądała. Gdyby nie to, że to nie był arabski, powiedziałabym, że arabski. Hinduską też nie była. Uwagę moją odwrócił pan, który podszedł i spytał po francusku, czy mówię po polsku. Nie wyparłam się i czekałam, że odezwie się w języku mym ojczystym, ale on odwrócił się do żony i zagadał do niej po rosyjsku. Uśmiechnęłam się do bratniej duszy słowiańskiej i z sympatii dla języka, oraz pożałowałam, że nie mam talentów społecznych takich, żeby bezczelnie zagadać do nich i wyjawić, jak bardzo ubolewam nad faktem, że znajomość rosyjskiego utraciłam, choć może jednak nie bezpowrotnie (ale co ich to w końcu obchodzi). A potem pani od tajemniczego języka odezwała się do mnie po angielsku, więc nie oparłam się już pokusie spytania, skąd jest, i już wiem. Doprawdy powinnam była na to wpaść od razu. Spróbują Państwo zgadnąć?

O chlebie

Wszyscy wiedzą, że Francuzi są narodem żabojadów, serojadów i winopijców. Mniej osob wie zapewne, że są również wielbicielami chleba. Dobra, francuskie le pain należałoby raczej tłumaczyć na nasze jako „bułka”, ale fakt pozostaje faktem: koszyk z bagietką w każdej restauracji dają do posiłku bezpłatnie. Dowolnego posiłku. Długo się dziwiłam, że ONI potrafią jeść bagietkę na przykład do spaghetti, teraz już przywykłam. Chleb jest podstawą wyżywienia. W szpitalu wśród porad dla kobiet karmiących na poczesnym miejscu znajdowało się „jedz chleb do każdego posiłku!”, i mówię o wieku XXI. Szkoda tylko, że prawdziwego razowca się tu nie uświadczy – w piekarniach żydowskich i rosyjskich pono bywa, ale jeszcze nie udało mi się żadnej w okolicy znaleźć, a specjalnie w tym celu do Le Marais jechać mi się nie chce. Tam ongiś widziałam na szybie zachęcający napis „pain razowy”. Boulangerie – piekarnia –  jest dla Francuza jednym z najważniejszych sklepów. Joe Dassin śpiewał romatyczną piosenkę o ślicznej boulangère, która była równie apetyczna jak jej rogaliki.

Też mam pod domem swoją boulangerie, jej wielbicielem jest od dawna mój syn – bierze mnie za rękę i tam ciągnie, właścicielka i sprzedawczyni doskonale wiedzą jak ma na imię, witają wylewnie, rozpływają się w uśmiechach i nierzadko obdarowują ciasteczkiem. Dzięki nim przekonałam się w końcu, że chleb francuski wcale nie sprowadza się do jednej nudnej bagietki. Mamy jeszcze na przykład tradition, bagietkę z odrobiną mąki razowej. Tradition aux graines, z różnymi ziarnami, bardzo lubię. Bagietkę posypaną sezamem; banette, która różni się chyba tylko kształtem – ma spiczaste końce. Viennoise, która zawiera trochę cukru i mleka, przypomina naszą chałkę. I moje ostatnie odkrycie:
– A co to jest, to w tym koszu? – zainteresowałam się pewnego dnia.
– To jest italienne, taki chleb z oliwą – odrzekła sprzedawczyni.
– Poproszę, spróbuję – zarządziłam, i chwilę później się zakochałam. Nie wiem, czy to ma faktycznie coś wspólnego z jakimś chlebem robionym we Włoszech, ale jest genialne. Ma leciutko wyczuwalną w smaku nutę oliwy, posypane jest czarnuszką, i chyba byłabym w stanie zjeść całe za jednym zamachem. Samo.

Do dna

– Będziemy omawiać różne zwyczaje panujące w różnych krajach, żebyśmy umieli się wszędzie odpowiednio zachować – zapowiedział w porannym radiu prowadzący. – Na przykład w Indonezji nie należy opierać rąk na biodrach, bo jest to postawa bojowa. W Maroku nigdy nie należy brać kuskusu ze środka naczynia, bo to bardzo niegrzeczne.
– To skąd można go brać?- zdziwiła się teatralnie prowadząca.
– Oczywiście z brzegu naczynia – wyjaśnił prowadzący i zapytał podstępnie – A powiedz mi, czy w Rosji pije się wódkę jednym łykiem do dna, czy powoli delektując się?
– Hmm, do dna, oczywiście – wyjaśniła znawczyni, i dodała rozmarzona – o, ta bison vodka…
– A to w Polsce – sprostował sucho prowadzący.
– Tak tak, ale w Rosji oni są tacy niesłychanie gościnni, i każą gościom buty zdejmować! – prowadząca radośnie podzieliła się swymi wspomnieniami.

Święto czekolady

Francuska Wielkanoc, czyli Pâques, to święto czekolady. Sklepy są zawalone pod sufit promocjami wszelkich czekoladek. Nawet moja francuska koleżanka, która jest wyjątkowo wierzącą i praktykującą katoliczką (oto ironia losu, swoją drogą), ucieszyła się szczerze przed świętami, że nadchodzi Pâques, bo będzie mogła najeść się czekolady. Nie ma tu na szczęście Lanego Poniedziałku, za to dla dzieci organizowane jest chasse à l’oeuf, czyli polowanie na jajko, na ogół właśnie czekoladowe. Moje dziecię z tej okazji wyfasowało dwa gigantyczne jajka z zabawką w środku, niestety w obu była identyczna zabawka, ale dziecię się nie przejęło, zabawki zostawiło matce,  a samo energicznie zabrało się za spożywanie jajek. Niewykluczone, że zjadłoby oba, gdybym nie interweniowała w porę. Poza tym święta spędziliśmy raczej według polskiej tradycji: wędlina, biała kiełbasa, jajka w różnej postaci, paszet domowej roboty, sernik i makowiec. Oraz baranek cukrowy, co cieszyło mnie znacznie mniej, ale tradycja tradycją. W biurze natomiast dzisiaj mamy stos czekoladowych zajączków, kurek i rybek od nieznanego ofiarodawcy. Waham się, czy nazwać go dobroczyńcą, choć czekolada dobra.

Biblioteki. Biblioteki są miłe.

Oodkryłam ostatnio bibliotekę. Trochę głupio to wygląda pod palcami osoby, która w bibliotekach spędziła zdecydowaną większość życia, i nie jest to jeno figura retoryczna: do pierwszej byłam zapisana w wieku lat sześciu, a potem tylko przybywały mi kolejne. Kiedyś napiszę o tym notkę albo liczne notki. Gdybym zasłużyła jednak po życiu doczesnym na raj, to będzie nim biblioteka, choć raczej nie ta Borgesowa. Po przyjeździe do Francji zapisanie się do takiego przybytku było na liście moich priorytetów, ale najpierw nie byłam jeszcze biegła w justificatifs de domicile. Potem zaś dopadła mnie obsesja, że jeśli nie będę czytać po polsku, to niechybnie się wynarodowię, całkowicie stracę umiejętność posługiwania się pięknym językiem ojczystym, i nieszczęście gotowe. Kupowałam więc uparcie książki po polsku, a od bibliotek się odżegnywałam jako od ziejącego grozą miejsca nagłego sfrancuszczenia. Lecz ostatnio lokalna gazetka poinformowała mnie, że w pobliskiej bibliotece jest godzina czytania bajek dzieciom, w wieku odpowiednim, i w soboty, co jest ewenementem, bo inne biblioteki proponowały rozrywkę wyłącznie w środy (szkoły francuske w środy są nieczynne), lub dzieciom w wieku nieodpowiednim. Poszliśmy. I od wejścia spadła na mnie miłość, jak szmata spada na dno kubła (Halama). Okazało się, że tam nie tylko książki (książki! książkiii!! dużo książek!!), ale i cd z muzyką francuską, i dvd z filmami, i komiksy, i bogaty wybór książek dla dzieci w każdym wieku, i obiecane czytanie bajek… Natychmiast postanowiłam tam zamieszkać i już nigdy nie wychodzić. Ostatkiem sił sprawdziłam jeszcze, czy mają Lema, tak kontrolnie, żeby ewentualnie się na nich mieć za co obrazić, ale nie wyszło. „Solaris” stała na półce. Przeprowadzka w toku.

A tymczasem w Aquarium

W Aquarium paryskim dają teraz pokaz reklamowany jako „piraci – kaskaderzy”, co jest dość mocno na wyrost, bo piraci głównie tańczą (i jeden wykonuje salto w tył), ale generalnie widowisko sympatyczne, choć przeznaczone dla dzieci. Wpisuje się to zresztą w ogólny trend, o którym akurat w przedostatniej Polityce pisze dość ciekawie Aneta Kyzioł – że jest cała oferta kulturalna z myślą o najmłodszych, ale z podtekstami, żeby i rodzice się nie nudzili. Ale ja nie o tym chciałam. Gdy jako ozdoba na scenie pojawiła się hoża blondyna, pomyślało mi się samo „o – jaka polska uroda!”, po czym skarciłam się osobiście w myślach, bo niby co, każda wysoka blondynka musi zaraz być z Polski? Kiedy dziewczyna otworzyła usta, zastanawiałam się długą chwilę, co to za akcent – niemal niesłyszalny zresztą, ale jednak dający do myślenia. Rzekłam jednak do siebie surowo „obsesję masz, w każdym Polaka widzisz!”. Na zakończenie dziewczyna została przedstawiona jako Marta ***ska, i wtedy musiałam sama siebie przeprosić. Świat jest mały, a Polacy wszędobylscy.

Albo nie piszę wcale, albo strasznie długo

W sobotę siedząc w domu usłyszałam dziwny i niepokojący hałas. Poszłam się rozglądać po domu, i już mi się zdawało, że jednak nie mnie dotyczył, kiedy odkryłam, że niestety tak. Szyba w oknie dziecinnego była rozbita. Na szczęście tylko zewnętrzna. Sądząc po śladzie, piłką, czego spodziewałam się właściwie od kiedy tu mieszkam, bo dzieciaki namiętnie pod oknami grywają w piłkę. Oczywiście teraz żywej duszy tam nie było. Nie byłam pewna, czy ubezpieczenie obejmuje takie zdarzenia, a kontrakt niewątpliwie gdzieś mam, skrzętnie schowany. Gdzieś. Wrzuciłam w google hasło „szklarz”, żeby zobaczyć, z jaką kwotą przyjdzie mi się w najgorszym razie rozstać. Miła panienka w telefonie rzekła 500, i że za godzinę ktoś przyjdzie na rekonesans. Przyszedł, pocmokał, stwierdził, że to podwójna szyba, a nawet potrójna (!), bezpieczna, cuda wianki i holajza, przystąpił do pisania wyceny, która kończyła się kwotą 1096. Pobladłam, ale przyjęłam do wiadomości, że takie są ceny, w końcu nie miałam podstaw, żeby sądzić coś innego. Facet rzucił się do przekonywania mnie, że ubezpieczenie na pewno mi zwróci, oni mają doświadczenie, pracują ze wszystkimi ubezpieczalniami, mają podpisane z nimi umowy, zawsze zwracają, mam się niczym nie przejmować, on wszystko załatwi, nie zapłacę nawet franszyzy, mam nic nigdzie nie wysyłać, on załatwi, on wyśle, umówiliśmy się na poniedziałek.

W poniedziałek wysłałam zgłoszenie szkody do ubezpieczenia.  Nie minęła godzina, dzwoni pani.
– Skąd pani tę kwotę wytrzasnęła?!
– Z wyceny szklarza- rzekłam zgodnie z prawdą.
– Ależ to o wiele za dużo, my musimy mieć dokładną wycenę i wyślemy eksperta!
– Ale oni mi mają dziś naprawić… – zgłupiałam.
– To niech pani odwoła, i wyśle wycenę!
Co czynić, przefaksowałam wycenę i dzwonię odwołać naprawę. Facet na mnie naskoczył, że ale jak to, oni już wycięli szybę (!) i mieli dziś wstawiać. Rzekłam spokojnie,  że tylko to odkładamy na chwilę, aż ubezpieczenie przemyśli. I tu facet zaczął mi opowiadać, że może przecież zejść z ceny, że to nie problem. Aha. Zadzwoniłam kontrolnie do innego szklarza. 800, ale z oczekiwaniem 3 tygodnie. Zadzwoniłam do trzeciego. 600 i zabierają mi całe okno na 24 godziny. Całe okno. Nie miałam cierpliwości na czwartego, zadzwoniłam do ubezpieczenia,  które obejrzało wycenę, i orzekło, że zwrócą 600. Zadzwoniłam do pierwszego szklarza, i zostawiłam wiadomość z tą kwotą; za chwilę oddzwonił, że się zgadza.

Przyszedł chłopek roztropek z szybą pod pachą. Zamontował. Z kwadrans mu to zajęło. Siadł do pisania faktury.
– To było w końcu ustalone 800, tak? – spodziewałam się tego jak kaca po nadużyciu.
– SZEŚĆSET – powiedziałam wielkimi literami.
Napisał, podpisałam, dałam czek. Spodziewałam się jeszcze czegoś, i nadeszło.
– Bo ja muszę zabrać tę szybę, względy bezpieczeństwa…
– Nie musi pan, ΜĄŻ się tym zajmie, ma akurat w pracy specjalny pojemnik na tego typu odpadki – nawet nie mrugnęłam okiem.
– No nie wiem, ja muszę, to obowiązek, ja muszę, mnie nie pozwolą, ukarzą, to ja zadzwonię do szefa!
– Proszę uprzejmie.
Z kamienną twarzą wysłuchałam rozmowy, która miała nader przewidywalny przebieg.
– Ale ja muszę!
– To proszę, niech pan zabiera.
– 50 euro dla déchetterie! – ucieszył się chłopek roztropek.
– Już piszę czek – złapałam za długopis.
– Nie nie, déchetterie nie bierze czeków, musi być gotówką!
– Nie mam 50 gotówką – wyjątkowo powiedziałam prawdę.
– To niech pani wyjmie z bankomatu!
– Nie mam karty, MĄŻ ma, będzie wieczorem, niech pan przyjedzie wieczorem.
– Ale ja muszę teraz zabrać, nie mogę w żadnym wypadku zostawić tutaj, bezpieczeństwo, muszę, obowiązek, szef będzie na mnie krzyczał – w to ostatnie akurat nie wątpiłam.
– To proszę zabierać – zgodziłam się ze szczerym polskim uśmiechem.
– Ale 50, ja muszę, bezpieczeństwo, obowiązek, szef, naprawdę pani nie ma gotówki, ale jak to, szef mnie skrzyczy…
– Spokojnie, nikt się nie dowie, gwarantuję to panu, ja przecież nikomu nie powiem – uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i odprowadziłam kupkę nieszczęścia  do drzwi.
Mam niesmak.