Biblioteki. Biblioteki są miłe.

Oodkryłam ostatnio bibliotekę. Trochę głupio to wygląda pod palcami osoby, która w bibliotekach spędziła zdecydowaną większość życia, i nie jest to jeno figura retoryczna: do pierwszej byłam zapisana w wieku lat sześciu, a potem tylko przybywały mi kolejne. Kiedyś napiszę o tym notkę albo liczne notki. Gdybym zasłużyła jednak po życiu doczesnym na raj, to będzie nim biblioteka, choć raczej nie ta Borgesowa. Po przyjeździe do Francji zapisanie się do takiego przybytku było na liście moich priorytetów, ale najpierw nie byłam jeszcze biegła w justificatifs de domicile. Potem zaś dopadła mnie obsesja, że jeśli nie będę czytać po polsku, to niechybnie się wynarodowię, całkowicie stracę umiejętność posługiwania się pięknym językiem ojczystym, i nieszczęście gotowe. Kupowałam więc uparcie książki po polsku, a od bibliotek się odżegnywałam jako od ziejącego grozą miejsca nagłego sfrancuszczenia. Lecz ostatnio lokalna gazetka poinformowała mnie, że w pobliskiej bibliotece jest godzina czytania bajek dzieciom, w wieku odpowiednim, i w soboty, co jest ewenementem, bo inne biblioteki proponowały rozrywkę wyłącznie w środy (szkoły francuske w środy są nieczynne), lub dzieciom w wieku nieodpowiednim. Poszliśmy. I od wejścia spadła na mnie miłość, jak szmata spada na dno kubła (Halama). Okazało się, że tam nie tylko książki (książki! książkiii!! dużo książek!!), ale i cd z muzyką francuską, i dvd z filmami, i komiksy, i bogaty wybór książek dla dzieci w każdym wieku, i obiecane czytanie bajek… Natychmiast postanowiłam tam zamieszkać i już nigdy nie wychodzić. Ostatkiem sił sprawdziłam jeszcze, czy mają Lema, tak kontrolnie, żeby ewentualnie się na nich mieć za co obrazić, ale nie wyszło. „Solaris” stała na półce. Przeprowadzka w toku.

A tymczasem w Aquarium

W Aquarium paryskim dają teraz pokaz reklamowany jako „piraci – kaskaderzy”, co jest dość mocno na wyrost, bo piraci głównie tańczą (i jeden wykonuje salto w tył), ale generalnie widowisko sympatyczne, choć przeznaczone dla dzieci. Wpisuje się to zresztą w ogólny trend, o którym akurat w przedostatniej Polityce pisze dość ciekawie Aneta Kyzioł – że jest cała oferta kulturalna z myślą o najmłodszych, ale z podtekstami, żeby i rodzice się nie nudzili. Ale ja nie o tym chciałam. Gdy jako ozdoba na scenie pojawiła się hoża blondyna, pomyślało mi się samo „o – jaka polska uroda!”, po czym skarciłam się osobiście w myślach, bo niby co, każda wysoka blondynka musi zaraz być z Polski? Kiedy dziewczyna otworzyła usta, zastanawiałam się długą chwilę, co to za akcent – niemal niesłyszalny zresztą, ale jednak dający do myślenia. Rzekłam jednak do siebie surowo „obsesję masz, w każdym Polaka widzisz!”. Na zakończenie dziewczyna została przedstawiona jako Marta ***ska, i wtedy musiałam sama siebie przeprosić. Świat jest mały, a Polacy wszędobylscy.

Albo nie piszę wcale, albo strasznie długo

W sobotę siedząc w domu usłyszałam dziwny i niepokojący hałas. Poszłam się rozglądać po domu, i już mi się zdawało, że jednak nie mnie dotyczył, kiedy odkryłam, że niestety tak. Szyba w oknie dziecinnego była rozbita. Na szczęście tylko zewnętrzna. Sądząc po śladzie, piłką, czego spodziewałam się właściwie od kiedy tu mieszkam, bo dzieciaki namiętnie pod oknami grywają w piłkę. Oczywiście teraz żywej duszy tam nie było. Nie byłam pewna, czy ubezpieczenie obejmuje takie zdarzenia, a kontrakt niewątpliwie gdzieś mam, skrzętnie schowany. Gdzieś. Wrzuciłam w google hasło „szklarz”, żeby zobaczyć, z jaką kwotą przyjdzie mi się w najgorszym razie rozstać. Miła panienka w telefonie rzekła 500, i że za godzinę ktoś przyjdzie na rekonesans. Przyszedł, pocmokał, stwierdził, że to podwójna szyba, a nawet potrójna (!), bezpieczna, cuda wianki i holajza, przystąpił do pisania wyceny, która kończyła się kwotą 1096. Pobladłam, ale przyjęłam do wiadomości, że takie są ceny, w końcu nie miałam podstaw, żeby sądzić coś innego. Facet rzucił się do przekonywania mnie, że ubezpieczenie na pewno mi zwróci, oni mają doświadczenie, pracują ze wszystkimi ubezpieczalniami, mają podpisane z nimi umowy, zawsze zwracają, mam się niczym nie przejmować, on wszystko załatwi, nie zapłacę nawet franszyzy, mam nic nigdzie nie wysyłać, on załatwi, on wyśle, umówiliśmy się na poniedziałek.

W poniedziałek wysłałam zgłoszenie szkody do ubezpieczenia.  Nie minęła godzina, dzwoni pani.
– Skąd pani tę kwotę wytrzasnęła?!
– Z wyceny szklarza- rzekłam zgodnie z prawdą.
– Ależ to o wiele za dużo, my musimy mieć dokładną wycenę i wyślemy eksperta!
– Ale oni mi mają dziś naprawić… – zgłupiałam.
– To niech pani odwoła, i wyśle wycenę!
Co czynić, przefaksowałam wycenę i dzwonię odwołać naprawę. Facet na mnie naskoczył, że ale jak to, oni już wycięli szybę (!) i mieli dziś wstawiać. Rzekłam spokojnie,  że tylko to odkładamy na chwilę, aż ubezpieczenie przemyśli. I tu facet zaczął mi opowiadać, że może przecież zejść z ceny, że to nie problem. Aha. Zadzwoniłam kontrolnie do innego szklarza. 800, ale z oczekiwaniem 3 tygodnie. Zadzwoniłam do trzeciego. 600 i zabierają mi całe okno na 24 godziny. Całe okno. Nie miałam cierpliwości na czwartego, zadzwoniłam do ubezpieczenia,  które obejrzało wycenę, i orzekło, że zwrócą 600. Zadzwoniłam do pierwszego szklarza, i zostawiłam wiadomość z tą kwotą; za chwilę oddzwonił, że się zgadza.

Przyszedł chłopek roztropek z szybą pod pachą. Zamontował. Z kwadrans mu to zajęło. Siadł do pisania faktury.
– To było w końcu ustalone 800, tak? – spodziewałam się tego jak kaca po nadużyciu.
– SZEŚĆSET – powiedziałam wielkimi literami.
Napisał, podpisałam, dałam czek. Spodziewałam się jeszcze czegoś, i nadeszło.
– Bo ja muszę zabrać tę szybę, względy bezpieczeństwa…
– Nie musi pan, ΜĄŻ się tym zajmie, ma akurat w pracy specjalny pojemnik na tego typu odpadki – nawet nie mrugnęłam okiem.
– No nie wiem, ja muszę, to obowiązek, ja muszę, mnie nie pozwolą, ukarzą, to ja zadzwonię do szefa!
– Proszę uprzejmie.
Z kamienną twarzą wysłuchałam rozmowy, która miała nader przewidywalny przebieg.
– Ale ja muszę!
– To proszę, niech pan zabiera.
– 50 euro dla déchetterie! – ucieszył się chłopek roztropek.
– Już piszę czek – złapałam za długopis.
– Nie nie, déchetterie nie bierze czeków, musi być gotówką!
– Nie mam 50 gotówką – wyjątkowo powiedziałam prawdę.
– To niech pani wyjmie z bankomatu!
– Nie mam karty, MĄŻ ma, będzie wieczorem, niech pan przyjedzie wieczorem.
– Ale ja muszę teraz zabrać, nie mogę w żadnym wypadku zostawić tutaj, bezpieczeństwo, muszę, obowiązek, szef będzie na mnie krzyczał – w to ostatnie akurat nie wątpiłam.
– To proszę zabierać – zgodziłam się ze szczerym polskim uśmiechem.
– Ale 50, ja muszę, bezpieczeństwo, obowiązek, szef, naprawdę pani nie ma gotówki, ale jak to, szef mnie skrzyczy…
– Spokojnie, nikt się nie dowie, gwarantuję to panu, ja przecież nikomu nie powiem – uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i odprowadziłam kupkę nieszczęścia  do drzwi.
Mam niesmak.

Parkomat

Wysiadłam z samochodu i skierowałam się w stronę parkomatu. Stało tam dwoje ludzi nie pierwszej młodości.
– Pani wie, jak to działa, cette saloperie? – zwrócił się do mnie pan mówiący po francusku z silnym akcentem.
„Uważaj, to na pewno jakiś złoczyńca – jak to, samochodem jeździ i niby nie wie jak parkomat działa?! To niechybnie podstęp! Uważaj!” zaczęła w mojej głowie wydzierać się część nieufna.
– Musi mieć pan kartę Mon€o, bo on nie bierze monet – pokazałam znaczek elektronicznej portmonetki na parkomacie.
– Mone..? – powtórzył niepewnie pan.
„Zmyśla, udaje, jak może nie wiedzieć co go jest Moneo, przecież po francusku mówi!” darła się dalej część nieufna.”Tylko czyha, żebyś wyjęła swój portfel, a on ci go wyrwie i w nogi!”
– Niech pan pokaże – bezceremonialnie wyjęłam kartę z ręki pana i włożyłam w odpowiednią szczelinę.
Carte invalide – beznamiętnie wyświetliła maszyna.
– No właśnie, nie ma pan Moneo – stwierdziłam rzeczowo. Pan gapił się na mnie bezradnie.
„Udaje, na pewno udaje, wszyscy oszuści zawsze udają bezradnych, miłych i uczciwych!” nie dawała za wygraną moja część nieufna. Zaczęła się z nią kłócić część uważająca, że ludziom należy jednak pomagać, i od harmideru w mojej głowie kompletnie nie mogłam zebrać myśli.
– Jak pan ma gotówkę, to ja panu zaraz kupię ten bilet – przemogłam się w końcu, kiedy część uprzejma zatkała chwilowo część nieufną przypomnieniem, ile razy ja sama nie płaciłam za parkowanie w Paryżu, bo można było tylko specjalną kartą, której w promieniu kilometra się nie dało uświadczyć. Wyciągnęłam własną kartę i zapytałam, na ile czasu ma być opłata. „Tak, tak, tylko włóż tę kartę, a on ją wyciągnie i w nogi” naigrywała się dalej część nieufna. „Albo z biletem ucieknie nie płacąc!” dobiła mnie triumfalnie, ale tu już uznałam, że zdrowo przegięła. Wyciągnęłam bilet i wręczyłam panu, on dał mi bilon, podziękowali mi wylewnie i poszli, ja zaś spokojnie kupiłam swój bilet. „A sprawdź teraz, czy aby nadal masz swój portfel i telefon” część nieufna nie zamierzała się poddać bez walki. Westchnęłam i sprawdziłam, wszystko było na miejscu. Ale doprawdy nie spodziewałam się istnienia w moim umyśle aż takiej podświadomej nieufności. Na czym ona tak wyrosła?

Rok smoka wodnego

Z okazji moich urodzin Chińczycy w tym roku urządzili wielką paradę. 
Co prawda, żebym nie zadzierała za bardzo nosa, twierdzili, że to z
okazji Nowego Roku (smoka w żywiole wody), ale ja swoje wiem. Nowy rok
chiński zaczął się przecież 23 stycznia, a parada była w moje urodziny. W
dodatku bez problemu znalazłam sobie bardzo wygodne miejsce do
parkowania w samym sercu dzielnicy chińskiej, więc sami widzicie, że
ktoś wyraźnie o mnie zadbał. Widziałam tańce smoków, pokazy rozmaitych
walk i innych tai-chi, ludzi poubieranych we wszelkie możliwe i
niemożliwe kolory. Hałasu zaś zrobiono tyle (petardy wiszące na
drzewach, petardy rzucane pod nogi, bębny, i coś w rodzaju miedzianych
patelni, w które z zapałem łomotano), że wszystkie złe duchy z pewnością
zostały z mego życia wypędzone na amen i nieprędko ośmielą się wrócić.
Na synu moim całokształt obchodów urodzin matki też zrobił odpowiednie
wrażenie: do wieczora mi powtarzał,  że nie bał się smoków.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Tu rozdawali kadzidełka

 

 

 

W takim razie o samochodach i lekarzach

A raczej nie tyle o samochodach, co o ich parkowaniu. Na parkingu w Arkadii uderzyło mnie, że mimo ograniczonej przestrzeni prawie wszystkie zaparkowane są przodem. Zwróciłam na to uwagę, kiedy jechałam ze szwagrem, który również przodem spróbował zaparkować swe auto, i choć z zasady nie komentuję poczynań kierowcy, chyba że zagrażają memu osobistemu zdrowiu, to tym razem wyrwało mi się
– Rany, a czemu nie tyłem?!
– Masz rację – pogodnie zgodził się szwagier, i zaparkował tyłem, byliśmy jednak w zdecydowanej mniejszości. Może jedno na osiem-dziesięć aut tak stało, tymczasem na moich tutejszych parkingach proporcja jest dokładnie odwrotna: prawie wszyscy parkują tyłem. Nie mam pojęcia, czy w Arkadii to był tylko przypadek, czy może to kwestia innego nauczania na kursach prawa jazdy, czy dostosowywanie się do otoczenia, czy coś jeszcze innego.

W kwestii lekarzy natomiast wybrałam się w końcu wczoraj z synem do dentysty. Francuzi uważają, że przed pojawieniem się zębów stałych nie ma to żadnego sensu, ale ja jestem z Polski i się uparłam. Uczciwie dentyście zeznałam, że przychodzimy tylko na przegląd i celem pokazania młodemu, co to jest gabinet dentystyczny. Spodziewałam się kpin, a nawet wyrzutów, że głowę zawracam, tymczasem lekarz zachował się absolutnie profesjonalnie. Pokazał młodemu kilka narzędzi, zajrzał mu w paszczę, poskrobał ząbki, wszystko rzeczowo objaśniając, przykazał myć zęby, i skasował 21€. Ja byłam pod wrażeniem i dziecko najwyraźniej też, bo natychmiast po wyjściu zażyczyło sobie tam wrócić.

O języku

Komentarz Spt mi przypomniał, jak kiedyś, naprawdę bardzo dawno temu, byłam (w Polsce) u lekarza, który akurat miał stażystę z bardzo odległego kraju. I tenże miał ze mną umówić kolejną wizytę. Próbował w języku, który jak jemu się zdawało był polskim, ja natomiast nie rozumiałam NIC. Nie dlatego, że polskim nie władałam. W desperacji zwrócił się w końcu do lekarza po angielsku „zapytaj ją, czy może przyjść w piątek”, na co ja z dużą ulgą wykrzyknęłam „Friday! Of course it’s ok”.

Poprzednie pytanie oczywiście było tendencyjne, ale dowiedziałam się tego, o co mi chodziło, za co Państwu dziękuję, obok całej reszty smacznych dygresji i anegdot: mianowicie, że większość jednak zacznie od zagadania po angielsku. W roli obcokrajowca występuję ja, w roli kraju słodka Francja. Zachwyca mnie nieodmiennie, że zaczepiana na ulicy jestem relatywnie często, a osobliwie wtedy, kiedy w ojczystym języku przemawiam do towarzystwa mego, i że jeszcze ANI RAZU nikt nie zaczął od zapytania mnie, czy mówię po francusku, albo po angielsku. Zawsze przysłuchują się chwilę memu szeleszczeniu, po czym radośnie zagadują po francusku. Skoro jestem we Francji i w ogóle umiem mówić, to z pewnością przecież również po francusku. Oczywiście z drugiej strony istnieje na pewno grono, które zagadać by chciało, a z góry zakłada, że nie mamy wspólnego języka, ale jednak zastanawiające jest, że dokładnie zero osób spróbowało kiedykolwiek ten język najpierw znaleźć.