Przechodniu, wejdź śmiało pod koła

Moje niedawne apele do przechodniów, które wzbudziły w mych PT Czytelnikach wiele emocji, znalazły dość nieoczekiwany finał. Mianowicie od tygodnia w słodkim kraju Francja pieszy ma na ulicy bezwzględne pierwszeństwo, czyli może wyleźć na jezdnię gdziekolwiek, a kierowca ma obowiązek go przepuścić. Jak kierowca ma to zrobić, kodeks nie precyzuje, ale być może tylko kwestią czasu jest zapisanie w nim, że kierowca ma obowiązek zapewnić sobie drogę hamowania długości zero. W końcu papier jest cierpliwy i wszystko zniesie. Próbuję się zdecydować, czy ustawodawca nie lubi bardziej kierowców czy jednak pieszych, i wychodzi mi, że jest to mizantrop, który pragnie pozabijać pieszych przy pomocy kierowców, tych z kolei umieścić w więzieniu, i mieć już spokój w tym pięknym państwie. Przesiadam się w takim razie na rower.

Może myślenie jednak jest bolesne?

Chyba w złą godzinę napisałam poprzednią notkę, bo w piątek ledwie zdążyłam wyruszyć spod pracy, a już na pasy wmaszerowała mi szybkim krokiem panienka wisząca na telefonie. Światło było moje zielone od dobrych dziesięciu sekund, jechałam lewym pustym, prawy stał w kolejce do skrętu, i panienka zdaje się uznała, że skoro oni stoją, to mój pas też na pewno jest pusty. O ile w ogóle myślała cokolwiek – ona nawet nie spojrzała, czy coś (ja) nie jedzie! Wyskoczyła mi energicznie spomiędzy aut na prawym pasie. Zdążyłam się zatrzymać, jakieś dwa centymetry od niej. Mam dobre hamulce, refleks, i nie jechałam tam wcale 50 km/h, a w końcu legalnie mogłam. To ja już nic nie mówię na ten temat i może jednak zacznę jeździć tramwajem, albo rowerem…

Apel

Ludzie! Homo sapiens!
Przyjmijcie do wiadomości, że to światło umieszczone poręcznie za pasami dla pieszych nie służy ozdobie, tylko ma swoją funkcję. Mianowicie jak jest czerwone, to się nie idzie. Się stoi. Się czeka na zielone. Czerwone – się stoi. Zielone – się idzie. To przecież nie jest takie trudne, są tylko dwa kolory, system binarny, nie ma ich pięciu, piętnastu ani dwudziestu dwóch, są dwa i tylko dwa. Próbujemy jeszcze raz? Czerwone – stoisz i czekasz. I nie, nie ma, że jesteś taki malutki, taki szybciutki, tylko jeden, tylko dzisiaj, tak się strasznie spieszysz, tak mi migiem hycniesz przed maską. Czerwone – stoisz i czekasz! Zrobi się zielone, to pójdziesz. Ono się naprawdę zmieni na zielone już niedługo, wytrzymasz. Czy to jest jasne? Małpę by nauczył, co ja mówię, średnio rozgarniętego gołębia by nauczył, a homo sapiensa nie.

Wolność i równość na drogach francuskich

Ze zdumieniem wyczytałam tutaj, że we Francji karalne jest niezachowanie bezpiecznego odstępu od poprzedzającego pojazdu. Nie chce mi się guglać, bardzo możliwe że tak jest, ale najwyraźniej jest to martwe prawo przynajmniej w okolicy Paryża. Zawsze mnie zdumiewał tutejszy zwyczaj siedzenia na ogonie. Nierzadko widzę parę – na liczniku mają dobrze ponad 100, a odstęp 2 metry, i tak jadą jak przylepieni do siebie przez pięć kilometrów, ponieważ oczywiście panuje tu święta francuska WOLNOŚĆ i ten pierwszy tego drugiego nie przepuści, jeszcze czego. A jeszcze piękniejszym obrazkiem jest dwóch jadących równoległymi pasami obok siebie, drzwi w drzwi: żaden nie przyspieszy ani na jotę, żaden nie zwolni. Mają tu w końcu RÓWNOŚĆ, a to, że już nikt inny nie może ich wyprzedzić, to już zupełnie inny problem. Czasem ta sztuka udaje się nawet trzem naraz, o ile pasy są trzy. Zawsze się zastanawiam, czy oni się wcześniej umówili, czy może ich tego uczą na kursach.

Dobra rada

Jeśli już kupią sobie Państwo samochód marki Jaguar lub Porsche, to bardzo proszę się najpierw upewnić, że jest nim gdzie jeździć, i nie będzie trzeba pchać się w wąskie uliczki małomiasteczkowe, gdzie są liczne progi spowalniające, i taki jaguar lub inny porsche carrera będzie musiał się przed nimi zatrzymywać i przetaczać niezwykle powoli, a jadącego za nim człowieka niejaguarem będzie ogarniać jednocześnie irytacja i śmiech pusty.

O markach

Nie patrzę nigdy na to, kto siedzi za kółkiem, nawet na płeć. Mam natomiast słabość (lub wręcz przeciwnie) do niektórych marek samochodów – głównie tych, które sama miałam, lub z którymi wiążą się jakieś miłe wspomnienia. Oczywiście to jest absurdalne kryterium, bo kierowca niekoniecznie jeździ akurat tym autem, które świadomie chciał mieć, ale nic na to nie poradzę, tak już mam. I tak fabie, które tu nie są zbyt liczne, zawsze mogą liczyć na to, że je przepuszczę, gdy nie mają pierwszeństwa. Nie lubię natomiast clio, bo dlaczegoś w większości wypadków, jeśli ktoś się zachowuje idiotycznie na drodze, to jedzie clio (wiem, czysty przypadek); oraz wszelkich wielkich bmw, to jeszcze złe skojarzenia z Polski, choć tutaj jeżdżą nimi całkiem normalni ludzie, i nieraz mi się zdarzyło, że taki właśnie uprzejmie wpuszczał z kolei mnie – za każdym razem przypłacam to strasznym szokiem i rozkojarzeniem na dobre 5 minut, może więc powinnam mieć na aucie jakąś tabliczkę „jeśli jedziesz bmw, to zachowuj się jak dres, bo inaczej burzysz mój obraz świata!”. A Państwo mają ulubione lub znienawidzone marki?

A jednak się palą

W błogim spokoju, niezmiennie uradowana otaczającą wiosną, wyjechałam z ronda na ostatnią prostą wiodącą ku domowi, podjechałam do świateł, na których się zatrzymałam, po czym mój mózg w końcu wyjaśnił mi, co widzimy: na kolejnym skrzyżowaniu, jakieś 500 metrów dalej, stał sobie bokiem do mnie duży czerwony samochód i płonął. Dość spektakularnie płonął: z maski buchały mu całkiem solidne płomienie, gdzieś tak na pół metra w górę. „To niemożliwe – o boże ja śnię, wcale się nie obudziłam dziś rano – o boże, mam halucynacje po tym antybiotyku, przecież wiedziałam że to jakieś straszne świństwo – chyba film kręcą – przecież w prawdziwym życiu samochody się nie palą, wszyscy to wszędzie piszą, że tylko na filmach, a tak naprawdę wcale nie, zawsze to podkreślają” – pomyślałam to wszystko naraz. Po czym siedziałam dalej w stuporze, zamierzałam bowiem pojechać w kierunku tego właśnie skrzyżowania, a w zaistniałych okolicznościach nie wydawało się to wcale dobrym pomysłem. Światła zmieniły się na zielone, mój mózg nagle wydał komendę „UCIEKAMY!”, skręciłam więc energicznie w prawo i pojechałam nie bardzo wiedząc gdzie. Straciwszy z oczu widok natychmiast uwierzyłam, że to była halucynacja, ale potem skręciłam w lewo i znowu w prawo, i w lusterku wstecznym zobaczyłam ten sam widok, znaczy samochód nadal stał i płonął. Zaczęłam myśleć jakoś bardziej logicznie „jakaś pomoc – ale jaka – a jak tam byli ludzie?! To albo już uciekli albo są cokolwiek usmażeni – to jaka pomoc? Gaśnicy nie mam, w tym kraju nie jest obowiązkowa, a gdyby nawet była, to i tak nie wiedziałabym jak jej użyć, poza tym się boję. A może jednak mi się to tylko wydaje?”. W tym momencie minęła mnie jadąca w przeciwną stronę straż pożarna na sygnale, więc wyraźnie mi się to nie wydawało.